Cichy Morderca

images

Sięgnęłam po iPhone i przeczytałam nową wiadomość:

  • Cześć Alicja! ­­Żyjesz jeszcze? – zapytała Renatka
  • Jeszcze żyje, ale jak umrę wyślę ci text-message żebyś się już dłużej nie martwiła – odpisałam🙂.
  • Hihihihi! Znowu się ciebie żarty trzymają🙂

Trzeba przyznać, że poczucie humoru miałam od urodzenia, bo oszalały na punkcie córki oraz fotografii (z tym, że w odwrotnej kolejności) świeżo upieczony tatuś dał temu świadectwo, uwieczniając moją ciągle roześmianą buzię na tysiącach czarno-białych zdjęć, które zresztą nieco później sama z nim wywoływałam w prowizorycznie przygotowanej do tego celu ciemni, blokując na kilka godzin łazienkę🙂. Notabene, oboje rodzice woleli syna, więc Bogu powinnam dziękować, że urodziłam się w komunistycznej Polsce, a nie na przykład w komunistycznych Chinach. Głupie żarty również trzymały się mnie od zawsze, z tym, że po tym jak poznałam Ciocię Anielkę, kuzynkę mojej mamy z okolic Ostrowa Wielkopolskiego i zmuszona zostałam do wysłuchania zwariowanych opowieści z czasów ich młodości – leżąc pomiędzy nimi dwiema na olbrzymi łożu małżeńskim w sypialni Cioci, przy wtórze salw śmiechu i akompaniamencie puszczanych z radości bąków – zrozumiałam, że zamiłowanie do dowcipkowania jest w naszej rodzinie obciążeniem genetycznym przekazywanym z pokolenia na pokolenie głównie w linii żeńskiej. Gwoli usprawiedliwienia, strona ojca wcale nie była lepsza i wybierając na moją matkę chrzestną, siostrę mojego ojca – Bożenkę, oboje rodzice, zupełnie nieświadomie, pozbawili się wszelkich szans na wychowanie mnie na poważną i zrównoważoną psychicznie kobietę, która w przyszłości mogłaby świecić przykładem albo co gorsza stać się pilarem społeczeństwa. Nic z tych rzeczy. Natomiast jeżeli chodzi o Czarny Humor na szczęście nigdy mnie nie opuszcza a w ostatnich dniach okazuje się być wyjątkowo przydatny.

Babcia Aniela, mama mojego ojca była kobietą o niezwykle silnym charakterze, uparta była jak osioł – podobnie zresztą jak wszystkie kobiety w naszej rodzinie i mimo, iż ciągle narzekała, zdaniem mojej mamy – babcia miała końskie zdrowie skoro potrafiła całymi godzinami stać w kolejce do Wedla. Kochaliśmy ja za to ponad życie (my, czyli czwórka wnucząt, dzieci jej dwóch synów), bo tylko dzięki babci Anieli udało nam się w czasach komunizmu poznać smak prawdziwej czekolady, ptasiego mleczka i delicji o smaku pomarańczowym podczas gdy wyrodne matki zgodnie stwierdziły, że w kolejkach po słodycze stać nie będą – Nigdy w życiu! No więc stała babcia. W międzyczasie szlag trafił ustrój komunistyczny, wyroby Wedla rozlazły się po rynku jak plaga mrówek a babcia, pewnego pięknego dnia, uparła się, że nie ma siły wychodzić na ulicę i dobrowolnie skazała się na domowy areszt, w którym zresztą spędziła ostatnie 20 lat swojego życia. Powód był raczej prozaiczny – zwyrodnienie kolana a co za tym idzie – strach przed operacją – okazało się bowiem, że jej znajoma w sąsiednim budynku zmarła po podobnym zabiegu, natomiast babcia prędzej dałaby się żywcem posiekać niż usiadłaby na wózku inwalidzkim – bo przecież co powiedziałyby na to sąsiadki!

