Mój Dom na Dachu Świata – rozmowa z Sylvią Neupane.

IMG_4859 2

 

(English version will be published on Tuesday🙂 )

25 kwietnia 2015 r. o godzinie 11:59 czasu lokalnego w miejscowości Lamjung w Nepalu, 77 km od stolicy Kathmandu doszło do potężnego trzęsienia ziemi o sile 7.8 stopni w skali Richtera. Łącznie tego dnia odnotowano 79 wstrząsów. W ciągu następnych pięciu dni ziemia zatrzęsła się 400 razy. Zginęło prawie 9,000 osób, około 21,000 zostało rannych a kilkaset osób uznano za zaginione. Wśród nich znajdowała się również Polka, Sylvia Neupane, która wraz z mężem i trójką dzieci mieszka w Katmandu, stolicy Nepalu. Sylvia zgodziła się przybliżyć czytelnikom blaski i cienie życia w Himalajach, opowiedzieć o przeżyciach związanych z trzęsieniem ziemi i pomocy humanitarnej, której poświeciła swój czas. Na rozmowę umówiłyśmy się w Nowym Jorku, w przytulnej restauracji “The House.” Wkrótce dowiedzą się państwo, że wybór miejsca wcale nie był przypadkowy.

Zacznijmy od cliché bo w końcu musimy od czegoś zacząć żeby przybliżyć czytelnikom twoją postać. Dlaczego akurat Nepal a nie na przykład Patagonia? Przypadek czy świadoma decyzja?

Sylvia: (śmieje się) Masz racje, wszyscy zadają mi to pytanie. Była to świadoma decyzja. Jako mała dziewczynka wyjechałam z rodzicami do Stanów Zjednoczonych gdzie mieszkaliśmy przez kilka lat. Po śmierci mamy wróciłam z ojcem do Polski, poszłam do liceum, ale jakoś nie mogłam się odnaleźć w nowej rzeczywistości i po ukończeniu szkoły zdecydowałam, że skoro nie wiem gdzie jest moje miejsce na ziemi to może odnajdę je podróżując po świecie. Wróciłam do Stanów Zjednoczonych, poszłam do pracy i po odłożeniu pieniędzy wyruszyłam w świat. Mniej więcej po dwóch latach postanowiłam odwiedzić Tybet i tym sposobem w 2004 roku znalazłam się na lotnisku w Kathmandu w Nepalu. Po wylądowaniu, miałam takie dziwne wrażenie jakbym tu już kiedyś była i wtedy postanowiłam, że tu zamieszkam. Po powrocie z Tybetu, nauczyłam się języka nepalskiego, zapisałam się na uniwersytet gdzie studiowałam buddyzm i medycynę naturalną i to właśnie w tym czasie poznałam mojego przyszłego męża. Po czterech latach wyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych gdzie urodziła się trójka naszych dzieci, ale mój mąż nie mógł sobie znaleźć miejsca za granicą i po spędzeniu półtora roku w Polsce – w 2012 roku wróciliśmy na stałe do Nepalu.

Z czystej babskiej ciekawości: Co mu nie odpowiadało w Stanach Zjednoczonych?

Sylvia: Głównie to, że kobiety robią to na co mają ochotę i nie słuchają się mężczyzn (tym razem to ja wybucham śmiechem). Wprawdzie nigdy się do tego otwarcie nie przyznał, ale wiem, że mu się to nie podoba🙂

Porozmawiajmy teraz o twoim hotelu. Nazwałaś go „Mi Casa” czyli „Mój Dom” a na głównej stronie na Internecie napisałaś: „Raczej Dom aniżeli Hotel. Pełen uroku. Charakteru. Jasny. Słoneczny. Cichy. Niezwykły. Pełen lokalnych kolorów. Z przyjemnością cię ugościmy.” Obejrzałam zdjęcia i wiem skądinąd, że masz świetne recenzje. Skąd ten pomysł?

