Krzesimir Dębski: NIC NIE JEST W PORZĄDKU. Wołyń -moja rodzinna historia.

522569-352x500.jpg

… Napisałem tę książkę – żeby pokazać, że na Wołyniu działy się rzeczy, których za sprawiedliwe w żadnym razie uznać się nie da i których nie można w relacjach polsko-ukraińskich przemilczeć. Krzesimir Dębski

Odkąd rozpoczęłam współpracę z Wydawnictwem „Czerwone i Czarne,” nigdy do tej pory nie spotkałam się z tyloma trudnościami w napisaniu recenzji książki. Oczywiście nie wynikało to z braku wiedzy dotyczącej wydarzeń na Wołyniu – chociaż uczciwie przyznam, że unikałam drążenia tematu, zniechęcona typowo polskim zamiłowaniem do pielęgnowania nienawiści i wzajemnego oskarżania się za winy nasze i wasze. Trudność w napisaniu recenzji polegała jednak głownie na wewnętrznym konflikcie pomiędzy zwykłą ludzką wrażliwością, poczuciem patriotyzmu a obiektywizmem recenzenta, który jest moim obowiązkiem względem czytelników, a którego być może tym razem mi zabrakło.

Jedyną z myśli, która kilkakrotnie przyszła mi do głowy podczas czytania książki Krzesimira Dębskiego “Nic nie jest w porządku” były słynne słowa Zofii Nałkowskiej z Medalionów … “Ludzie ludziom zgotowali ten los.” Jest to kolejna niezagojona rana na obliczu polskiej historii – o której nigdy nie uczono nas w szkole, skrupulatnie ukrywając prawdę – a która ciągle żyje w pamięci tych, którzy przetrwali masakrę polskich rodzin na Wołyniu. Historia, która zgodnie z życzeniem tak autora jak i jego rodziców, powinna być powtarzana z pokolenia na pokolenie aby pamięć o tych, którzy zostali zamordowani nigdy nie odeszła w zapomnienie.

W zasadzie książka jest wspólną pracą ojca – Włodzimierza Sławosza Dębskiego, autora kroniki „Było sobie miasteczko” – skąd zresztą pochodzą wszystkie relacje na temat wydarzeń na Wołyniu – oraz syna, Krzesimira Dębskiego, który po śmierci ojca dokonuje bardzo osobistego podsumowania i rozrachunku z historią na bazie wspomnień opisanych przez ojca oraz własnych doświadczeń i obserwacji. Pierwsza część książki, poprzedzona wstępem od autora, jest bardzo obiektywną kroniką wydarzeń na Wołyniu – tragiczną, wzruszającą i przerażającą lekcją historii, która rozpoczyna się w niedziele, 11 lipca 1943 r. w rodzinnej wsi rodziców Krzesimira Dębskiego – Kisielinie. Biorąc pod uwagę fakt, że w ciągu następnych dwóch miesięcy oddziały Ukraińskich Nacjonalistów wymordowały około 90,000 Polaków zamieszkujących na Wołyniu w ramach akcji oczyszczania Ukrainy, relacje naocznych świadków pozbawione są pompatyczności słów i egzaltacji. W rezultacie, zamierzona prostota wypowiedzi nie tylko działa na wyobraźnie, wywołując w czytelniku burzę emocji, ale jednocześnie pozwala mu odczuć ból i cierpienie wczuwając się w sytuacje rodzin Polaków wymordowanych na Wołyniu w wyniku czystek etnicznych.

Mimo iż w książce brakuje chronologii wydarzeń, nie ma to wpływu na jakość ani wartość przekazywanej informacji. W pewnym sensie daje to uczucie wytchnienia kiedy w czytelniku nawarstwiają się trudne to opanowania emocje.

Bardzo interesująca jest też poruszona przez autora kwestia interpretacji tożsamości narodowej związanej z miejscem zamieszkania. Tożsamość Ukraińców bardzo szybko wyparta została przez ideologie nacjonalizmu, eliminując wszelkie pojęcie wspólnoty i przyjaźni z Polakami podczas gdy Polacy, nawet po ucieczce z Ukrainy i powrocie na ziemie Polskie nadal czuli się jak Kresowiacy. Jest to zadziwiające, że w sumie bliżsi byli I’m ocalali mieszkańcy Wołynia rozproszeni po Polsce – wspólnicy niedoli – niż sami Polacy, którzy dla odmiany uważali ich za Rosjan.