Przyglądając się cierpieniu mojej babci i jej samotności przysięgłam sobie, że nigdy w życiu nie dopuszczę do sytuacji, w której mając szeroki wachlarz możliwości, zdecyduję się na ból i izolację od świata ze strachu przed ryzykiem. Jak postanowiłam tak też uczyniłam – od lat ryzykuję z uporem maniaka a dokładnie w 40 urodziny wzięłam się za naprawianie uszkodzonych części na dosyć rozleglej mapie mojego ciała🙂. Pierwsze pod nóż poszło lewe ramie, uszkodzone podczas udoskonalania moich umiejętności gry w golfa a ściślej mówiąc – próby dorównania mężczyznom co w rezultacie zaowocowało naderwanymi ścięgnami🙂. W Yellow Pages znalazłam adres lekarza ortopedy, którego gabinet znajdował się niedaleko mojego biura i z miejsca sterroryzowałam staruszka, który próbował wcisnąć mi skierowanie na Rentgen. Przekonałam go, że jest to przeżytek feudalny, który sprawdził się idealnie podczas Pierwszej Wojny Światowej kiedy Maria Skłodowska-Curie z właściwym sobie uporem biegała po linii frontu robiąc przeswietlenia kości i płuc rannym w szpitalach żołnierzom. Teraz dzięki Bogu mamy XXI wiek, kości na szczęście mam nienaruszone, chociaż przyznaje, że sama jestem w szoku i bez skierowania na MRI (Rezonans) nigdzie się nie ruszę! Przerażony podobną perspektywą lekarz zlecił mojej firmie ubezpieczeniowej wydanie mi skierowania na badanie i chyba nawet zrehabilitowałam się w jego oczach kiedy po tygodniu zobaczył wyniki, które zgodnie z moimi przeczuciami wykazały poważne uszkodzenie dwóch ścięgien w lewym ramieniu. Dzięki temu natychmiast skierował mnie do najlepszego na świecie chirurga specjalizującego się w medycynie sportowej. Jak zwykle okazało się, że miałam więcej szczęścia niż rozumu.

Dr. Robert Meislin pracujący w NYU Langone Hospital związany jest od lat ze sportowcami takimi jak San Francisco Giants czy MLB Umpires, których regularnie „naprawia” w związku z czym całym swoim jestestwem czułam, że jestem w dobrych rękach. Podczas pierwszej wizyty na jego nieśmiała sugestie, że może na początek pobawimy się w „cortizon shots”, z miejsca oświadczyłam, że nie jestem zwolennikiem stosowania półśrodków i wyznaję filozofię, że skoro się naderwało to należy to zszyć – cudów nie ma, samo się nie zejdzie. Na stole operacyjnym znalazłam się w ciągu trzech tygodni od pierwszej wizyty a z ran wylizałam się po miesiącu kompletnie ignorując zabiegi rehabilitacyjne (ale to temat na oddzielny artykuł🙂 ).

Po raz kolejny znalazłam się w gabinecie Dr. Meislin ponad dwa lata temu kiedy na stoku w Steamboat, Colorado próbowałam ominąć małżeństwo, które zdecydowało, że będzie robić pieprzone ósemki na czarnym diamencie z tym, że nie zjeżdżając na nartach jedno za drugim, ale po przeciwnych stronach stoku tak aby mogli się spotykać po środku. Jako ciekawostkę podam, że szlak miał nazwę Huragan. Toteż pędząc w dół z prędkością wiatru, za późno zorientowałam się w zamiarach pary idiotów zjeżdżających przede mną i mimo, iż udało mi się uniknąć zderzenia z kobietą i prawie odzyskać balans – w tym samym momencie drogę przeciął mi półgłówek-małżonek, który prawdopodobnie zmierzał do niej aby cmoknąć ja w ryjek i kotłowanie się po środku szlaku nie obudziło w nim potrzeby zmiany kierunku jazdy. Zupełnie instynktownie skręciłam aby uniknąć kolizji, ale nie odzyskawszy jeszcze balansu po incydencie z jego żoną, wyskoczyłam w powietrze niczym konik polny po czym trzasnęłam o ziemię prawym ramieniem i orając twarzą głęboki rów w śniegu zjechałam w tej pozycji około 100 metrów w dół stoku. Kiedy się w końcu zatrzymałam, czułam się jak chłopaki z Sexmisji: „Ciemność widzę, ciemność!”🙂 – po czym wzięłam się za “odbałwanianie”, ciesząc się jak idotka, że wszystkie kończyny nadal przytwierdzone mam do kadłubka mimo iż narty, kijki i części mojej garderoby rozpirzgnięte były po całym stoku. Trochę bolało mnie ramię, ale dopiero wieczorem licho wyszło z worka i skoro świt wylądowałam w lokalnym szpitalu. Oczywiście jak zwykle zmuszono mnie do zrobienia Rentgena, który i tak nic nie wykazał, ale przynajmniej miałam dowód dla ubezpieczenia, że jest powód do wykonania MRI. Po powrocie do Nowego Jorku badanie wykazało naderwane ścięgna i uszkodzony Rotator Cuff.

