Praktyki Studenckie przy Ambasadzie RP w Waszyngtonie – Cześć III

Anna_Fotyga_fot_Pawelec_3301585

O tym jak Premier Jarosław Kaczyński i Minister Spraw Zagranicznych, Anna Fotyga skompromitowali Polskę w Fundacji Heritage w Waszyngtonie.

Jednym z głównych wydarzeń jakie miały urozmaicić nasze praktyki studenckie w Ambasadzie RP w Waszyngtonie była zaplanowana na 13-tego września, 2006 wizyta Premiera Jarosława Kaczyńskiego i Jej Szarej Eminencji, pożal się Panie Boże, Ministra Spraw Zagranicznych, Anny Fotygi. Na czas przygotowań do przyjazdu polskiej delegacji, przydzielona zostałam do pomocy szefowi Korpusu Dyplomatycznego, Panu Piotrowi Erenfeichtowi i z zaciekawieniem przyglądałam się atmosferze napięcia, która niczym czarna chmura zawisła nad budynkiem Ambasady w prestiżowej dzielnicy Waszyngtonu. Osobiście nie byłam zwolennikiem pro-klerykalnego Rządu Kaczego a już na pewno nie ordynarnej „Szarej Myszy”, więc było mi zupełnie obojętne, kto przyleci rządowym samolotem do USA. Dla mnie najważniejsze było Cargo samolotu, czyli będąca na wyczerpaniu w Ambasadzie, polędwica z sarny, która obok piersi z kaczki i żeberek z baraniny uplasowała się na czołowej pozycji wśród moich kulinarnych smakołyków z nalepką „ORGAZMICZNE”🙂 . Nie mam bladego pojęcia jak Polakom udało się przemycić do Stanów Zjednoczonych będące na czarnej liście produkty mięsne – ale prawdopodobnie immunitet pozwala na „drobne” naruszenia🙂 . No i Bogu dzięki

W dniu przyjazdu delegacji z Polski, przydzielono mi za zadanie witanie gości w głównej sali Ambasady i na sygnał Pana Piotra, wyrzucenie z niej dziennikarzy dając czas Ambasadorowi Reiterowi oraz Premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu na chwilę prywatnej rozmowy w cztery oczy. Tak więc stałam w cieniu fortepianu uśmiechając się słodko do wszystkich gości, poddając ich krytycznej cenzurze . Kaczorek i Fotyga, czyli „Nieśmiałek” i „Pyskata” pasowali do siebie jak pięść do oka. On – niezwykle małomówny i ciągle nieśmiało uśmiechnięty sprawiał wrażenie zagubionego co nasuwało pytanie co robi w polityce, natomiast Ona, od momentu pojawienia się w Ambasadzie miotała się na lewo i prawo rzucając co chwila piorunami. Powiedzenie, że ludzie dobierają się na zasadach kontrastu idealnie pasowało do oglądanego na żywo obrazka. Przywodzi to na myśl bardzo ciekawy wniosek, wynikający z obecnej sytuacji w Polsce i świadczący o tym, że obecność w rządzie PiS-owskich krzykaczek typu Premier Beaty Szydło i Prof. Krystyny Pawłowicz sugeruje, że Jarosława Kaczyńskiego rajcują silne, wulgarne baby pozbawione kobiecości, u których na pewnym etapie rozwoju embrionalnego nastąpiło genetyczne zaburzenie w produkcji hormonów odpowiedzialnych za kobiecą wrażliwość co w końcowym etapie spowodowało, że Panie identyfikują się z chłopcami a nie z dziewczynkami. Taki Typ Baby-Chłop bez siusiaka🙂 .

Najciekawszą grupą okazali się jednak akredytowani dziennikarze. Z początku przyglądaliśmy się sobie z obopólnym zaciekawieniem, niczym dwa różne gatunki małpek uwiezionych w przylegających do siebie klatkach, które zastanawiają się nad intencjami sąsiada. W końcu jednak zawsze dochodzi do momentu kiedy najodważniejsza małpka wyciąga łapkę z „bananem pokoju” i pierwsze lody zostają przełamane. I tak było w naszym przypadku, mimo iż na szczęście żaden z dziennikarzy nie wpadł na pomysł częstowania mnie bananem🙂 .