Sylvia: Nepalczycy są niezwykle życzliwym narodem, ale mimo, iż jestem w stanie porozumieć się z nimi po nepalsku i szanuję ich obyczaje to jednak mój wygląd sprawia, że zawsze będę dla nich obca. Dlatego zdecydowałam, że muszę znaleźć taką pracę, która pozwoliłaby mi na spędzanie czasu wśród ludzi z mojej kultury, którzy są do mnie podobni i w jakiś sposób bliscy. Wiadomo, że Kathmandu jest głównym szlakiem turystycznym prowadzącym na Mt. Everest i Annapurnę, przyciągającym rocznie miliony obcokrajowców z całego świata, więc pomysł otwarcia hotelu okazał się strzałem w dziesiątkę. Jeśli chodzi o samą nazwę „Mi Casa” czyli „Mój Dom” – miał on sugerować turystom, że będą mogli się w nim poczuć jak u siebie w domu a nie jak w hotelu i przyznam, że chyba udało mi się to osiągnąć.

micasa_hotel

Wiem już, że dużo podróżowałaś zanim na stałe osiadłaś w Nepalu, więc trudno tutaj mówić o szoku kulturowym, ale powiedz: czy łatwo jest się przyzwyczaić do różnic? Mam na myśli głównie te kulturowe, etniczne i religijne …

Sylvia: Mimo tylu lat spędzonych w Nepalu, dzięki którym wiele nauczyłam się o ich kulturze a zarazem o samej sobie to jednak nadal znajduję w ich tradycji elementy, które trudno jest mi zaakceptować. Zacznijmy od tego, że społeczeństwo w Nepalu opiera się na patriarchacie w związku z tym, rola kobiety polega na usługiwaniu mężczyźnie. Na przykład, podczas ślubu kapłan wypowiada słowa: „do tej pory byłaś własnością ojca, teraz będziesz własnością męża” – trudno jest mi się z tym pogodzić. Do tego wszystkiego dochodzą smutne realia społeczne. Nepal to piękny, ale niestety biedny kraj i ludzie żyją tutaj w skrajnym ubóstwie – szczególnie w górach. Szkolnictwo nie jest obowiązkowe, analfabetyzm sięga ponad 60 procent a „child labor” jest zjawiskiem powszednim i nikogo ani nie dziwi ani nie oburza. Dzieci nie chodzą do lekarza, natomiast kobiety zmuszone są rodzić w domach. Dla przeciętnego Europejczyka jest to trudna do zaakceptowania rzeczywistość. Tym niemniej ja nie przyjechałam do Nepalu żeby go zmieniać – prawda jest taka, że to Nepal zmienił mnie a ludzie nauczyli mnie cieszyć się małymi rzeczami i koncentrować się głównie na tym co dobre.

Jakie to uczucie kiedy czujesz, że pod twoimi stopami trzęsie się ziemia?

Sylvia: Strach. Paraliżujący strach i obawa o życie najbliższych. W momencie trzęsienia ziemi byłam razem z trójką moich dzieci na trzecim piętrze naszego domu i nie mogąc się wydostać myślałam, że wszyscy zginiemy. Od wieków ludzie żyją w przeświadczeniu, że Ziemia jest naszą Matką i Żywicielką i nagle w ciągu kilku sekund staje się naszym największym zagrożeniem pozbawiając nas poczucia bezpieczeństwa. Nadal żyję w ogromnym napięciu. Mimo, iż jestem w tej chwili w Nowym Jorku to ciągle reaguję na każdy dźwięk i krzyki natomiast upadający na ziemię przedmiot albo trzaśnięcie drzwiami powoduje, że serce skacze mi do gardła. Życie w ciągłej gotowości do ucieczki jest okropnym uczuciem.

Na swoim blogu napisałaś wtedy, że nagle czas zmienił swój wymiar, że ludzie przestali się dokądś spieszyć a najlepszą terapią na otrząśniecie się z szoku okazało się fotografowanie ludzi i ich życia codziennego.