W dniu operacji siedziałam w pokoju, w którym pielęgniarki przygotowywały mnie do zabiegu i głupio się szczerzyłam do wszystkich, aż w końcu anestezjolog zapytał się mnie:

  • W skali od 0 do 10 jak wysoki jest poziom bólu?
  • 4 – odpowiedziałam
  • Po operacji będzie 8 do 9 – odpowiedział z uśmiechem i wyszedł🙂

Faceci zazwyczaj przesadzają, bo mają dużo mniejszą odporność na ból niż kobiety, więc nakichałam na jego opinie. Wieczorem, po powrocie do domu (w USA, w większości przypadków, nie zostaje się na noc w szpitalu) kiedy odpuściły środki znieczulające klęłam jak szewc święcie przekonana, że powiedzenie: „wyjdę z własnej skóry z bólu” ziści się tej nocy. Nafaszerowałam się więc Vicodine, dym wychodził mi uszami a ja nadal nie mogłam zasnąć z bólu. Łaziłam więc po całym mieszkaniu jak zbity pies dzierżąc pod pachą poduszkę i szukając sobie wygodnego miejsca do spania. Właściwie nie próbowałam wymościć sobie gniazdka tylko i wyłącznie w umywalce – głównie ze względu na własne gabaryty. Ból trzymał przez trzy dni dzięki czemu mało mnie szlag nie trafił głównie z niedospania, ale w końcu poszedł do diabła i niecały miesiąc później, czyli 25 maja wyruszyłam na moją pierwszą wyprawę górską z HVH, w której notabene o mało nie zginęłam w zamieci śnieżnej pokonując po raz pierwszy w życiu odległość 14 mil wzdłuż trzech szczytów górskich: Cornell, Wittenberg i Slide – bynajmniej nie dlatego, że byłam taka ambitna, ale dlatego, że nie miałam już wyjścia. Widocznie Pan Bóg otacza szczególną opieką te owieczki, które wydają mu się wyjątkowo „mentally challanged”, bo prawdopodobnie wszystkie pozostałe baranki boże są w stanie przeżyć bez „boskiej interwencji”🙂 .

Tak więc przez kolejne dwa lata ganiałam po tych górach jak przecinek pokonując odległości, które nigdy bym nie przypuszczała, że będę w stanie pokonać, aż do momentu kiedy jak to mówią Rosjanie:

  • Ja ustala🙂 .

Podczas Columbus Day Weekend, w październiku zeszłego roku, weszłam samotnie na kolejne szczyty w ADK: Wright, Algonquin i Iroquois i następnego dnia rano zaczęłam serdecznie żałować, że nie jestem mężczyzną bo cholernie chciało mi się siusiu, ale nie byłam w stanie podnieść się z materaca i wyjść z namiotu. W efekcie po raz kolejny wylądowałam w gabinecie Dr. Meislin oczekując kolejnego „cudu nad Wisłą.”