Gwoli wyjaśnienia dodam, że Polskie placówki dyplomatyczne charakteryzują się bardzo specyficznym środowiskiem. Przypominają do złudzenia abstrakcyjny pastiche szalonego artysty, który postanowił na jednym płótnie połączyć elementy tła Jacksona Pollocka z elementami kubizmu Picasso i surrealizmu Salvadora Dali czyli, krótko mówiąc gigantycznych rozmiarów bałagan w postaci jeden od Sasa drugi od Lasa. Pracownicy większości placówek zagranicznych to zlepek ludzi o bardzo zróżnicowanym wieku i poziomie wykształcenia, różnych poglądach politycznych, bagażu komunistycznych przyzwyczajeń wtłoczonych w ich mentalność po wsze czasy niczym wypalony na skórze byka numer identyfikacyjny, zamiłowaniu do pisania donosów, wzajemnej niechęci i podejrzliwości okraszonej często zawiścią oraz wysokiej adaptacji do życia w ciągłym strachu i nieustającej obawie o własną posadę. Wyglądem przypominają jakby czasy komunizmu zatrzymały się w miejscu a skoro życzliwy uśmiech na twarzy nigdy nie został wpisany w kontrakt MSZ-tu, więc nie przysługuje. Natomiast znajomość języka angielskiego jest równie zbyteczna jak chęć posiadania berła Królowej Viktorii. Dlatego tzw. „obwąchiwanie” się z dziennikarzami, którzy doskonale znali to środowisko od podszewki podczas gdy tak mój wygląd jak i zachowanie ewidentnie kontrastowały z powyższym obrazkiem, nie powinno nikogo dziwić. Sama popełniłam błąd kiedy brylując po salach Ambasady wdałam się w luźną rozmowę z dwoma panami, z których jeden okazał się być lekko urażony, że nie rozpoznałam w nim Radcy Ministra, Szefa wydziału Politycznego. Bardzo przepraszam, ale jak się wygląda jak krzyżówka Jana Himilsbacha z Nikodemem Dyzmą, mówi łamanym angielskim i nie ma na tyle kultury osobistej, żeby się przedstawić kiedy podchodzi do nich kobieta to niech spada na szczaw razem ze swoimi tytułami.

Kiedy w końcu skończyła się prywatna audiencja Ambasadora u Kaczora, nastąpiło lekkie zamieszanie a obok mnie przemknął jeden z dziennikarzy, którzy nawiązując do Fotygi rzucił przez ramie:

  • Już mnie dzisiaj czwarty raz wypierdoliła z pracy!
  • No to fajną masz szefową – odpowiedziałam ze śmiechem, chociaż tak naprawdę było to raczej smutne.

W końcu całe to zamieszanie wokół wizyty Premiera dobiegło końca, natomiast dzięki zaprzyjaźnieniu się z dziennikarzami dowiedziałam się, że Rzecznik Prasowy Rządu jako jedyny nie posiadał jeszcze akredytacji uprawniającej go do wejścia do Białego Domu. Wyglądało na to, że kolejny dzień zapowiadał się jeszcze bardziej atrakcyjnie niż poprzedni. I nie pomyliłam się.

Następnego dnia rano oddelegowana zostałam do hotelu, w którym przebywała cała Polska delegacja, w celu służenia im pomocą. Potrzebna tam byłam jak przysłowiowa dziura w płocie bo Polakom brakuje otwartości i łatwości w nawiązywaniu kontaktów połączonych z tzw. „small talk”, które charakteryzują Amerykanów, co powoduje, że w ich oczach – Polacy, a w szczególności mężczyźni uchodzą za gburów. Zresztą uważam, że zasłużenie. Tak więc kiedy wszyscy zapakowani zostali do autokaru i udali się do Białego Domu na spotkanie z Condoleezza Rice, ja udałam się na spotkanie z pozostałymi praktykantami w bardziej przyjaznej atmosferze.

