Praktyki Studenckie przy Ambasadzie RP w Waszyngtonie – Część II

visa1

Ambasada RP w Waszyngtonie

Pierwszego dnia praktyk pojawiłyśmy się w Ambasadzie RP punktualnie o godzinie 9:00 rano. Jasiek, jako jedyny z naszej grupy zakrzątnął się wokół własnych interesów jeszcze przed wyjazdem z Polski, dzięki czemu znalazł pozycję w Sekcji Prasowej i był w Ambasadzie już od 8:30. Oszczędziło mu to wątpliwej przyjemności siedzenia w holu budynku, czekając na ludzkie miłosierdzie.

Pierwszą osobą, która okazała nam zainteresowanie, był sam Ambasador, Janusz Reiter, który zaraz po wejściu do budynku przywitał się z nami bardzo serdecznie i życzył nam powodzenia. Ta jego naturalna i niewymuszona życzliwość oraz wysoka kultura osobista – tak nietypowa w tym środowisku – pozostała nam w pamięci nie tylko do końca praktyk, ale do dnia dzisiejszego. Pozostali pracownicy przechodzili obok nas obojętnie nie zwracając najmniejszej uwagi na trzy sierotki czekające w holu Ambasady, aż w końcu po długim wyczekiwaniu, pojawił się pracownik odpowiedzialny za praktyki studenckie i zabrał nas do swojego gabinetu na drugim piętrze.

Radca Mariusz Brymora, kierownik Wydziału Kultury, Nauki i Informacji wyglądał niczym Apollo na łowach. Błękitny kolor oczu, zaczesane do tylu długie, szpakowate włosy, na nosie markowe okulary, idealnie komponujące się z owalem twarzy oraz nieskazitelny garnitur z perfekcyjnie dobranym kolorystycznie krawatem świadczyły niezbicie o tym, że Pan Radca świadomy był nie tylko swojego misternie pielęgnowanego wyglądu, ale przede wszystkim wpływu jaki wywierał na kobiety obdarzając je łaskawie jednym ze swoich czarujących uśmiechów. Tym razem jednak źle trafił bo każda z nas wyczuła, że za tą fasadą ideału kryje się wyczuwalny na odległość fałsz oraz głęboko zakorzeniony Narcyzm. Dlatego nikogo nie powinno zdziwić, że prawie natychmiast w powietrzu zaczęła unosić się atmosfera nasycona wzajemną niechęcią.

Po krótkim wstępie wysłane zostałyśmy do piwnicy budynku i nie dostąpiłyśmy zaszczytu oglądania Pana Radcy przez następnych kilka dni. W końcu trzeciego dnia zadzwonił telefon i Apollo wyraził natychmiastowe zapotrzebowanie na zdjęcie orzełka o dużej rozdzielczości.

  • Jak tak dalej pójdzie to ja tu kurwa zwariuje – powiedziałam mocno sfrustrowana do siedzącej naprzeciwko mnie Magdy.

Oryginalnie planowałam pozostać na praktykach w Waszyngtonie przez dwa miesiące, ale w zaistniałej sytuacji nie byłam pewna czy nie postradam zmysłów po tygodniu nie mówiąc już o całkiem realnej obawie przed wyłysieniem i szkorbutem. Piwnica wpędzała nas w nastrój głębokiej depresji, komputery pamiętały jeszcze czasy średniowiecza, a my siedziałyśmy wdeptane w ziemię niczym robaki z zazdrością spoglądając na wpadające przez szparę pod sufitem światło dzienne. Żeby nie było, że coś sobie wymyślam odnalazłam na Internecie obszerny dokument przygotowany w 2012 r. przez Najwyższą Izbę Kontroli, w którym czytamy:

W budynku Ambasady, na trzech kondygnacjach zlokalizowanych jest łącznie 28 pomieszczeń biurowych i pięć sal recepcyjnych. Na podstawie oględzin pomieszczeń biurowych ustalono, że osiem stanowisk pracy zlokalizowanych było w podpiwniczeniu. Pomieszczenia te, ze względu na położenie, mają utrudniony dostęp do światła dziennego, praca odbywa się przy sztucznym oświetleniu. W pomieszczeniach odczuwalny jest podwyższony poziom wilgotności. W jednym z nich widoczne są ślady zagrzybienia. [1]

