Granice – czyli czym różnimy się od Amerykanów?

images-1

Otworzyłam drzwi na podwórko i wypuściłam niecierpliwiącą się już Casey, która natychmiast po załatwieniu swoich „spraw” rzuciła się do obwąchiwania spacerującego na tyłach domu Chow Chow. Upał w Nowym Jorku panował nieziemski, zresztą typowy jak na tę porę roku i Chow Chow przypominający gigantycznych rozmiarów futrzaną kulę w czarnym kolorze pozostał obojętny na umizgi mojej labradorki, która podskakiwała z radością próbując wzbudzić w nim odrobinę zainteresowania. Niestety odmiennego zdania w kwestii zawierania znajomości był właściciel futrzaka, który wykazał się dużo większym wigorem i natychmiast przystąpił do umizgów. Na szczęście zaoszczędził mi obwąchiwania.🙂

Nie bawiąc się w żadne ceregiele, natychmiast się przestawił (znaliśmy się już wcześniej z widzenia) po czym przystąpił do zabawiania mnie rozmową, odsłaniając najbardziej intymne zakamarki jego związku małżeńskiego. Carlos, bo tak miał na imię mój rozmówca, był żonaty i właśnie oczekiwał pierwszego potomka. Okazało się, że dziecko zostało poczęte za pomocą sztucznej inseminacji ponieważ plemniki tatusia okazały się zbyt powolne aby na czas zapłodnić wyprodukowane przez żonę jajeczko (Boże miej nade mną litość – pomyślałam na tę wiadomość i kompletnie niezdolna do wyrażenia sprzeciwu, przysłuchiwałam się dalszej części monologu). Carlos oczywiście bezlitośnie kontynuował wywód na temat jego niewydolności seksualnej i w następnej kolejności poczuł się w obowiązku poinformować mnie, że sztuczne zapłodnienie zakończyło się pełnym sukcesem i w ciągu 9 miesięcy oboje z żoną mieli stać się rodzicami trojaczków. W tym momencie nastąpiło gwałtowne zderzenie z rzeczywistością i po przeanalizowaniu sytuacji ekonomicznej, Carlos wspólnie z małżonką zdecydowali się na usunięcie jednego z płodów. Życie bywa jednak okrutne i podczas kolejnych badań prenatalnych wyszło na jaw, że jeden z pozostałych przy życiu trojaczków jest poważnie chory i rodzice zdecydowali się na kolejną aborcję. W ten oto sposób w ciągu miesiąca Carlos miał się stać szczęśliwym ojcem ocalałej dziewczynki. A tak w ogóle to tu jest jego wizytówka i może umówilibyśmy się na kawę.

Nie będę się tym razem czepiać facetów ponieważ problem jest bardziej złożony i jest odzwierciedleniem głębokich różnic społecznych a nie genderowskich.🙂 Tym niemniej nie muszę chyba nikogo przekonywać, że był to ostatni raz kiedy widząc Carlosa na tyłach mojego domu, natychmiast kierowałam się do drzwi frontowych i wraz z psem znikałam w odległych zakamarkach Forest Hills Gardens.

Zacznijmy od tego, że Amerykanie nie mają żadnych zahamowań i najbezczelniej w świecie nie tylko wylewają na głowę słuchacza własne brudy, ale również uważają wdzieranie się w życie prywatne rozmówcy za zupełnie naturalne. Nie dalej jak trzy dni temu podczas wyprawy nad wodospady, czekając przy samochodzie na pozostałych uczestników wyprawy, jeden z moich kolegów zapytał się siedzącego za kierownicą organizatora wycieczki czy: Primo: jest rozwiedziony, Secundo: czy dużo randkuje i Tertio: czy umawia się z kobietami należącymi do „Meetup” czy też „szuka” na zewnątrz. Pierwsze pytanie przełknęłam, przy drugim dostałam wytrzeszczu, ale przy trzecim nie wytrzymałam i prosto z mostu wypaliłam, że jego pytania są zupełnie nie na miejscu. Na to prowadzący interrogacje odpowiedział mi, że obaj panowie są kumplami i jest to najzwyklejsza w świecie męska rozmowa. Na co ja odpaliłam, że żaden Europejczyk nigdy w życiu nie pozwoliłby sobie na taki nietakt, na co siedząca obok przesłuchiwanego dziewczyna zapytała: że niby dlaczego, najwyraźniej również nie widząc w pytaniach nic niewłaściwego. Na to ja, zgodnie z prawda i purytańskim wychowaniem, odpowiedziałam, że jest to inwazja w życie prywatne danej osoby i zadawanie podobnych pytań na Forum Romanum, uznawane jest po drugiej stornie oceanu za faux pas.