Jednym z głównych punktów programu podczas pobytu Premiera Jarosława Kaczyńskiego w Waszyngtonie, we wrześniu 2006 r. była wizyta w Fundacji Heritage. W obecności członków fundacji, historyków i zaproszonych na tę okazję gości – Premier Kaczyński miał wygłosić wykład na temat: “Zmierzch Postkomunizmu – Przemiany w Europie Środkowej i Wschodniej.” Osobiście wolałabym pójść na wódkę ze Zbigniewem Brzezińskim niż słuchać nudnego monologu Premiera Kaczyńskiego, który na oratora nadaje się jak ja na Samarytankę Bosą, ale na szczęście, towarzysząca mu Minister Spraw Zagranicznych, Anna Fotyga aka. „Szara Mysz” przyćmiła gwiazdę Premiera własnym przedstawieniem dostarczając wszystkim uczestnikom godziwej rozrywki. Powiedziałabym nawet, że udało jej się wyryć w pamięci wszystkich obecnych osób na bardzo długie lata. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Kiedy z lekkim opóźnieniem Polska delegacja pojawiła się w siedzibie Fundacji Heritage, cała nasza czwórka praktykantów skorzystała z okazji i zajęliśmy wolne miejsca w pierwszym rzędzie, niedaleko Ambasadora Janusza Rejtera. W tym czasie akredytowani dziennikarze ustawili się wraz z kamerami na tyłach niewielkiego audytorium po czym wszyscy oddaliśmy się słuchaniu odczytu. Na początku z uwagą przysłuchiwałam się ględzeniu Premiera, ale jego monotonny głos powoli zaczął wprowadzać mnie w stan letargu i zaczęłam mieć poważne obawy, że jeszcze trochę i usnę. Na szczęście w tym krytycznym dla nas wszystkich momencie, do akcji wkroczyła siedząca obok Ambasadora, Minister Spraw Zagranicznych, Anna Fotyga.

Prawie natychmiast we wszystkich wstąpiła nowa energia i z niezwykłym zaciekawieniem zaczęliśmy się przyglądać odgrywającej się pod katedrą, na której nadal przynudzał Kaczyński – akcji. Okazało się, że Pani Fotyga była równie znudzona odczytem jak reszta uczestników i postanowiła zaangażować w rozmowę Ambasadora Rejtera – mistrza w dziedzinie savoir vivre, który z kolei z całej siły próbował ją zniechęcić do prowadzenia konwersacji w postaci ostentacyjnego szeptu. W końcu zrezygnowała z dokuczania Ambasadorowi i znalazła sobie nowa rozrywkę. Okazało się, że słuchawki znajdujące się na oparciu każdego fotela, służące uczestnikom odczytu to słuchania tłumaczenia na żywo, nie działały. Po cholerę były Fotydze słuchawki kiedy Kaczor smęcił po Polsku i to dokładnie nad jej głową, nie mam bladego pojęcia, ale groziło ostrą rozpierduchą, więc Panowie rzucili się na pomoc. Osobiście doszłam do wniosku, że Kaczor albo nie ma charakteru albo musi ją bardzo kochać bo gdybym to ja przemawiała na katedrze, wzięłabym od niej te słuchawki, łupnęłabym ją w ten głupi łeb i kazała jej wypierdalać z sali. A Kaczor nic – dalej czytał własne wypociny, zupełnie obojętny na rozgrywający się pod „Amboną” cyrk.

Kiedy Ambasador, z natury bardzo uczynny, okazał się jednak bezsilny w walce z technologią, wysłano na pomoc jakiegoś młodzieńca, który na kolanach doczołgał się do fotela “Szarej Myszy” i w końcu zaktywował słuchawki. Efekt tego był taki, że Pani Minister ustawiła głos na cały regulator i zamiast założyć słuchawki na ten głupi cymbał zakrywając uszy, trzymała je w ręku niedaleko lewego ucha dzięki czemu wszyscy uczestnicy mieli wątpliwą przyjemność wysłuchania przemówienia w dwóch językach jednocześnie, po polsku i po angielsku co do złudzenia przypominało mi czasy kiedy rodzice słuchali Radia Wolna Europa.