Najważniejszym jednak problemem, o którym wspomniał Krzesimir Dębski, a na który koniecznie należy zwrócić uwagę czytając książkę po to aby lepiej zrozumieć dynamikę działania Ukraińskich Nacjonalistów, jest kompletnie wypaczony system ludzkich wartości.

„Bojownik nie powinien wahać się zabić swego ojca, brata, największego kolegi, jeżeli otrzyma taki rozkaz i potrzeba tego faktycznie wymaga. Na najgorsze męki, prośby i błagania ofiar należy patrzeć z otwartymi oczami, że katujemy wroga naszej organizacji, czy też idei, który żyjąc nadal, zrobiłby to samo z nami, albo jeszcze gorzej.”

Typowa Komunistyczna forma indoktrynacji mas, w której nie ma miejsca na moralność. Zresztą jak zauważył sam autor, najlepszym na to dowodem jest kompletny brak refleksji mieszkańców Wołynia w kwestii przeszłości, uczynienie ze Stepana Bandery bohatera narodowego oraz ustanowienie dnia powstania UPA świętem narodowym Ukrainy. I tu właśnie natrafiamy na jedno z głównych przesłań autora, że w takich warunkach naprawdę trudno będzie obu narodom kiedykolwiek znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia.

Natomiast od siebie dodam, że sam fakt, iż po wojnie nigdy nie uznano czystek etnicznych na Wołyniu za zbrodnie przeciwko ludzkości i nie pociągnięto winnych do odpowiedzialności – tak jak miało to miejsce w przypadku Nazistów, był kolejną niesprawiedliwością jakiej dopuściły się państwa koalicji względem Polski.

Podsumowując, mimo iż zgadzam się z większością zarzutów autora książki i podobnie jak Krzesimir Dębski uważam, że nie można budować przyjaźni na krzywdzie, to jednak myślę, że nie można jednocześnie iść przez życie kultywując urazę do kolejnych pokoleń. Jest to niestety bardzo głęboko zakorzeniona w polskiej mentalności cecha, która zdecydowanie nie należy do naszych zalet, o której pisał w Weselu Stanisław Wyspiański „Wina ojca idzie w syna, niegodnych synowie niegodni.” Zgadzam się z autorem, że nie należy zapomnieć o tych którzy zginęli, ale jestem przeciwko pielęgnowaniu w sercu nienawiści.

Bardzo serdecznie polecam książkę Krzesimira Dębskiego wszystkim czytelnikom. Jest to ciężka ale jednoczesnie niezwykle interesująca lekcja historii, która niewątpliwie wzbudzi jeszcze dużo emocji i pozwoli rozwinąć wiedze na wiele istotnych tematów dotyczących nie tylko masakry na Wołyniu i stosunków Polsko-Ukraińskich. Dzięki tej książce wielu czytelników odkryje, jak niezwykle ważną cechą jest zdolność podźwignięcia się z tragedii i bycia po prostu szczęśliwym.

Alicja

3 responses to “Krzesimir Dębski: NIC NIE JEST W PORZĄDKU. Wołyń -moja rodzinna historia.

  1. No właśnie Pani Alicjo!
    Najważniejsze to nie pielęgnować w sercu nienawiści ! Mój nastoletni syn wrócił wczoraj z kina z filmu „Wołyń” i oznajmił na progu: „nienawidzę Ukraińców”!
    Dodam, ze w naszym domu nie ma „mowy nienawiści” dla kogokolwiek. Mąż z wykształcenia jest historykiem i bardzo dużo rozmawia z dziećmi na temat historii: opowiada, tłumaczy, wyjaśnia, pozostawiając jednocześnie pole dla ich własnych przemyśleń i opinii. Dlatego tym bardziej przeraziło mnie to co usłyszałam wczoraj!
    Podzieliłam się tym dzisiaj w pracy z koleżankami i co usłyszałam od nich?
    „Moje dziecko powiedziało dokładnie to samo po powrocie z filmu!”
    Szok! Skąd to się bierze??? I kto jest winien? Rodzice? Szkoła? Środowisko? A może pan Smarzowski?:)

