Co ma wspólnego Krystyna Janda z Ingrid Bergman, Isabella Rosselini, Kira Nightly i Jessica Lang?

image

Sięgnęłam po iPhone, otworzyłam Wasup i napisałam:
– Cześć Basia! Będę w Polsce od 12-ego do 17-ego października. Chciałabym się wybrać na Jande. Idziesz?
– Cześć Alicja! – odpisała natychmiast Basia – Pewnie, ze ide. A na co się wybierasz?
– „Ich Troje” Gabrieli Zapolskiej, monolog: „Ojciec Polski” ale bez Jandy i jej monodram z nożem w tytule…
– Znam tylko „Ucho, Gardło, Nóż” – odpisala moja przyjaciółka po krótkim namyśle – troche ciężkie … o kobiecie z Jugoslawi.
– To znaczy, ze co? Nie warto? – spytałam lekko zdziwiona.
– Oczywiście, ze warto! – wykrzyknęła w zmutowaną, wirtualną przestrzeń Basia -Ja łykam wszystko z Jandą.
– No to dokładnie tak jak ja – odpowiedziałam wyraźnie ucieszona – w takim razie chodź ze mną na „Ich Troje” albo na „Ojciec Polski” … albo najlepiej na jedno i na drugie. Coś czuję, ze monolog Rafała Rutkowskiego „podróż do wnętrza ojcostwa” jest w klimacie mojego bloga, więc szykuje się niezła zabawa🙂 Dam ci znać jak będę kupowała bilety. xoxoxo

Z góry uprzedzam, ze w żargonie – moim i moich przyjaciółek – „pójść na Jande” nie zawsze oznacza na przedstawienie, w którym bedzie występowała Krystyna Janda, ale po prostu na sztukę graną w Teatrze Polonia  :)

Natomiast odpowiedź na postawione w tytule pytanie jest bardzo prosta: wszystkie wymienione powyżej Panie mają jedną wspólna cechę, czyli Sezon Artystyczny 2015/2016, który po obu stronach Atlantyku zapowiada się wyjątkowo interesująco. Wprawdzie tygodniowa wizyta w Polsce – jak to mowi moja Mama: „jak po ogień” może niekoniecznie powinna obfitować w codzienne wizyty na artystycznym Parnasie, ale w końcu każdy ma prawo do hodowania bzika na jakimś tam punkcie i mój wydaje mi sie – zresztą całkiem nieskromnie – w miarę nieszkodliwy🙂

Na przykład: nigdy nie byłam w Teatrze Wielkim w Warszawie. Dlatego prawie za każdym razem przylatując do Polski sprawdzam repertuar operowy i tym razem zawiesiłam oko na „Strasznym Dworze” Stanisława Moniuszki. Napaliłam się jak szczerbaty na suchary i gotowa byłam już nawet kupić bilety na 12 Maja 2016 planując tym sposobem moją następna wizytę w Polsce wokół tego wydarzenia, az do momentu kiedy przeczytałam na temat dosyć orginalnej wizji reżysera spektaklu, która z lekka podcięła mi skrzydła. Okazało się bowiem, ze David Pountney „Brytyjski wizjoner operowy” zdecydował się przenieść akcję opery z sarmackiej Rzeczypospolitej do okresu dwudziestolecia międzywojennego. A ja naprawdę nie cierpię udziwnień w sztuce … estradowej, żeby nie było żadnych niedomówień🙂

Polska wprawdzie i tak w tej dziedzinie jest jeszcze w powijakach i z własnego, egoistycznego punktu widzenia bardzo mnie to cieszy ponieważ w kwestii sztuki jestem raczej konserwatywna🙂 . Po obejrzeniu Traviaty Giuseppe Verdiego na scenie Metropolitan Opera w Nowym Jorku, która w orginalnej wersji rozpoczyna się imponującym balem maskowym, a w nowej wersji świeciła pustą sceną, która miała najwyraźniej za zadanie rozbudzić wyobraźnie widzów, podczas gdy główna bohaterka biegała po scenie przez cały czas trwania opery w jedwabnej koszuli nocnej do kolan, stwierdziłam, ze generalnie kicham na współczesne adaptacje i mało nie oszalałam ze szczęścia kiedy „Jezioro Łabędzie” Piotra Czajkowskiego w wykonaniu baletu z St. Petersburga wystawione zostało w Brooklyn Academy Music w wersji orginalnej.