Pewnego dnia, w obawie o nasze zdrowie psychiczne, przyszedł nam na pomoc Pan Piotr, szef Działu Prasowego, który prawdopodobnie pod naciskiem Jaśka, zlecił nam robienie codziennej prasówki na potrzeby MSZ-tu – z krótkim opisem najważniejszych wydarzeń – oczywiście w języku polskim. Rzuciłyśmy się z Magdą na tę okazję jak pijawki na świeżą krew bo nic tak nie dopinguje człowieka jak możliwość zabicia czasu w efektywny sposób. Natomiast pod koniec tygodnia – niczym błyskawica – rozeszła się wiadomość, że Radca Brymora oddelegowany został do Chicago gdzie należało zażegnać przygotowywane przez tamtejszą Polonię, Powstanie Wrześniowe przeciwko ówczesnemu Konsulowi Generalnemu, za dokonanie rażących przekrętów finansowych na terenie placówki🙂

Już w poniedziałek, zgodnie z powiedzeniem “gdzie kota nie ma, tam myszy harcują” rozlazłyśmy się po Ambasadzie niczym pracowite mróweczki w poszukiwaniu dodatkowych zajęć. Prowadziłyśmy przy tym niezwykle ożywione życie towarzyskie socjalizując się ze wszystkimi pracownikami Ambasady począwszy od sekretarki Ambasadora, przez kierowców. ochronę i dział polityczny a kończąc na szefie kuchni, z którym połączyły mnie szczególne więzy – a mianowicie wzajemna miłość do sarniny, która rozkwitła we mnie niczym bez na wiosnę. Po tygodniu marazmu, w ciągu jednego dnia, wszystkie drzwi stanęły przed nami otworem natomiast Ambasador Reiter dał nam błogosławieństwo na uczestniczenie w każdym wydarzeniu na Capital Hill, na które mogliśmy się dostać włączając taką gratkę jak sympozjum na temat “Stosunków Międzynarodowych pomiędzy Chinami i Stanami Zjednoczonym za czasów Jimmy Cartera” z udziałem Zbigniewa Brzezińskiego. Od tej pory w lochach Ambasady spędzałyśmy naprawdę niewiele czasu, kawę piłyśmy w Dziale Prasowym a Magda udzielała popołudniowych lekcji tańca towarzyskiego Ambasadorowi i jego uroczej małżonce w rezydencji Ambasadora. Natomiast ja oddałam się bez reszty śledzeniu artykułów na temat dochodzenia prowadzonego przed Dane Priest[2] – dziennikarkę Washington Post, która w 2005 r. poinformowała świat o tajemniczych więzieniach zakładanych przez CIA w różnych miejscach na świecie – włączając Polskę – w celu przesłuchiwania i torturowania więźniów podejrzanych o działalność terrorystyczną. W końcu udało mi się poznać Dane Priest osobiście, podczas spotkania dziennikarzy w Ambasadzie Szwecji – oczywiście po ówczesnym wywierceniu dziury w brzuchu Panu Piotrowi z Działu Prasowego, który zabrał mnie na spotkanie, najprawdopodobniej dla świętego spokoju🙂 .

We wrześniu 2006 nie obyło się również bez imprez w Ambasadzie, w których ku naszej uciesze pozwolono nam uczestniczyć. Wizyta Premiera Jarosława Kaczyńskiego oraz Szarej Eminencji, Anny Fotygi była kompletnym fiaskiem i wymaga oddzielnego artykułu, natomiast obchody Święta Wojska Polskiego, które przesunięto na wrzesień spotkały się z niebywałym sukcesem … głownie praktykantek🙂 .