Sylvia: Rzeczywiście pomogło mi to odciągnąć myśli od tego co było negatywne i skoncentrować się na tym co przynosiło mi dużo radości. Poza tym, fotografując ludzi uświadomiłam sobie, że w podobnej sytuacji jak ja i moja rodzina są tysiące ludzi wokół mnie i nagle zdałam sobie sprawę, że ta tragedia nie dotyczy tylko mnie i dlatego w pewnym sensie nas jednoczy.

W Buddyzmie jest taka nauka, która mówi, że problemy i trudności pojawiają się w naszym życiu dlatego, że wymuszają na nas zmiany, inaczej ciągle tkwilibyśmy w tych samych stanach umysłu oraz sytuacjach – a tak musimy coś zmienić. Dlatego zamieniając moje traumatyczne doświadczenia na pozytywną energię dostrzegłam, że przecież moja rodzina tak naprawdę nie ucierpiała, jesteśmy bezpieczni i zdrowi, hotel nadal stoi i mimo, iż dom się zawalił to przecież kiedyś go odbudujemy.

Nie przeszło ci przez myśl żeby spakować się i uciec?

Sylvia: Nie. Nawet przez moment nie pomyślałam o tym żeby wyjechać. Byłam zaskoczona odzewem ze strony moich znajomych w różnych częściach świata, którzy namawiali mnie do wyjazdu i gotowi byli natychmiast przyjąć mnie z całą rodzina, ja jednak zdecydowałam, że zostaniemy. W Kathmandu mieszka moja rodzina, tu mam hotel, tu wychowuję moje dzieci, tu chodzą do szkoły, tu jest mój dom. Dla mnie osobiście jest to próba charakteru, wiary …

Wspomniałaś, że wprawdzie media na zachodzie nagłośniły dramatyczną sytuację w nawiedzonym trzęsieniem ziemi Nepalu i rzeczywiście pomoc nadchodziła ze wszystkich stron, ale nie wszędzie docierała.

Sylvia: Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem jak szybko zareagował cały świat przychodząc z pomocą Nepalczykom. Najlepszym tego świadectwem były piętrzące się na płycie lotniska kontenery. Niestety Nepalczycy są narodem bardzo źle zorganizowanym, w rządzie panuje korupcja natomiast nepalskie agencje koordynacyjne zawodzą. Do tego dochodzi tragiczny system dróg, który utrudnia transport żywności i sprzętu do położonych wysoko w górach wiosek, które w sumie najbardziej ucierpiały. W tym celu Amerykanie sprowadzili wojskowe helikoptery, które były w stanie przewieźć za jednym razem kilka ton żywności. Niestety w wyższych partiach gór nie ma płaskich terenów, na których mogłyby wylądować te ogromne maszyny i kiedy jeden z nich rozbił się podczas akcji, zaniechano tej formy transportu. W końcowym efekcie żywność i namioty trafiały na policje albo do urzędów gminy i zamiast wysyłać je dalej, urzędnicy sprzedawali je z zyskiem mieszkańcom okolicznych miasteczek.

Podczas trzęsienia ziemi straciłaś dom a mimo wszystko natychmiast zaangażowałaś się w pomoc innym. Skąd ta potrzeba?

Sylvia: Była to forma odreagowania i zapomnienia o własnej tragedii – próba odnalezienia w sobie nadziei i siły przez pozytywne działanie. W rzeczywistości pomoc, którą udzieliłam potrzebującym jest jak kropla w oceanie, ale Matka Teresa z Kalkuty powiedziała kiedyś, że jeżeli pomożesz choć jednej osobie, to ma to znaczenie dla tej osoby. W związku z tym jeżeli pomożemy jednej wiosce, to ma to duże znaczenie dla tej jednej wioski. Poza tym, chęć pomocy rodzi się z tego, że ja mogę pomóc bo mam takie możliwości.

