Grochóweczka po Staropolsku … i inne takie tam bajdurzenia …

IMG_1380

  • Alicja, ty to się chyba nudzisz – napisała Magda po otrzymaniu SMS-em zdjęcia mojej grochóweczki. Była godzina 10 rano w niedzielę.
  • No pewnie, że się nudzę – odpisałam – Mieszkanie wysprzątałam wczoraj w ciągu dnia, wieczorem włączyłam film i zrobiłam porządek w dokumentach a dzisiaj obudziłam się o 7ej rano i miotam się po kuchni realizując się kulinarnie. Coś musze robić. Przecież nie mogę ciągle czytać książek🙂

W sumie, zgodnie z poziomem mojego temperamentu i zamiłowaniem do prowadzenia wyczerpującego trybu życia, powinnam była wczoraj miotać się po górach a dzisiaj leżeć odłogiem i wypoczywać na kanapie czytając książkę. Niestety w zeszłym tygodniu w drodze na wyprawę górska, czekając na peronie na przyjazd pociągu, pochyliłam się żeby podnieść klucze, które właśnie upuściłam na ziemię i tak łupnęło mi w kręgosłupie, że o wspinaczkach górskich mogę zapomnieć na następnych kilka tygodni. Starość nie radość🙂

A tak swoją drogą, to uważam, że kobiety zostały źle zrobione. Już sam fakt, że Pan Bóg ukarał nas – dając nam coś z mężczyzny – jest przekleństwem, które ciąży nad kolejnymi pokoleniami kobiet niczym miecz Damoklesa. A potem mężczyźni się dziwią, że ich w czymś przerastamy. Może to cholerne żebro było akurat takim super genem odpowiedzialnym za zmysł rywalizacji i dominacji w stadzie, no i tak jakoś wyszło niefartownie, że na początku XIX wieku gen się uaktywnił – ku rozpaczy rodu męskiego – i tak już zostało. Tak więc Panowie – pretensje proszę mieć do Pana Boga🙂 Ale z drugiej strony gdyby Pan Bóg zostawił Adamowi to jego zakichane żebro i zrobił nas na przykład z łodygi jakiejś rośliny, na przykład orchidei – która notabene jest najbardziej kobiecą rośliną na ziemi – wtedy kłopoty z kręgosłupem poszyłyby w zapomnienie a faceci i tak na sam widok lgnęliby do nas jak pszczoły do miodu. Przy tak giętkim kręgosłupie mogłabym się wyginać do woli we wszystkie strony nie mówiąc już o tym, że wszystkie pozycje Kamasutry każda z nas miałaby w najmniejszym palcu – zresztą ku uciesze rodu męskiego. A tak figa z makiem. Musze siedzieć w domu i wymyślać sobie zajęcia. Pfffffff …

Wracając jednak do tematu grochówki, to chodziła za mną już od mojego przyjazdu z Polski. Zrobiłam ją tylko raz w życiu, bodajże dwa lata temu i opisałam całą tę kulinarną przygodę na blogu, ale skoro znowu zrobiło się zimno uznałam, że czas najwyższy odgrzebać stare przepisy. Oczywiście tak jak poprzednio, czuję się w moralnym obowiązku przypomnieć, że przepis dostałam od mojego byłego szefa, Konsula Generalnego RP w Nowym Jorku, Pana Krzysztofa W. Kasprzyka, który jak na mężczyznę jest wyjątkowym łasuchem, który nie tylko lubi dobrą kuchnię, ale też sam gotuje. Musze przyznać, że facet, który sam lubi gotować i robi to dobrze to naprawdę czysty skarb. Czasami się zastanawiam dlaczego mnie się taki nigdy nie przytrafił🙂. Wiem, że tacy istnieją, owszem – nawet znam paru osobiście, ale niestety tak się składa, że większość z nich jest albo zajęta albo z tego gatunku który kocha inaczej🙂 Teraz to już za późno, ale chyba w następnym życiu, niczym Zosia z „Zakochanych” wyceluję w faceta, który lubi gotować … i zobaczymy co z tego wyniknie. W końcu istnieje też druga możliwość, że się wzajemnie pozabijamy w tej kuchni, zgodnie z polskim przysłowiem: gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść.🙂