Wszystkie trzy ubrałyśmy się tego wieczoru w eleganckie „małe- czarne Chanelki” i stojąc dokładnie w tym samym miejscu w Ambasadzie, w którym pierwszego dnia potraktowane zostaliśmy niczym pasierbice Macochy, witałyśmy przybywających gości, składających się z delegacji wojskowych z całego świata, włączając kraje członkowskie NATO. Brylowałyśmy wśród wojskowych niczym ryby w wodzie, zachwycając słowiańską urodą, emanując radosnym uśmiechem i witając przybyłych gości w ich rodzimych jezykach dzięki czemu udało nam się wspólnymi siłami podbić prawdopodobnie całą Amerykę Południową i Bliski Wschód. Nie ma w tym stwierdzeniu ani ociupiny przesady ponieważ następnego dnia otrzymałyśmy oficjalne podziękowanie z Biura Attaché Obrony za nasz osobisty🙂 wkład w sukces imprezy, oraz zaproszenie na popołudniową herbatkę w towarzystwie samego Generała co było ewenementem, podobnie zresztą jak zaproszenie na obchody Dnia Niepodległości – 11 listopada do siedziby Centralnego Przywództwa NATO w Norfolk w stanie Virginia. I kto powiedział: za mundurem panny sznurem? Czy przypadkiem nie jest odwrotnie🙂

Tak więc gdyby nie kompletny przypadek, dzięki któremu Radca Brymora oddelegowany został do Chicago, nasza praktyka studencka w Waszyngtonie nigdy nie przekształciłaby się w nieustające pasmo sukcesów. Na pewno nigdy też nie zostałabym zaproszona do współpracy z Chargé d’affaires Panem Piotrem Erenfeichtem nad przygotowaniami do wizyty Premiera Jarosława Kaczyńskiego ani też na prośbę Ambasador Reitera, do uczestniczenia w Balu Ambasadorów w towarzystwie Piotra Erenfeichta w zastępstwie jego małżonki – jednym z najbardziej prestiżowych wydarzeń roku w Waszyngtonie. Wprawdzie na tydzień przed zakończeniem naszych praktyk, Radca Brymora wrócił do Ambasady, ale nie był już w stanie wyrwać nas spod opiekuńczych skrzydeł Ambasadora Reitera, więc nie pozostało mu nic innego jak pogodzić się z zaistniałą sytuacja. Udało mu się jednak zrewanżować i kiedy oświadczyłam mu, że muszę skrócić czas trwania praktyk do miesiąca ponieważ czeka na mnie pozycja w Dziale Kultury w Konsulacie RP w Nowym Jorku – tym samym dziale, którym dowodził Radca Brymora w Waszyngtonie – złośliwie odmówił mi wydania opinii … za obrazę majestatu🙂

  • I quite frankly don’t give a shit! – pomyślałam i opuściłam pielesze Ambasady z mieszanymi uczuciami.

Jeżeli kiedykolwiek komukolwiek wydawało się, że praca na placówce dyplomatycznej jest zajęciem prestiżowym zapewniam, że nie ma w tym stwierdzeniu funta prawdy. Zacznijmy od tego, że pracownicy Konsularni w ogromnej mierze to przypadkowy zlepek ludzi, którzy nie mają absolutnie nic wspólnego z dyplomacją ani z MSZ-tem. Nieco inaczej ma się sytuacja w Ambasadach, gdzie pozycje przyznawane są z urzędu tzw. zaufanym członkom MSZ-tu dzięki czemu każda zmiana polityczna w kraju powoduje zachwianie ich pozycji, ale o tym za chwile.

Przede wszystkim, poza Ambasadorem oraz Konsulem Generalnym, którzy jako jedyni w pełni korzystają z przywilejów związanych z ich pozycją, są również jedynymi pracownikami, którzy otrzymują godziwe wynagrodzenie z ramienia MSZ-tu. Nie jest tajemnicą, że oprócz pensji pobierają również miesięczny dodatek na małżonka lub małżonkę, mimo iż ci, częstokroć nie pojawiają się na placówce (niestety Najwyższa Izba Kontroli – obrotna jak byk na lodzie – wykrywa nadużycia Post Factum kiedy kombinatorów nie ma już na zajmowanych stanowiskach). Pozostali pracownicy, czyli tak zwane pospólstwo i plebs otrzymują żałosne wynagrodzenie nieadekwatne do miejsca pobytu. Owszem, MSZ płaci za wynajmowane dla pracowników mieszkania, ale przeciętna pensja nie jest wystarczająco wysoka aby zaspokoić potrzeby finansowe czteroosobowej rodziny i nie zapominajmy, że Nowy Jork to nie Koluszki ani Pścim Dolny.