Uzgodniłam z mężem, że wezmę $5,000, które mieliśmy odłożone na meble do domu, który już nie istniał, i pojadę z pierwszym transportem do położonej w górach wioski Baseri, na granicy z Tybetem, oddalonej od Kathmandu o około 160km. Jest to wioska w której urodził się mój mąż, znam jej mieszkańców i dlatego jest szczególnie bliska mojemu sercu. Liczy około 4700 osób i w większości składa się z kobiet, dzieci i starców. Mężczyźni wyjeżdżają z wiosek za chlebem do Indii oraz krajów arabskich i w zaistniałej sytuacji pozostałe w wiosce kobiety musza liczyć tylko na siebie oraz na pomoc humanitarną, która nie wszędzie dociera.

Podczas tej podroży, mąż został z dziećmi a tobie towarzyszył tylko teść, pracownik hotelu oraz kierowca. Nie bałaś się?

Sylvia: Bałam się. Nepalczycy odradzali mi tego pomysłu strasząc mnie, że zostanę po drodze napadnięta i obrabowana. Zadzwoniłam więc do kolegi, który pracował dla Czerwonego Krzyża z pytaniem co on o tym sądzi, a on spytał się mnie:

  • Sylvia – a kto ewentualnie może cię po drodze napaść?
  • Biedni – odpowiedziałam i nagle zdałam sobie sprawę, że niezależnie od sytuacji – moja pomoc tak czy inaczej dotrze do najbardziej potrzebujących.

Okazało się jednak, że drogi były puste i byliśmy pierwszym transportem z pomocą udającym się w tym kierunku. Kiedy dotarliśmy do wsi, na 700 domów ocalało tylko kilka z nich. Runęła także jedyna w wiosce szkoła podstawowa.

Jak to zrobiłaś, że w tak krótkim czasie byłaś w stanie zorganizować żywność i namioty?

Sylvia: Skontaktowałam się z miejscowością, która jest ostatnim punktem, w którym turyści mogą zaopatrzyć się w żywność i sprzęt przed wyruszeniem na wspinaczkę i udało mi się złożyć zamówienie przez telefon. Podczas kolejnych wypraw zaopatrywałam się w Kathmandu albo w lokalnych urzędach kupowałam paczki z pomocy humanitarnej. Wiem, że to straszne, ale to nie był czas ani moment na reformowanie systemu w Nepalu. Trzeba było się spieszyć z pomocą potrzebującym nawet kosztem płacenia za żywność docierającą z zagranicy w postaci darów.

Co zdecydowało o wyborze kolejnych wiosek? Skąd wiedziałaś o ich istnieniu?

Sylvia: Po dotarciu do jednej wioski, następnym razem jechaliśmy do wioski położonej jeszcze wyżej. W końcu docieraliśmy do końca drogi albo przeszkody w postaci rzeki i dalej trzeba było już iść pieszo. Czasami zatrudniałam tragarzy albo informowałam ludzi w ostatniej wiosce żeby poinformowali ludzi w następnej wsi, żeby na przykład za tydzień przyszli po odbiór darów. Zazwyczaj udawało mi się znaleźć jedną osobę, która pilnowała porządku i uzyskiwała informacje, komu w kolejnej wiosce potrzebna jest pomoc najbardziej. Dzięki temu, przyjeżdżając na miejsce mieliśmy już gotową listę z nazwiskami osób, które miały otrzymać żywność i namioty co bardzo ułatwiało nam pracę. To chyba efekt mojego polskiego zamiłowania do porządku🙂 Na podobnej zasadzie decydowaliśmy o dostarczeniu materiałów na budowę zastępczych domów z blachy i bambusa, które niestety dla wielu mieszkańców stały się docelowym mieszkaniem. Warto wspomnieć, że ludzie nie zgłaszali się do nas tylko po dary i natychmiast wracali. Oni siedzieli przed moim namiotem, rozmawiali ze mną i przyglądali mi się z życzliwością. Dla nich to co robiliśmy było zapewnieniem, że jednak nie są sami, że świat o nich nie zapomniał. To tak jakbyśmy przywrócili im godność i wiarę w drugiego człowieka.