Apropo staropolszczyzny, to naprawdę trudno mi powiedzieć, czy przepis jest uwspółcześnioną wersja zupy, czy też rzeczywiście pochodzi z dziada pradziada. Jednak niezależnie od pochodzenia, przyznam nie bez dumy, że zupa wyszła wyśmienita do tego stopnia, że wylizałam absolutnie wszystko od garnka po łyżkę do mieszania zupy. Ciekawostką jest, że użyłam bardzo niewiele amerykańskich produktów – poza warzywami, czosnkiem i wodą wszystkie pozostałe składniki pochodzą z Polski. Groch łuskany kupiony w polskim sklepie, podobnie zresztą jak wędzony bekon, bo nie było boczku, ale dzięki temu na koniec pozostało mi sporo pysznego mięska do skrojenia, a smak grochówki pozostał ten sam. Nawet majeranek przyjechał ze mną z Polski🙂 (tak wiem, powinnam za to pójść do amerykańskiego piekła). Czysty, pachnący, aromatyczny majeraneczek własnoręcznie zasadzony i wysuszony przez cioteczkę, notabene również Zosię, w Witaszycach koło Poznania. Mucha nie siada. To naprawdę niesamowite jaka ogromna jest różnica w smaku i w zapachu w porównaniu do tego, który kupujemy w sklepach. A przecież i to majeranek i to majeranek, a jednak … Wszystko inne jest tak jak w przepisie, może za wyjątkiem tego, że zgodnie z zaleceniem, mięso wyjęłam i pokroiłam na drobne kawałki, ale zupy nie zmiksowałam, bo i tak wyszła z niej papka a mnie się spodobało, że gdzieniegdzie widać kawałki marchewki i grochu. Natomiast nie dodałam grzanek bo jestem na etapie diety bez węglowodanów, ale jeżeli miałabym się skusić na pieczywo to podałabym tylko i wyłącznie grubą pajdę świeżego chleba na zakwasie – po staropolsku.

IMG_1383

Oczywiście musze wspomnieć o staropolskiej zastawie, którą zaprezentowałam na zdjęciu, a z którą wiąże się bardzo ciekawa historia. Swego czasu, jeszcze jako nastolatka, jeździłam z bratem i z rodzicami na Mazury, do ośrodka wędkarskiego FSO, który znajdował się gdzieś na polskim zadupiu pomiędzy Orzyszem a Giżyckiem. Tradycyjnie jak co roku, wyprawa zaczynała się od kłótni rodziców. Jak zawsze robili to stojąc przy bagażniku samochodu zaparkowanego przed klatką pod blokiem – tak aby wszyscy sąsiedzi mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Jak co roku, staliśmy z bratem przyglądając się temu cyrkowi z niekłamanym zainteresowaniem pilnując się aby niepotrzebnie nie otworzyć buzi i przypadkiem nie stać się częścią rozgrywającego się na naszych oczach przedstawienia. Zawsze chodziło o to samo a mianowicie o nieproporcjonalną ilość gratów ułożonych w bagażniku i należących do taty a ilością miejsca przeznaczoną dla pozostałej części rodzina, która reprezentowała mama. Tata, będący mieszanką pomiędzy Adamem Słodowym, Pomysłowym Dobromirem i MacGyverem, czuł się w obowiązku wozić ze sobą olbrzymią skrzynkę z narzędziami samochodowymi, bo nigdy nie wiadomo co może się nam przytrafić na drodze, kiedy nasz wypucowany poprzedniego wieczoru Fiat 125P gna z prędkością 60km/h w kierunku na Giżycko, a na pomoc drogową przecież nie było co liczyć w tamtych czasach. Do tego dochodziła jeszcze plandeka, bo przecież „druga żona” jak nazywała zabawkę taty nasza mama – nie może przez dwa tygodnie stać na wsi w szczerym słońcu. Jeszcze by się ufafluniła albo co gorsza dostała udaru słonecznego. Jednak lwią cześć bagażnika zajmował sprzęt wędkarski, czyli pudełka i pudełeczka z milionami haczyków, spławików, żyłek, piórek, koralików i ciężarków, do których dochodził jeszcze podbierak, krzesełko wędkarskie i zestaw przynajmniej pięciu kijów do wędkowania. Suma summarum na walizki i przybory kuchenne niezbędne do przeżycia dwóch tygodni w domku kampingowym zostawało tyle miejsca co pies napłakał. W efekcie wojny rodziców w bagażniku lądowała zazwyczaj tylko walizka a w związku z tym, że dzieci i ryby głosu nie maja, jechaliśmy z bratem na tylnym siedzeniu samochodu ściśnięci niczym sardynki w puszcze, pomiędzy torbami z pościelą, garnkami, wekami i przyprawami kuchennym. Na szczęście udało się nam przeżyć te coroczne eskapady bez uszczerbku na zdrowiu i umyśle.

Na szczęście po dojechaniu na miejsce, sytuacja ulegała zdecydowanej poprawie, ponieważ tata natychmiast szedł na ryby, nie wtrącając się w gospodarskie zapędy mamy, co umożliwiało jej realizowanie się w kuchni jako matka, żona i kochanka (cecha, której niestety nie odziedziczyłam w genach) natomiast oboje z bratem znikaliśmy z pola widzenia rodziców i albo pędziliśmy do lasu na grzyby i jagody albo miotaliśmy się po zagrodzie Sołtysa zachwycając się prosiaczkami w cuchnącym chlewiku albo z ogromnym upodobaniem dojąc krowy. Dzięki temu, w miarę jak dorastałam, a przyjeżdżaliśmy na wczasy wędkarskie prawie co roku, podobno mama Sołtysa widziała we mnie potencjalny materiał na Sołtysową … widocznie jakoś nigdy nie udało się jej zostać naocznym świadkiem mojego wybuchowego temperamentu. Na szczęście Bóg się nad nią ulitował i nie wysłuchał jej próśb🙂 .