    • Pani Beato,
      Obejrzałam film Smarzowskiego „Róża” żeby zapoznać się bliżej z jego twórczością i pewnie gdybym była nastolatką przyszłabym do domu z oświadczeniem, że nienawidzę Polaków, Rosjan i Niemców. Podobnie czułam się po obejrzeniu „Pokłosia” Pasikowskiego, ale tego tematu dotykać nie będziemy. Nie znam idealnej odpowiedzi na pytanie skąd bierze się w ludziach nieuzasadniona nienawiść, ale pozwolę sobie na głośną polemikę z sama sobą.

      Po pierwsze – wiek! Domyślam się, że skoro syn mieszka w domu musi być jeszcze w wieku „szkolnym”. Czyli niedoświadczony przez życie idealista, który myśli w kolorach „białe i czarne”, kieruje się emocjami i jest podatny na manipulacje. Niezależnie od faktu, że przecież nie wyrasta w środowisku gdzie „pielęgnuje się” nienawiść – wręcz przeciwnie. Pozwolę sobie jednak przypomnieć, że każdy z nas był „w tym” wieku i sama myślałam podobnie, wiec nie należy się obawiać. Z tego się wyrasta ☺ Nic nie wpływa lepiej na kształtowanie kręgosłupa moralnego jak własne życiowe doświadczenia, więc trzeba będzie poczekać aż w te idealistyczną biel i czerń wkradnie się odrobina szarego. Na szczęście dalecy jesteśmy od wypowiadania wojny Ukrainie, więc szansa na wprowadzenie tej nienawiści w życie jest raczej zerowa.

      Po drugie –prawda i sposoby na jej interpretację. Z jednej strony idealizm Sienkiewicza i Wajdy, z drugiej strony odważni i zbuntowani reżyserowie Smarzowski i Szumowska których warsztat opiera się na eksponowaniu brutalnej rzeczywistości a pomiędzy tymi przeciwnymi biegunami tkwi ukrywana latami „prawda historyczna” – cokolwiek to oznacza. Ale, gdybym miała dokonać wyboru po której stronie stanąć wybrałabym Smarzowskiego i Szumowską. Nie dalej jak w niedzielę opublikowałam kolejny artykuł – niestety po angielsku – i miedzy innymi wypowiedziałam się na temat władzy jaką pisarz ma nad czytelnikiem. To samo dotyczy reżysera i aktora i umiejętność manipulowania uczuciami widza lub czytelnika jest zasadniczo głównym celem każdego twórcy i wyznacznikiem sukcesu. Im bardziej śmiałe i drastyczne sceny tym bardziej działają na wyobraźnie budząc cały wachlarz emocji. Ale czy w końcu nie o to chodzi? Dlatego Pani syn jest ofiarą artysty a nie historii. Natomiast po środku tych dwóch kontrastowych biegunów tkwi Krzesimir Dębski ze wspomnieniami rodziców, którym bardziej zależało na odkryciu prawdy o Wołyniu i oddaniu hołdu zamordowanym niż rozdrapywaniu ran przerażającymi opisami. Natomiast my, bierni obserwatorzy poddawani wieloletniej indoktrynacji i karmieni kłamstwami – stoimy z boku próbując zachować dystans i wyrobić sobie własna opinie opartą na logice a nie emocjach.