Rozumiem, że w ten sam sposób, dotarłaś do położonej wysoko w górach wioski Tandrang.

Sylvia: Tak. Jest to najpiękniejsza wioska w jakiej do tej pory byłam, malowniczo położona na szycie góry z widokiem na rzekę, ale jednocześnie najbiedniejsza. Mieszkają w niej same kobiety, dzieci i starcy i tylko jeden mężczyzna w średnim wieku. Z jakiegoś zupełnie nieznanego powodu akurat w tej wiosce przez lata rodziły się same dziewczynki. W tej sytuacji, mężczyzna ma prawo odejść od żony i założyć nową rodzinę pozostawiając ją na pastwę losu i nikt nie będzie go z tego rozliczać. Wynika to z wierzeń religijnych, które są silniejsze od więzów rodzinnych. W hinduizmie to syn a nie córka potrzebny jest przy pochówku ojca ponieważ to on podpala stos z ciałem ojca, dzięki czemu jego dusza może spokojnie odejść do Nirwany. Kobiety czują się winne, że nie mogą urodzić syna i kiedy zostają same musza sobie radzić. Na 15 domów runęło aż 8, więc przywiozłam ze sobą bambus i blachę na budowę schronienia na czas monsunów. Z wioski męża zabrałam ze sobą dwóch mężczyzn do pomocy. To był mój dar dla tych kobiet.

DSC_0566

Jak zareagowałaś na decyzję rządu o zakazie indywidualnej pomocy poszkodowanym?

Sylvia: Postanowiłam nie przejmować się i kontynuowałam pomoc tak długo jak otrzymywałam paczki oraz pieniądze na zakup żywności od ludzi dobrej woli. Oczywiście, za każdym razem istniała możliwość, że cały transport zostanie skonfiskowany przez wojska rządowe, ale na szczęście nam się to nie przytrafiło.

Jak wygląda sytuacja w Nepalu prawie rok po trzęsieniu ziemi?

Sylvia: Bardzo źle. Sytuacja polityczna i ekonomiczna jest równie nieciekawa i może wkrótce doprowadzić do wybuchu wojny domowej. Nepal żyje wyłącznie z rolnictwa i turystyki i uzależniony jest ekonomicznie od Chin i Indii skąd dostarczany jest prąd, benzyna i gaz. Po trzęsieniu ziemi w zeszłym roku, Nepal nie był w stanie spłacić swoich długów w związku z czym Indie wprowadziły embargo i mało brakowało, żeby Napal pozbawiony został prądu. Sytuacja z Chinami jest nieco lepsza. ale zniszczone drogi utrudniają pomoc. Wszystko to powoduje frustrację wśród obywateli, szczególnie w dużych miastach.

DSC_1072

W maju zeszłego roku napisałaś na swoim blogu, że nikt nie myśli o odbudowie domów, ale przede wszystkim o zgromadzeniu żywności na czas pory deszczowej, która trwa od początku maja do końca sierpnia. A ty? Czy udało ci się odbudować twój dom?

Sylvia: Nie. Głównie z obawy, że powtarzające się od zeszłego roku wstrząsy mogłyby spowodować ponowne zawalenie się budynku, więc na razie nawet o tym nie myślimy. Przez pierwsze trzy miesiące, podobnie jak większość mieszkańców Kathmandu, mieszkaliśmy pod namiotami. Potem trochę pomieszkiwaliśmy w hotelu a ostatnio przenieśliśmy się do wynajętego mieszkania.