W zasadzie sama się dziwię, że ubezpieczenie wyraziło zgodę na MRI obu kolan, chociaż z drugiej strony wyniki badań po raz kolejny udowodniły, że jeżeli pacjentka ma taką fanaberię, to znaczy, że ma po temu powód. Jedno jest jednak pewne – żadna firma ubezpieczeniowa nie zarobi na mnie złamanego centa🙂 . Wracając jednak do moich dolnych kończyn, zdecydowałam, że skoro lewe kolano miałam w lepszym stanie – pójdzie zatem na pierwszy ogień. Opis uszkodzeń prawego kolana zajął prawie dwie strony w związku z czym musiało poczekać, aż lewe dojdzie do siebie. Po pierwszej operacji, wyszłam z budynku o własnych siłach, przy pomocy ludzkiej i boskiej udało mi się wcisnąć do samochodu koleżanki po czym pojechałyśmy na zakupy.

Mniej więcej po pięciu dniach bezczynnego siedzenia w domu myślałam, że nie tylko zapuszczę korzenie i zakwitnę, ale jeszcze do tego zaowocuję. Jednocześnie, dysponując zbyt duża ilością wolnego czasu, który wykorzystałam na myślenie, postanowiłam, że w zasadzie nie ma powodu aby opóźniać termin drugiej operacji skoro i tak wszystko goi się na mnie jak na psie. Tak więc znowu udało mi się przekabacić lekarza i sześć tygodni po pierwszym zabiegu – 31ego grudnia poszłam po raz kolejny pod przysłowiowy “nóż.” W ramach usprawiedliwienia przed tymi czytelnikami, którzy mają mnie za wariatkę, bo sami woleliby pójść na Sylwestrową zabawę niż do szpitala, zapewniam, że Sylwester jest mi równie obojętny jak pierwszy dzień wiosny, rocznica Rewolucji Październikowej czy Valentine’s Day🙂 .

Tak więc kiedy znalazłam się na sali operacyjnej, wdrapałam się na Madejowe łoże i jak zawsze ułożyłam się w pozycji ukrzyżowanego cierpiętnika. Próbowałam nie myśleć o tym, że pani anestezjolog po raz kolejny próbuje wbić mi igłę co było o tyle interesujące, że akurat w moim lewym przedramieniu żyły przypominają wielkością rzymski akwedukt i trudno ich nie zauważyć. W rezultacie kiedy na salę wkroczył Dr. Meislin nie zdawał sobie sprawy, że jego pacjentka nie buja jeszcze w obłokach, ale gorliwie modli się o miłosierdzie. Na jego widok obecne na sali operacyjnej młode asystentki zaszczebiotały radośnie podziwiając jego świeżą opaleniznę i spytały się jak mu się udały wakacje w Kolumbii:

  • Było gorąco ale jeszcze nie tak jak lubię – odpowiedział – za to muszę przyznać, że Kolumbijczycy mają świetne lody. Znalazłem jedne pod nazwą Viagra🙂
  • No i co? Spróbowałeś? – zapytała jedna z pielęgniarek.

Zanim jednak Dr. Meislin zdążył zaspokoić ciekawość współpracownic, z łóżka operacyjnego dobiegł go żabi rechot. Bóg mi świadkiem, że powstrzymywałam się z całej siły, ale komizm sytuacyjny spowodował, że w końcu nie wytrzymałam i ryknęłam śmiałam. Kątem oka dostrzegłam jak mój lekarz wymyka się na korytarz i zdążyłam tylko jeszcze dodać:

  • Viagra will be the first word on my mind when I wake up – i usnęłam🙂

Tym razem po wyjściu ze szpitala nie poszłam na zakupy, noga bolała mnie jak jasna cholera i gdyby nie kule, podpierałabym się pewnie nosem. Przez pierwsze dwa dni nie tylko nie mogłam stanąć na operowanej nodze, ale do tego jeszcze nabawiłam się zatrucia żołądkowego dzięki czemu straciłam cały nagromadzony podczas Świąt Bożego Narodzenia nadmiaru tłuszczu. Na zdjęcie szwów udało mi się dotrzeć do szpitala bez dodatkowych uszkodzeń na ciele i umyśle i podczas miłej pogawędki z asystentem Dr. Meislin napomknęłam mu, że drugiego dnia po operacji obudziłam się z bólem w łydce. No i otworzyłam przysłowiową “Puszkę Pandory.”