Generalnie pojęcie prywatności w społeczności amerykańskiej jest pojęciem abstrakcyjnym. Można to porównać do stosunków panujących na przeciętnej polskiej wsi, która składa się z dziesięciu na krzyż chałup gdzie wszyscy wszystko o wszystkich wiedza, z tym, że należałoby to ująć w skali globalnej.

Zachowanie prywatności w USA jest luksusem, na który nie stać nawet najbogatszych i niestety państwo jest podobnego zdania. Tak zwany „background check”, który z założenia miał służyć pracodawcom przy selekcji nowo zatrudnionych pracowników takich jak na przykład w Policji, CIA, FBI, w bankach, spółkach prawniczych oraz firmach związanych z giełdą nowojorską nagle wymknął się spod kontroli i za przeciętnie 24 dolary każdy właściciel komputera podłączonego do Internetu może dowiedzieć się wszystko na temat wszystkich, czyli za ile jego nowy sąsiad kupił dom, ile wziął pożyczki, ile razy był żonaty jak również rozwiedziony, gdzie wziął ślub, gdzie pracuje, jakie ma inwestycje i co najważniejsze czy ma przeszłość kryminalną. Jeżeli okaże się, że sąsiad jest właścicielem firmy, wystarczy dowiedzieć się w jakim stanie ja zarejestrował, wejść na stronę Department of Commerce i zapoznać się z kontraktem na prawo własności bo te również są własnością publiczną🙂 Sama znam osobę, która notorycznie sprawdza “background” potencjalnych partnerek, natomiast osobiście dowiedziałam się o tych nieograniczonych możliwościach inwigilacji każdego obywatela tego kraju podczas własnego rozwodu, dzięki czemu odkryłam wszystkie machlojki mojego byłego-drugiego męża sięgające zamierzchłych czasów na długo zanim się poznaliśmy. Jaki z tego morał – nigdy nie należy przeceniać inteligencji blondynki.🙂

Kolejna diametralna różnica to kompletnie zniekształcony obraz świata znajdującego się poza granicami Stanów Zjednoczonych. Przypomina to w pewnym sensie definicje ORIENTU, która dla snobistycznych Brytyjczyków pod koniec XV-ego wieku była negatywnym określeniem wszystkiego co stanowiło przeciwieństwo kultury Korony Brytyjskiej począwszy od języka po religię, wierzenia, tradycję i ubiór. Amerykanie w pewnym sensie przejęli tę ideologię, skoncentrowali się głownie na sobie i żyją w głębokim przeświadczeniu, że świat na zewnątrz jest nieprzyjazny Amerykanom, nikt ich nigdzie nie lubi i generalnie wszystkim zależy na skrzywdzeniu biednych Jankesów, co oczywiście jest kompletną bzdurą. Na dowód tego, wyniki Cenzusu wskazują na to, że mniej niż połowa Amerykanów posiada paszport, przy czym w tej liczbie znajduje się ogromna rzesza naturalizowanych obywateli USA, natomiast tylko 3.5 procenta obywateli wyjeżdża co roku za granicę.

Dla odmiany Europejczycy podróżują dużo i często, chłonąc jak gąbka tradycje innych kultur i każdego roku skreślają z listy „miejsc do zobaczenia raz w życiu” kolejne punkty na mapie świata podczas gdy przeciętny Amerykanin co roku jeździ na wakacje na Wyspy Bahama albo do Południowej Karoliny lub co gorsza spędza je na plaży w New Jersey albo na Long Island (nawiązuję tylko do wschodniego wybrzeża Stanów) bo czuje się tam bezpiecznie.