W rozmowie przez telefon wspomniałaś, że zwróciłaś się z prośbą o pomoc do kilku czasopism, radia, telewizji i organizacji w Polsce, ale nikt nawet nie odpowiedział ci na listy. To pytanie może być „off record” jeżeli nie chcesz żebym go opublikowała.

Sylvia: Jak najbardziej możesz opublikować. Wysłałam listy z prośbą o zwrócenie się o pomoc do czytelników i słuchaczy Radia RMF.FM, Radia Zet, Wysokich Obcasów, Zwierciadła, Na Temat, Wyborczej, PAP-u oraz do Polskiej Akcji Humanitarnej Janiny Ochojskiej – bez odzewu. Tylko TVP skontaktowała się ze mną i stworzyła jednominutowy felieton na temat mojej działalności. Nie mam do nikogo żalu ale jest to przykre bo przecież w kraju są organizacje, które wysyłają Polskich Himalaistów do Nepalu, korzystają z życzliwości lokalnych mieszkańców i znają warunki życia tragarzy narażonych na śmierć w lawinach, którzy pozostawiają rodziny na pastwę losu.

W pewnym sensie to rozumiem bo my Polacy mamy zupełnie inną mentalność niż Nepalczycy – opartą na wzajemnym braku zaufania. Na przykład kiedy zabrakło nam $60,000 na ukończenie hotelu, odwiedził nas przyjaciel męża, położył na stole brakujące nam pieniądze i powiedział, że oddamy jak będziemy mieli. Kiedy zszokowana jego gestem zapytałam dlaczego nie spisujemy kontraktu, mój mąż nie mógł zrozumieć o co mi chodzi. Dla nich dane słowo jest gwarancją taką samą jak dla nas podpisanie dokumentu w obecności notariusza. Dlatego kiedy ja mówię, że pomagam mieszkańcom wiosek w Nepalu, to znaczy, że pomagam i nikt nie kwestionuje mojego słowa. Niestety w Polsce to nie działa i pomoc finansową otrzymałam głownie od Polaków mieszkających za granicą.

Rozmawiałam też na ten temat ze znajomymi i niektórzy tłumaczyli mi, że powinnam oficjalnie zaistnieć jako Fundacja. Prawda jest jednak taka, że ja nie miałam czasu na bawienie się w biurokrację, bo w kolejce na założenie fundacji czekało 200 aplikacji podczas gdy ludzie w górach czekali na pomoc. Poza tym na moim blogu na bieżąco dokumentowałam moją akcję humanitarną w postaci zdjęć i opisów. W sumie pomoc otrzymało 14 wiosek w tym ponad 3500 osób. To nie jest mało jak na indywidualną osobę.

Teraz czas na dwa podchwytliwe pytania🙂

Sylvia: (Śmieje się) Strzelaj!

Counterproductivity – takie monumentalne amerykańskie słowo. Przyznam, że jesteś naprawdę jedną z niewielu osób jakie znam, która nie posiada konta na Facebook, zamknęłaś swoją stronę na Google, nie jesteś aktywna na Tweeterze, natomiast tytuł bloga, który prowadzisz nie ma absolutnie nic wspólnego z tym co robisz. Rozumiem, że chcesz bronić swojej prywatności, ale czy nie uważasz, że jest to ze szkodą dla pracy charytatywnej, której się poświeciłaś?

Sylvia: Zdecydowałam, że będę pomagać ludziom niezależnie od tego czy uzyskam pomoc od innych czy też nie. I uważam, że mi się to udało ponieważ mimo wszystko sporo indywidualnych osób mi pomogło.

Zgadzam się z tobą, ale nadal potrzebujesz $5,000 na odbudowę szkoły. Na pewno znasz takie określenie: The Power of Networking J czyli dokładnie to co w tej chwili robimy. Ja opublikuję twój wywiad i wstawię go na moim blogu po polsku i po angielsku; wystarczy, że kilkanaście osób podzieli się nim na Facebook i nagle dzięki jednej publikacji, kilka tysięcy osób serfujących w przestrzeni wirtualnej na kilku kontynentach, będzie miało szansę dowiedzieć się o twoim istnieniu i twojej działalności. I mam nadzieję, że chociaż niewielka część czytelników zaoferuje ci swoją pomoc.