Widmo zatoru w żyle zawisło nade mną niczym Miecz Damoklesa i dynda się nad moją udręczoną głową nawet teraz kiedy piszę te słowa. W pewnym sensie można by powiedzieć, że sama się o to prosiłam, ale nie uprzedzajmy faktów.

W pierwszej kolejności spanikował David, w drugiej kolejności Dr. Meislin a ja przyglądałam się zaciekawieniem następującym po sobie wydarzeniom jakby wcale mnie nie dotyczyły… Dosyć surrealistyczne uczucie … Dostałam skierowanie na ultrasound i natychmiast udałam się na 6 piętro na badanie. Tam dowiedziałam się, że nie ma wolnego miejsca a mnie nie chciało się naciskać, że to sprawa życia i śmierci i umówiłam się na 9:00 rano następnego dnia. Pojawiłam się o wyznaczonej godzinie, pracownik techniczny zaczął badania od pachwiny co uświadomiło mi, że zakładanie stringow na badanie lekarskie to może nie najlepszy pomysł. Nic nie znalazł co by go zaniepokoiło więc poprosił mnie o wskazanie źródła bólu i kiedy on jeździł sobie po mojej łydce ja próbowałam go pocieszyć żeby się nie martwił, bo może naciągnęłam ścięgno i stąd ten ból. Na to on, że się martwi bo właśnie znalazł skrzep.

  • Now I am fucked … big time! – pomyślałam.

Kiedy wróciłam do biura myśląc, że wszystko co najgorsze już mi się przytrafiło i powinnam skupić się na pisaniu testamentu, zadzwonił David, który natychmiast rozwiał moje nadzieje przepisując mi lekarstwo na rozrzedzenie krwi.

  • Alicja – powiedział – zadzwoniłem już do Apteki i wysłałem im receptę na LOVAXIN. Są to zastrzyki, które będziesz musiała aplikować sobie w brzuch – codziennie przez 21 dni.
  • Are you out of your fucking mind!? – przyszło mi do głowy w pierwszej chwili, natomiast na głos powiedziałam – Mam nadzieję, że żartujesz!
  • Ależ skąd! Jak wejdziesz na website LOVAXIN to znajdziesz video z instrukcją jak aplikować sobie zastrzyk – powiedział David najprawdopodobniej uważając, że dźganie się igłą w brzuch to Pikuś!

Ostatnim razem poddałam podobnym torturom mojego ukochanego misia mniej więcej w wieku lat 5ciu. Niestety miś umarł – po części ze starości, po części od nadmiaru mojej miłości, ale głownie z nadmiaru płynów zgromadzonych w sieczce w jego brzuchu, która w końcu sparciała i musiałam go osobiście odprowadzić na cmentarz dla misiów – czyli na śmietnik na podwórku. Było to bardzo bolesne przeżycie i perspektywa rewanżu od życia nie nastrajała mnie w sposób pozytywny do świata.

  • David – spytałam trzymając się nadziei jak tonący brzytwy – czy nie ma mniej brutalnych sposobów pozbycia się skrzepu z żyły? Na przykład tabletki?
  • O tym zdecyduje lekarz pulmonolog, do którego zgłosisz się jutro o 9tej rano –odpowiedział – a póki co, wykup te lekarstwa i zrób sobie dzisiaj pierwszy zastrzyk. Zrobisz go prawda? – spytał zaniepokojony
  • Powoli oswajam się z tą myślą – odpowiedziałam i poszłam do Apteki.

Przy pierwszym zastrzyku postanowiłam, że urżnę się jak świnia bo na trzeźwo na pewno go nie zrobię. Po czym zadzwonił kolega i uprzedził mnie, że „zero” alkoholu przez 21 dni bo mogę dostać krwotoku żołądka. Z kolei drugi znajomy poradził mi zamrozić to miejsce lodem, bo wtedy mniej boli. W rezultacie wpadłam do domu, zrzuciłam ubranie i tak jak stałam zaaplikowałam sobie zastrzyk żeby mieć to już z głowy. Przeżyłam, ale za każdym razem podchodzę to tego procederu z równą dozą niechęci. Kolejny lekarz okazał się być Pulmonologiem/Critical Care doctor co już wprawiło mnie w lekkie oszołomienie, bo aż do tego momentu nie zdawałam sobie sprawy, że taki mały glut w żyle może tyle narozrabiać i zakwalifikować mnie do grona przypadków krytycznych. Wyszło na to, że noszę w sobie cichego mordercę, ktorego sama sobie wychodowłam. Zmobilizowało mnie to do zastanowienia się nad życiem i dokonania pewnych przemyśleń i w efekcie doszłam do wniosku, że:

  • niczego nie żałuje
  • nic nie zrobiłabym inaczej
  • nie zamierzam niczego zmieniać ani naprawiać bo po co
  • wreszcie jestem naprawdę szczęśliwa (może mój obecny stan to cena za bluźnierstwo, że mężczyźni nie są mi potrzebni do szczęścia🙂 )
  • a tak w ogóle to cieszę się, że przy takim schorzeniu, ciągle jeszcze budzę się każdego ranka i mam nieśmiałą nadzieję, że tak już pozostanie … przynajmniej przez jakiś czas … a do tego czasu nie zamierzam popadać w depresje i zastanawiać się nad konsekwencja moich decyzji, które mogą zdecydować o mojej przyszłości. Mea Culpa, but The Show must go on!

CARPE DIEM!

Alicja

4 responses to “Cichy Morderca

  1. Alu, twoja opowieść była dla mnie bezcenna, chociaż zaraz po jej przeczytaniu nie bardzo rozumiałam, kto to jest ten „cichy zabójca”. Minęły jednak 2 tygodnie i opisane przez ciebie objawy zatoru żylnego przytrafiły się mojej mamie. Moja reakcja była natychmiastowa i wszystko potoczyło się bardzo podobnie jak w twoim przypadku. Cichy zabójca został przegoniony, mam nadzieję, ze skutecznie i na długo.
    Dziękuję, że się z nami dzielisz swoimi doświadczeniami. Okazuje się, że mogą komuś uratować życie!

    • Wierna Fanko🙂

      Ciesze sie, ze moglam pomoc i korzystajac z okazji dodam pare innych cennych informacji, ktorych nie zamiescilam wczesniej poniewaz moj artykul wydal mi sie i tak nieco za dlugi.

      Otoz przede wszystkim, powodem skrzepu moze byc tak jak bylo w moim przypadku:
      – duza aktywnosc, intensywne uprawianie sportow i nagly zastoj spowodowany operacja, ktory powoduje niedotleniennie zyl.
      – przelot samolotem na dlugiej trasie, brak ruchu i niewystarczajaca ilosc plynow w organizmie – tak jak u mnie – przelot na trasie WAW – JFK w niedziele i operacja w krotkich przeciagu czasu – w srode.
      Oczywiscie po operacji kolana czy biodra nie nalezy oczekiwac od pacjenta, ze natychmiast zacznie sie poruszac, ale przynajmniej nalezy ruszac stopa w gore i w dol (ja to nazywam pompowaniem🙂 napinajac miesnie lydki

      WAZNE!
      Okazuje sie, ze skrzepy w lydce sa charakterystyczne przy otwartych operacjach kolana, duzo rzadziej przytrafiaja sie przy zabiegu laparoskopoweym – w moim przypadku glownym powodem zatoru byla krotka przerwa pomiedzy jedna a druga operacja i wymienione powyzej elementy, ktore w rezultacie spowodowaly powstanie zakrzepu.
      Przy operacji biodra, skrzepy maja zwyczaj tworzyc sie w pachwnie.