Dla przykładu, moje własne wynagrodzenie miesięczne wynosiło $1000 plus dodatek w Polsce – równowartość $300. Mój drugi mąż śmiał się, że zaraz po studiach na NYU podjęłam pracę charytatywną, z której dochód starcza mi na metro i waciki i tak naprawdę Bogu dzięki, że przynajmniej on zarabia słuszne pieniądze. W dużej mierze jest to prawda, ale w życiu bywa tak, że czasami trzeba zapłacić frycowe i tak było w moim przypadku. Praca na placówce dyplomatycznej powoduje, że potencjalny przyszły pracodawca jest pod tak ogromnym wrażeniem jakbyśmy osiągnęli Bóg wie co, chociaż rzeczywistość jest raczej żałosna. Pomaga to jednak w przyszłości w znalezieniu lepszej pozycji na rynku pracy a wiadomo, że cel uświęca środki J. Osobiście osiągnęłam zamierzony cel i zgodnie z planem, rok po zatrudnieniu w Konsulacie RP w Nowym Jorku, znalazłam prace „na Wall Street” i tak już zostało. Niestety większość pracowników przyjeżdzających na placówkę z Polski nie ma takich możliwości i przy tak niskich zarobkach – partner lub partnerka zmuszeni są do podjęcia pracy zarobkowej w związku z czym pozycje w Konsulacie lub Ambasadzie są ich jedyną deską ratunku.

W rezultacie „oszczędnościowej” polityki MSZ-tu – większość stanowisk na placówkach dyplomatycznych zajmowanych jest przez osoby niekompetentne. Kierownicy działów zazwyczaj oddelegowani są przez MSZ, ale zdarza się, że są wśród nich pracownicy, którzy dostają się na placówkę przez znajomości albo … z tak zwanych łapanek, kiedy MSZ-towi trudno jest znaleźć frajera na nisko opłacane stanowisko. Pozostali pracownicy to zmuszone ciężką sytuacja materialną żony pracowników, z których większość nie włada językiem angielskim a bywa również tak, że cześć z nich widzi komputer po raz pierwszy w życiu na oczy.

Pamiętam jak będąc w Ambasadzie, zaproszona zostałam na czas przygotowań do wizyty Premiera Jarosława Kaczyńskiego do współpracy z Panem Piotrem Erenfeichtem, na stanowisku Chargé d’affaires. W pierwszej kolejności poprosił mnie o zrobienie listy wszystkich gości z MSZ-tu – włączając akredytowanych dziennikarzy. Przygotowałam mu tę listę w formie Excel, zadzwoniłam gdzie trzeba żeby rozwiać wątpliwości i nie mogłam się nadziwić o co chodzi Panu Piotrowi z tą wdzięcznością. Okazało się, że Pani pracująca na stanowisku jego sekretarki nie dość, że nie zna angielskiego to jeszcze nie potrafi obsługiwać komputera a wyszukanie czegokolwiek na Internecie przerasta jej możliwości. Patrzyłam się na niego głupkowato jakby dostał nagle zeza poprzecznego i nie bardzo mogłam zrozumieć co on bredzi. Jak można zatrudnić jako sekretarkę Chargé d’affaires osobę tak piramidalnie niekompetentną. Jest to pozycja, która wymaga ciągłych kontaktów z Amerykańskim Departamentem Stanu– wiem bo sama tam dzwoniłam żeby potwierdzić przylot samolotu Premiera – i trudno sobie wyobrazić, żeby pracownik na tym stanowisku był tak beznadziejnie bezużyteczny!