Przyglądałam się tej całej sytuacji z rosnącym zafascynowaniem. Czułam, że jestem spocona z emocji jak szczur, bo przyznaję, że do poważnych osób nie należę i mam ogromne trudności z tłumieniem śmiechu. Jak na przykład, kiedy klęcząc w kościele podczas podniesienia, po głowie łysego Pana z przodu zaczyna chodzić pająk i pozostaje albo wyjść z Kościoła, albo udusić się ze śmiechu. Podobną rozterkę miałam podczas występów „Szarej Myszy” z tym, że w tym przypadku groziło mi uduszenie, bo za nic na świecie nie wyszłabym z sali, tracąc na zawsze możliwość obejrzenia reszty przedstawienia.

Kiedy wszyscy uczestnicy z lekka odetchnęli, mając nieśmiałą nadzieje, że jak “smarkula dostała lizaka” to się na jakiś czas uspokoi, „Szara Mysz” cierpiąca na nadaktywność owsików w dupie, postanowiła dostarczyć nam godziwszej rozrywki, na miarę Ministra Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Rozejrzała się głupkowato po suficie, zrobiła skwaszoną minę, ciepnęła słuchawkami i wstała z fotela. Gdyby Kaczor wreszcie się zamknął, najprawdopodobniej w panującej na sali ciszy można by było usłyszeć bzykające w powietrzu muchy. Niestety Premier dalej czytał z kartki natomiast muchy, podobnie jak cała reszta zgromadzonych na sali wstrzymała oddech i z wytrzeszczem w oczach obserwowała odgrywającą się na środku sali tragikomedie.

Minister Fotyga, ku zaskoczeniu wszystkich uczestników odczytu, wypięła swój wielki tyłek w stronę Ambasadora, zadarła do góry nogę i z gracją krowy na arenie cyrkowej dokonała próby wdrapania się na scenę, na której przemawiał Kaczor. Niestety zabrakło jej kilku milimetrów i ku przerażeniu całej sali, która zastygła w bezruchu, wierzgnęła kopytkami, machnęła w powietrzu rękami i ostatkiem sił złapała za katedrę. Pewnie złamałaby sobie kark lecąc do tyłu razem z mównicą gdyby nie to, że Kaczyński w ostatniej chwili przytrzymał katedrę, ratując bezcenne kartki z przemówieniem. Po czym zupełnie niewzruszony poczynaniami Pani Minister, kontynuował wykład. Reszta sali sparaliżowana psychicznie i fizycznie, kompletnie niezdolna do jakiejkolwiek reakcji, przyglądała się jak “Szara Mysz” otrzepała się z kurzu, poprawiła czupur na głowie, stanęła za Kaczyńskim i zaczęła robić karczemną awanturę jednemu z członków Fundacji Heritage, którego wezwała do siebie na „scenę” za to, że żarówki w suficie są zbyt ostre i rażą w oczy Premiera.

Jednym słowem – istny Muppet Show. Oczami wyobraźni widziałam w loży nad sceną dwóch starych zgredów, Statlera & Waldorfa, komentujących żenujące dla Polski zachowanie polskiego polityka i w sumie brakowało tylko, Szalonego Harrego, który wysadziłby cały ten burdel w powietrze nie pozostawiając przy życiu ani jednego świadka tej jawnej kompromitacji.

A swoją drogą mam nadzieję, że ktoś kiedyś wygrzebie z archiwum telewizji taśmy z nagraniami z tego przemówienia aka. przedstawienia, chociaż przyznam, że z pierwszego rzędu i na dodatek na żywo, całe wystąpienie wyglądało zdecydowanie bardziej ekscytująco. Od tej pory tak w kinie jak i w teatrze zawsze staram się zająć miejsce jak najbliżej sceny. Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć niezgodnego ze scenariuszem, dostarczając widzom godziwej rozrywki. A takie sceny są naprawdę niepowtarzalne🙂 .

Alicja

One response to “Praktyki Studenckie przy Ambasadzie RP w Waszyngtonie – Cześć III

  1. Dlaczego nie jestem zdziwiona.. ;D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s