      Gdybym wiedziala o tym wczesniej, moze uniknelabym problemow, ale niestety nie jestem Alfa i Omega w dziedzinie medycyny i o konsekwencjach powinnam zostac poinformowana przed zabiegiem. „Madr Polak po szkodzie” ale jak sama powiedzialas, moze moje doswiadczenie uratuje komus zycie🙂

      Nastepna uwaga – opisana przeze mnie zabawna scena w sypialni Cioci Anielki wydarzyla sie naprawde a w lozku malzenskim lezalysmy we trzy tylko dlatego, ze maz mojej cioci zmarl wiele lat wczesniej wlasnie z powodu zatoru. Mial go podobnie jak ja w zyle w lydce i kiedy zlapal go straszny bol, ciocia zawiozla go do szptala. Niestety w komunistycznej Polsce bylo wtedy tak na Jamajce: Jamal! OK! No problem! I wszyscy mieli na wszystko czas albo mowiac po prostu: w dupie!
      No i zostawili wujka na noc bez pomocy … wprawdzie na lozku w korytarzu, ale niestety w pozycji lezacej!!! Byl to karygodny blad, za ktory lekarz powinien byl pojsc do wiezienia na bardzo, bardzo, bardzo dlugo dlatego, ze nastepnego dnia ciocia przyszla z ubraniami na zmiane a wujek juz byl w kostnicy … Pierwsza zasada – natychmiastowa operacja jezeli zator jest w aorcie. Druga zasada – pacjent NIE POWINIEN LEZEC na plasko! Wolno mu odpoczywac lub spac tylko w pozycji pol-siedzacej!!!

      W szpitalu w NYU gdyby okazalo sie podczas USG, ze mam zator w aorcie, natychmiast wezwano by karetke i jeszcze tego samego dnia bylabym na stole operacyjnym. Przy malej zyle, tak zwanej podskornej, podaje sie zastrzyki na rozrzedzenie krwi. Skonczylam juz serie 21, nastepnego dnia wypilam lampke wina – tez rozrzedza krew🙂 i mam nadzieje, ze USG w przyszlym tygodniu wykaze, ze nie mam juz zakrzepu. W przeciwnym przypadku bede musiala kontynuowac nakluwanie mojego brzucha na co nie jestem przygotowana emocjonalnie🙂

      Podobna sytuacja moze sie przytrafic kazdemu po kazdej operacji dlatego bardzo wazne jest podawanie pacjentowi zastrzykow albo tabletek na rozrzedzenie krwi. Ja wprawdzie bralam Aspiryne po obu operacjach, ale wyglada na to, ze przy drugiej operacji byl to tylko polsrodek.

      Generalnie bolu w lydkach nie nalezy ignorowac. Nalezy natychmiast zglosic sie do lekarza albo prwatnej przychodni na USG wskazujac miejsce bolu jak bylo w moim przypadku. Czesto ignorujemy sygnaly w naszym organizmie, dlatego nalezy sie nauczyc sluchac swojego ciala i nie odgrywac bohatera. To, ze napomknelam lekarzowi, ze cos mnie boli zakrawa na istny cud, bo ja nigdy nie narzekam, ale po lewym kolanie, objawy w prawym lekko mnie zaniepokoily. Wiec w pewnym sensie mialam duzo szczescia🙂

      Wydaje mi sie, ze lekarze czesto zapominaja, ze ich pacjenci nie maja PhD. w zakresie medycyny i nie informuja ich o istotnych konsekwencjach zabiegow, dlatego w dobie internetu i szerokiego dostepu do informacji nalezy zasiegnac jak najwiecej informacji i pojawic sie w gabinecie lekarza z przygotowanymi pytaniami, ktore moze go rozsierdza, ale uratuja zycie pacjentowi.

      Pozdrawiam,
      Alicja

  2. No właśnie. Google doctors są coraz bardziej rozpowszechnieni i gdyby mogli wystawiać recepty, to odsetek niepotrzebnych zgonów spadłby znacząco🙂.

  3. UWAGA!!! Z ostatniej chwili – właśnie spotkałam się z moją serdeczną przyjaciółką i dowiedziałam się, że w ciągu ostatnich kilkunastu miesiecy, aż 3 stewardessy LOT-u zmarły właśnie na ZAKRZEPICE – dlatego świadomie nadałam artykułowi tytuł „Cichy Morderca” ponieważ nie każdy wie, że ma skrzep w nodze i na to nie ma ratunku jeżeli osoba jest nieświadoma zagrożenia. Jednym ze sposobów na zapobieganie temu schorzeniu jest badanie drożnosci krwi.
    Alicia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s