Często zdarza się też, że pracownicy na kierowniczych stanowiskach, szczególnie ci oddelegowani przez MSZ – tak panicznie boją się własnego cienia, czyli co powie Warszawa, że nie są w stanie samodzielnie podjąć decyzji, za które będą zmuszeni nosić ciężar odpowiedzialności utrudniając efektywne funkcjonowanie własnego działu. Tak było w przypadku jednego z Konsuli Działu Kulturalnego w Nowym Jorku. W wyniku jego rażącej nieudolności do prowadzenia działu, obie z Kinga zaczęłyśmy go zwyczajnie olewać i z każdym problemem szłyśmy prosto do Szefa. Placówka dyplomatyczna, to nie jest miejsce dla mięczaków. Mniej więcej po roku, podszyty tchórzem Konsul nie wytrzymał presji i poprosił o odwołanie z placówki. Po powrocie do Warszawy siedział na bezrobociu prawie rok, ponieważ kolejnym mitem wartym opublikowania jest fakt, że po powrocie do kraju na nikogo praca nie czeka🙂 . Chyba, że ma się dużo szczęścia i zostanie się automatycznie przeniesionym na kolejną placówkę, ale to nie zdarza się zbyt często i w dużej mierze zależy od tego, w którą stronę wieje wiatr politycznej pieriestrojki, kogo się zna albo komu zalazło się za skórę.

Tak było mniej więcej w przypadku Konsula Marka Skulimowskiego, który jest typowym przykładem pracownika z polecenia. Nauczyciel języka angielskiego w szkole Jezykow Obcych w Przemyslu, kompletnie nie związany z MSZ-tem oddelegowany został na placówkę w Nowym Jorku dzięki pomocy ówczesnego promotora dr. Bogusława Winida i jak do tej pory okazał się jedynym szefem Działu Kulturalnego, który był idealnym kandydatem na to stanowisko – uwielbianym i szanowanym przez Polonię w całym stanie Nowy Jork. Niestety, w wyniku politycznych przepychanek w Warszawie, po zaoferowaniu Markowi pozycji Konsula Generalnego w Chicago, którą zaakceptował, chwilę później, odwołany został ze stanowiska Konsula w Nowym Jorku i krótko mówiąc wyrzucono go na zbity pysk. Była to niepowetowana strata, z której Konsulat RP w Nowym Jorku do tej pory się nie podźwignął ponieważ każdy kolejny Konsul Działu Kulturalnego okazał się być postacią bardziej groteskowa od poprzedniej i do dnia dzisiejszego nic się w tej kwestii nie zmieniło. Na szczęście Marek zauważony został w środowisku polonijnym i kiedy Wojciech Inglot – nieżyjący już prezes i właściciel Inglot Cosmetics zaproponował mu pozycję przedstawiciela firmy w USA, Marek zaryzykował i w rezultacie okazał wyjątkowy talent w biznesie. Dla MSZ-tu był to niewątpliwie cios poniżej pasa i ogromnie żałuję, że nie mogłam być naocznym świadkiem tej lawiny nienawiści jaka musiała eksplodować w MSZ-cie kiedy okazało się, że chamskie potraktowanie wartościowego pracownika w rzeczywistości było najlepszym „niefortunnym” wydarzeniem jakie mogło mu się w życiu przytrafić🙂

Podobna niesprawiedliwość spotkała ze strony PiS-u Ambasadora Janusza Reitera, którego największym grzechem głównym była porażka w uzyskaniu dla Polaków możliwości uczestniczenia w ruchu bezwizowym oraz jak to określiła Anna Fotyga – ówczesny Minister Spraw Zagranicznych, która pasowała na to stanowisko jak ja na przełożoną Klasztoru Karmelitanek Bosych – brakiem zaufania do byłego Ambasadora.[3] No cóż, o tym jak bardzo Pani Minister Fotyga nie pasowała na własne stanowisko dowiedzą się państwo w następnym odcinku poświęconym jej Szarej Eminencji. Cdn.

Alicja

[1] http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:TsF229dCg_IJ:https://www.nik.gov.pl/kontrole/wyniki-kontroli-nik/pobierz,kap~i_12_003_201210290936071351499767~id0~02,typ,kj.pdf+&cd=1&hl=en&ct=clnk&gl=us&client=safari

[2] http://www.pulitzer.org/winners/7017

[3] http://www.rp.pl/artykul/63530-Ambasador-Janusz-Reiter-wraca-do-kraju.html

 

One response to “Praktyki Studenckie przy Ambasadzie RP w Waszyngtonie – Część II

  1. Czekam na ciąg dalszy, bo bardzo interesujące rzeczy piszesz😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s