Nikt jednak nie jest w stanie wygrać konkurencji z tym, co na wyspach wyczyniają Brytyjczycy (o wilku mowa🙂 ) ze sztukami Shakespeare. Wprawdzie obejrzany przeze mnie „Macbeth” z Parykiem Stewartem w roli głównej był niebywałym przeżyciem i przyznaję, ze sztuka była rzeczywiście wyśmienita, ale osobiście wyszłam z teatru wykończona psychicznie i fizycznie, głownie od natężania umysłu w celu domyślenia sie „kto jest kto” ponieważ reżyser zdecydował sie przenieść akcję sztuki w czasy „za żelazna bramą” i wszystkie postacie ganiały po scenie w identycznych mundurach rosyjskiej armi czerwonej. Narobiłam się jak koń pod górę próbując połączyć dialog z bohaterami sztuki i przyczepić je do właściwej twarzy rosyjskiego żołdaka, bo przecież strojami sie nie różnili. Dużo łatwiej poszło mi z wiedźmami, które przebrane zostały za siostry zakonne/pielęgniarki.

Kiedy jednak teatr z Wielkiej Brytani przyjechał do Nowego Jorku z przedstawieniem „Kupiec Wenecki” Shakespearea i w pierwszym akcie na scenie pojawiły się metalowe klatki z półnagimi aktorami, ubranymi tylko i wyłącznie w skorzane spódniczki albo spodnie, z kolczykami w najróżniejszych częściach ciała oraz łysymi łbami przypominającymi do złudzenia polskich dresiarzy z IQ poniżej zera i do tego wszystkiego przykutych łańcuchami do metalowych klatek – z góry wiedziałam, ze jest to tylko kwestia minut kiedy z artystycznego Parnasu spadnę na pysk prosto do Hadesu i z przejęciem godnym naśladowania oddam się poszukiwaniu Purgatory w celu oczyszczenia sponiewieranej duszy. No i nie pomyliłam się. Nie żebym się uprzedzała, ale niestety sztuki oglądać się nie dało, bo widok kontrastowal z treścią i nawet moje własne dziecko zakochane po uszy w Shakespearze nie potrafiło zmusić się do ogladania tego zbeszczeszczonego dzieła. Jestem przekonana, ze gdyby Shakespeare żył, na bank umarłby na zawał serca zaraz po pierwszej odsłonie. Dlatego też po raz pierwszy w życiu wyszłyśmy z teatru po pierwszym akcie i wcale nie byłyśmy w tej kwestii osamotnione. Dlatego tez, kiedy po kupieniu biletów na Hamleta na Broadwayu przeczytałam, ze Jude Law przez cały czas trwania sztuki będzie się miotać po scenie w piżamie – bez cienia żalu oddałam swój bilet przyjaciółce Karoliny pozwalając obu dziewczynkom oddać się miłosnym uniesieniom sprowokowanym bardziej przez seksownego aktora aniżeli jego talent i geniusz Shakespeare.