      Po trzecie – kwestia pokoleniowa. Dawno temu, jako 15latka pojechałam na moje ostatnie kolonie zorganizowane przez fabrykę FSO, w której pracował tata. Tak się złożyło, że był to wyjazd na Kaszuby, w pięknej okolicy wśród lasów i jezior. Nie wiem dlaczego padło akurat na mnie, bo zawsze uważałam się za brzydkie kaczątko (dopiero w Stanach zauważyłam, że jakby nie jest najgorzej ☺), ale zakochałam się z wzajemnością w synu dyrektora kolonii. Pierwsza miłość, nic wielkiego, chłopak grał w zespole rockowym, więc szedł w parze z moim zbuntowanym charakterem, ale kiedy po powrocie do Warszawy powiedziałam Mamie o moim uczuciu – duży błąd – natychmiast usłyszałam litanię: „Zwariowałaś! Jak Niemcy wkroczą do Polski to od razu zajmą te tereny! Wybij to sobie z głowy!” Primo – były lata 80te, secundo – nie było żadnej wojny poza naszą własną, a tertio – ja miałam dopiero 15 lat i nigdzie nie planowałam się przenosić! Ale fakt pozostaje, że pamięć minionych czasów – Mama urodziła się 2 lata po wojnie – została w umysłach starszych pokoleń i nie ma takiej siły, która zmieniłaby ich sposób myślenia i postrzegania świata. Realny strach przed wojną opuści nasze społeczeństwo wraz ze śmiercią pokolenia które ją przeżyło. A póki co musimy nauczyć się akceptować nasze uczucia i przekonania bez rozrywania ran i skakania sobie do gardła. Niestety rozsądek nie jest naszą cechą narodową.

      Po czwarte – interpretacja. Po skończeniu książki Krzesimira Dębskiego sięgnęłam po kolejny ciężki kaliber „Mass Rape” na temat wojny przeciwko kobietom w Bośni i Hercegowinie. Przyjaźnie się w pracy z Bjanką, której rodzina mieszka w Macedonii i Zoranem z Kroacji. Kiedy powiedziałam Bjance na temat moich odczuć, żachnęła się i powiedziała mi, że są dwie strony medalu bo kobiety w Serbii też mordowano tak samo jak w Bośni a wie o tym dlatego, że w tym okresie mieszkała z cala rodziną w Serbii i we własnym domu jej rodzina ukrywała uchodźców. Co jest najlepszym dowodem na to, że jedynym sposobem na unikniecie szaleństwa jest poszerzanie wiedzy bez dokonywania oceny. Prawda historyczna ma wiele odcieni – i głównie zależy od tego kto nam ja przekazuje i po której stronie walczył.

      Na koniec – nawiązując do osobistego podejścia do tragedii. Nie przeżyłam wojny chociaż pamiętam dzień kiedy ogłoszono Stan Wojenny. Jednak w tym wieku podchodzi się do rzeczywistości w sposób bardziej frywolny – jakby to co się dzieje wokół nas było czymś zupełnie normalnym – jak stanie w kolejkach po masło i ochłapy mięsa. Tym niemniej, mieszkając w Nowym Jorku i pracując jako stewardessa dla linii lotniczych Delta – bardzo przeżyłam 9/11 i do tej pory nie odwiedziłam September 11 Memorial. Za każdym razem kiedy przechodzę obok Grand Zero mam łzy w oczach a uważam się za bardzo silna emocjonalnie osobę. Dlatego mam ogromny szacunek dla tych, którzy przeżyli wojnę bo absolutnie nic, żaden film ani książka nie będzie w stanie oddać tego co ci ludzie przezywali naprawdę. Jednocześnie staram się nie pozwolić własnym uczuciom zapanować nad zdrowym rozsądkiem. Ale jak sama Pani widzi na przykładzie naszego społeczeństwa, dla niektórych ludzi jest to wręcz niewykonalne.

      Chociaż na koniec musze przyznać, że z prawdziwą przyjemnością zaprowadziłam kolegę, Niemca, pod pomnik Króla Władysława Jagiełły w Central Parku w Nowym Jorku i opowiedziałam mu historie jak to 15 lipca 1410 roku Polacy spuścili lanie Zakonowi Krzyżackiemu na polach pod Grunwaldem. Więc może w pewnym stopniu, w każdym z nas płynie krew nacjonalisty ☺

      Alicja

  2. Pani Beato,
    Dziękuje za niezwykle interesujący komentarz. Przeczytałam go wczoraj wieczorem i planowałam napisać odpowiedź. Jednak po rozmowie z koleżanką zdecydowałam, że najpierw powinnam obejrzeć “Wesele” i “Róże” Smarzowskiego żeby wyrobić sobie opinię na temat jego twórczości zanim odpowiem na Pani komentarz. “Wołyń” niestety dotrze do nas dopiero po zaliczeniu wszystkich festiwali w Europie. Tak więc powrócę do tematu za 2 dni.
    Pozdrawiam,
    Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s