W końcu kiedy mama miała dosyć słońca i gotowania a tata nałowił tyle ryb, że wszystkim wychodziły uszami, nadchodził czas na wycieczkę krajoznawczą. Wtedy tata zdejmował plandekę z „drugiej żony” i jechaliśmy do Giżycka. Bardzo lubiliśmy z bratem te wyprawy, bo zawsze udawało nam się naciągnąć rodziców na gofry z bitą śmietaną i jagodami albo na lody, bo w sklepach w tym czasie nie było nic oprócz pustych półek. Zdarzały się jednak wyjątki i właśnie na taki wyjątek trafiliśmy pewnego razu kiedy mama szukała cukru i mąki w niewielkim wiejskim sklepiku przy drodze na Giżycko. Kiedy zobaczyła zestaw myśliwski z gliny na osiem osób – oczy jej się zaświeciły i nie wyszła ze sklepu bez zdobyczy. Trzeba przyznać, ze zestaw obiadowy był rzeczywiście wyjątkowy. Składał się z mniejszych i większych miseczek, kociołków do zupy, garnuszków z przykrywką do bigosu lub ziemniaczków z okraską albo małego garnuszka na aromatyczny smaluszek – słowem, aż się chciało gotować borowiki i kapustę kwaszoną, smażyć kiełbasę z cebulą lub obsmażać pierogi z mięsem na masełku – po to tylko, żeby wyjąć tę piękną zastawę myśliwską i nacieszyć oko patrząc na cudownie zastawiony stół przypominający jesień z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego.

Efekt zakupów był taki, że zamówienie na zestaw myśliwski złożyła jeszcze moja matka chrzestna i żona brata mojego taty i wszystkie kolejne spotkania rodzinne odbywały się przy zastawie myśliwskiej. Na szczęście w końcu im się to znudziło i zapomniały o niej, aż w końcu dostałam ją w spadku, kichając na porcelanową zastawę, z czego zresztą bardzo się cieszę, bo ładnie zastawiony stół w jesiennej szacie, z pysznymi potrawami cieszy nie tylko ciało, ale i duszę🙂

Na koniec wiadomość dla Singielek i Singlów, którzy zdecydują się na skorzystanie z przepisu, ale mają zagwozdkę co zrobić z resztą, bo przecież jedzenie tej samej zupy przez tydzień może się znudzić. Otóż osobiście wekuję absolutnie wszystko co wejdzie mi pod rękę – od zup po gulasze, pulpety i gołąbki. Jest to dużo lepsza wersja od mrożonej, ponieważ zauważyłam, że niektóre warzywa zmieniają konsystencje i smak pod odmrożeniu, czego idealnym przykładem są ziemniaki. Wekowanie nie zmienia nic w potrawie i nawet nie trzeba trzymać słoików w lodówce. Tak więc, kiedy zupa jest gorąca, wkładam ją natychmiast do słoików, zakręcam przykrywkę i odwracam do góry nogami, żeby zassało się powietrze. W ten sposób zupę można jeść raz na tydzień przez 3 albo 4 tygodnie urozmaicając sobie menu innymi potrawami. Wystarczy tylko odkręcić przykrywkę, wrzucić do garnuszka zawartość słoika i odgrzać – przy odgrzewaniu można dodać odrobinę wody gdyby grochówka okazała się zbyt gęsta. To samo dotyczy gulaszu i innych potraw, które przygotowuję z myślą o zawekowaniu ich na później🙂

IMG_1381

Życzę wszystkim przyjemnego gotowania.

Alicja

Przepis na grochówkę według przepisu Szefa🙂 .

Znalazłem w internecie przepis niemal identyczny z moim, od lat sprawdzonym. Wkleję go zaraz, ale wcześniej słowo komentarza na jego temat. Ja osobiście namoczony groch (niech Pani kupi split peas, połówki suszonego zielonego groszku, zupa będzie mieć ładny zielonkawy kolor) gotuję tylko z solidnym kawałkiem wędzonego boczku (1/2 lb, może być 2/3 lb) aż do jego zmięknięcia. Lekko studzę, kroję boczek w kostkę, dodaję 2 ząbki czosnku rozstartego z solą i wsypuję solidnie majeranku do zmiksowanej zupy (oczywiście boczku nie miksujemy). Groch gotujemy w nie za dużej ilości wody bo grochówka ma być przecież zawiesinowata. Jeśli jest za gęsta, zawsze można rozrzedzić. Acha, do wody, w której gotuję groch, dodaję kostkę bulionu. Do zupy idą oczywiście w domu zrobione z białego pieczywa maślane grzanki.

Smacznego

Oto on: http://zpierwszegotloczenia.pl/przepis/grochowka-przecierana

P.S. Jeżeli ktoś ze znajomych zrobi komentarz na temat „słoików” przysięgam, że wyrzucę go z FB🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s