Wracając jednak do „Strasznego Dworu”, po przemysleniu tematuzdecydowałam, ze w zasadzie okres miedzywojenny byl niezwykle ciekawym momentem w historii II Rzeczypospolitej Polskiej a już zdecydowanie nie tak przygnębiającym jak czasy komunizmu, więc może powinnam dać szanse reżyserowi mając nadzieję, ze Moniuszko sam sie obroni i w końcu kupiłam bilet na ostatnie majowe przedstawienie. Na koniec zgłupiałam do reszty i do tygodnia z Janda dołożyłam jeszcze „Madame Butterfly” w tej samej inscenizacji, w której oglądałam ja już na deskach Metropolitan Opera w Nowym Jorku, ale za to w wykonaniu polskich śpiewaków operowych, co już samo w sobie jest niebywałą atrakcją. Według mnie jest to obok Carmen jedna z najpieknieszych oper (z całym szacunkiem dla „Toski” i „Traviaty„) i naprawde, serdecznie polecam wszystkim czytelnikom obejrzenie jej szczegolnie w tej wersji ze wzgledu na niezwykłą scenografię, która w połączeniu z grą świateł i genialną muzyką Giacomo Pucciniego wzmaga dramatyzm sytuacji.

W przypadku Nowego Jorku – to rzeczywiście w tym sezonie będzie się działo i to wyjątkowo dużo. Wczoraj czyli 29ego sierpnia przypadła setna rocznica urodzin Ingrid Bergman i z tej okazji MOMA – Museum of Modern Art oraz BAM – Brooklyn Academy of Music przygotowaly serie filmow z Ingrid Bergman i oczywiscie nie moze w nich zabraknac „Casablanki,” na ktora wybieram sie w najblizsza sobote. Jutro, czyli w poniedzialek, serie filmow w MOMA otworzy osobiscie jej corka, Isabella Rosselini filmem: „Journey to Italy,” który początkowo nie spotkał się ze szczególnym zainteresowaniem w USA podczas gdy w Europie stał się filmem kultowym. Natomiast jeśli chodzi o BAM – w sobotę, 12ego wrzesnia Isabella Rosselini pojawi się na deskach Howard Gilman Theater w towarzystwie mojego ulubienca, Jeromy Irons (swietna rola w „Lolicie„), z ktorym przyblizy widzom postac slynnej matki i aktorki, Ingrid Bergman. Oczywiście już kupiłam bilety, ponieważ uważam, ze taka gradka nie trafia się codziennie.

Oprócz tego w BAM-ie będzie można obejrzec w tym sezonie również Juliette Binoche w „Antygonie” Sophoklesa (lojalnie uprzedzam, ze jest to uwspółcześniona wersja). Natomiast Roundabout Theatre zaprezentuje Jessike Lange w dramacie Eugene O’Neilla „Long Day’s Journey Into Night” u boku Gabriela Byrne i Johna Gallagher Jr., Keire Knightly, która zadebiutuje na Broadway-u w sztuce Emile Zoli „Therese Raquin” oraz Clive Owena również w debiutanckiej roli na deskach teatru w nowym Jorku w sztuce „Old Times” napisanej przez Laureata Nagrody Nobla, Harolda Pintera.

W dziedzinie muzyki – warto również wspomnieć o koncercie Art Garfunkela w Carnegie Hall, który odbędzie się 3 października – znany Polskim sluchaczom glownie z muzyki tworzonej przez grupę Simon & Garfunkel.

Tak więc mimo, iz ledwie „liznelam” repertuar nadchodzoacego sezonu artystycznego po obu stronach oceanu, latwo mozna sie zorientowac, ze duzo będzie się działo w nadchodzacych miesiacach i oczywiście lista artystów i wydarzen kulturalnych jest znacznie dłuższa od wymienionych przeze mnie pozycji, tym niemniej zainteresowani sztuką z całą pewnością będą w stanie znaleźć w tej niezwykle bogatej ofercie coś dla siebie.

Osobiście uwielbiam jesień. Wprawdzie wiosna kojarzy mi się z budzeniem się do życia przyrody – co kazedego roku nastawia mnie niezwykle pozytywnie do życia, jednak wrzesień kojarzy mi się z początkiem sezonu artystycznego, niekonczacymi sie rozmowami o sztuce, kolorami jesieni, zapachem cynamonu, kolbami kukurydzy i zupą z dyni z podpalanymi pestkami słonecznika.

Życzę wszystkim czytelnikom wielu wspaniałych wrażeń w nadchodzącym sezonie artystycznym.

Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s