Sylvia: Może masz rację. Stworzę taką stronę na FB ale dopiero jak uda mi się wreszcie zarejestrować moją Fundacje w Nowym Jorku. Tutaj proces jest zdecydowanie szybszy.

Jak wygląda pomoc od strony logistycznej? Czego nie należy wysyłać w paczkach?

Sylvia: Należy pamiętać o dwóch rzeczach: dieta Nepalczyków jest bardzo prosta – składa się głownie z ryżu, warzyw i soczewicy. Oprócz wymienionych produktów do paczek dołączamy także mąkę, cukier i olej. Koszt takiej paczki dla jednego mieszkańca wynosi około $70. Nepalczycy nie jedzą mięsa z wyjątkiem święta, które obchodzą raz do roku. Zwierzęta hodowlane są dla nich gwarancją przeżycia – najpierw budują schronienie dla krów i kóz, które dostarczają im mleko, a dopiero później przygotowują schronienie dla rodziny. Nepalczycy nie jedzą makaronów i sosów pomidorowych. Należy również pamiętać aby nie wysyłać używanych ubrań. Wynika to z ich systemu kastowego oraz poczucia godności i często w takich sytuacjach czują się zakłopotani i poniżeni. Jest to inny system wartości od naszego i nie nam to oceniać. Natomiast zawsze bardzo przydają się koce i namioty.

W tej chwili zbierasz pieniądze na odbudowę szkoły. Gdzie należy wpłacać pieniądze na pomoc poszkodowanym.

Sylvia: Całkowity koszt postawienia budynku szkoły wynosi $5,000. Zebrałam już $1500, więc brakuje nam tylko $3500. Wszyscy, którzy byliby zainteresowani pomocą dla mieszkańców Nepalu mogą wpłacać pieniądze na moje konto na Paypal: sylvia.neupane@gmail.com natomiast paczki mogą przesyłać na adres hotelu:

Mi Casa Hotel

Thamel Marg,

Kathmandu 44600 Nepal

Powiedziałaś, że Nepal nie jest dla ciebie żadnym Shangri-la a jednak nazwałaś swój hotel “Mój Dom” i na dodatek położony jest on w bezpośrednim sąsiedztwie „The Garden of Dreams”(Ogrodu Marzeń) – czy przypadkiem nie za dużo w twoim życiu symboliki jak na odrzucenie teorii o odnalezieniu wymarzonego miejsca na ziemi?

Sylvia: (śmieje się na głos) Rzeczywiście dobrze się przygotowałaś. Ale powiem ci, że to bardzo trudne pytanie. (Po chwili zastanowienia) Dokładnie dzień przed trzęsieniem ziemi żegnałam się z moim kolegą, który mieszkał u nas przez miesiąc i pamiętam, że tuż przed jego odlotem powiedziałam mu, że wreszcie znalazłam swoje miejsce na ziemi i swój dom, a przecież sam wie najlepiej jak długo go szukałam. I zaraz następnego dnia ten dom runął. I nagle zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę mój dom i moje wymarzone miejsce na ziemi jest tam gdzie moje serce – czyli tam gdzie moja rodzina.

Od Autorki

Sylvia jest niezwykłą osobą o niespożytych zapasach energii, dobroci i życzliwości i jestem przekonana, że będziemy kontynuować naszą znajomość. Od pierwszego momentu naszego spotkania czułam się tak jakbyśmy się znały od zawsze, co mam nadzieję jest wyczuwalne w swobodnym tonie wywiadu. Dobrze jest wiedzieć, że są jeszcze ludzie, którzy w obliczu własnej tragedii potrafią pochylić się nad drugim człowiekiem.

DSC_0099.JPG

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s