Z tego niezwykle hubrystycznego podejścia Amerykanów do reszty świata wynikają dosyć często przezabawne sytuacje. Na przykład jedna z moich koleżanek pracujących dla Delty pod koniec lat 90tych otrzymała od jednej z amerykańskich stewardess mandarynkę z komentarzem:

  • To jest takie małe pomarańczko🙂

Natomiast na porządku dziennym są pytania typu:

  • To w jakim języku mówi się w Polsce? (Swahili🙂 )
  • To Polska nie jest Rosyjską Republiką? (A czy kiedykolwiek była?🙂 )
  • Ale prawdziwym hitem pozostanie na długo występ jednego z widzów podczas ostatniego Q&A po filmie „Jack Strong” wyświetlanym pod koniec lipca w NY, który był na prawdę szczerze zdziwiony kiedy na jego pytanie: To pomiędzy językiem rosyjskim i polskim jest różnica? – usłyszał odpowiedź: Tak🙂

Również z braku pojęcia na temat standardów życia w krajach byłego bloku komunistycznego w Europie Wschodniej wynikają przekomiczne sytuacje, ale akurat ten temat, który z całą pewnością będzie fascynującą mennicą informacja dla wielu czytelników, którzy nigdy nie byli w USA, przygotowałam oddzielny artykuł na następna edycję bloga.

Na sam koniec zostawiłam sobie te cechy, które drażnią mnie w Amerykanach najbardziej, czyli dwulicowość i pruderie. Żyjąc w Stanach Zjednoczonych od ponad 17 lat jakoś nigdy nie udało mi się zrozumieć jak społeczeństwo może egzystować na bazie podwójnych standardów. Najlepszym przykładem jest kwestia kobiecych piersi.🙂

W Stanie Nowy Jork opalanie się TOPLESS zostało zalegalizowane podczas gdy w sąsiednim Stanie, New Jersey opalanie się bez kostiumu jest karalne. Żeby było jednak zabawniej, w części półwyspu Sandy Hook należącego do NJ, ale będącego własnością rządu federalnego – ku ogromnemu niezadowoleniu purytańskiej społeczności tego stanu – znajduje się legalna plaża dla nudystów – Gunnison Beach. Ten idiotyzm wynika z różnic pomiędzy prawem federalnym a stanowym na terenie całych Stanów Zjednoczonych. W Europie „topless” oznacza prawo do opalania się na plaży bez stanika i na przykład nad Morzem Śródziemnym nikt nie robi z tego wielkich ceregieli. W USA “LIBERTY” postrzegana jest w zupełnie odmienny sposób i od dłuższego już czasu na Time Square w centrum Manhattanu turyści mogą się sfotografować z pół-nagą i mocno podstarzałą zwolenniczką Rock-and-rolla. Jednym słowem Amerykanie podnieśli znaczenie Topless do drugiej potęgi.🙂

images

Zupełnie inaczej ma się sprawa karmienia dzieci. Generalnie w całej Europie, niezależnie od liberalnych poglądów obywateli danego kraju, nawet Francuzki starają się zasłaniać piersi podczas karmienia dziecka albo udają się w ustronne miejsce. W USA, w niektórych stanach zabronione jest karmienie dziecka piersią w miejscu publicznym, co prowadzi do prawnych precedensów rozdmuchiwanych w prasie, natomiast w stanach w których prawo jest bardziej liberalne, kobiety egzekwują swoje prawo w pełnym tego słowa znaczeniu i paradują po Supermarketach z obnażonymi piersiami, trzymając pod pachą bobasa przyssanego do sutka wprawiając w osłupienie tak robiących zakupy klientów jak i obsługę.

Gdyby jednak komukolwiek przeszło przez myśl, że jestem nieobiektywna i tym przykładem zdecydowanie przesadziłam, przypomnę zdjęcie niemowlaka ssącego pierś matki na okładce magazynu BabyTalk z sierpnia 2006 r. przeznaczonego dla przyszłych matek, które wywołało prawdziwą falę oburzenia … wśród ciężarnych kobiet!🙂 Wiele z nich uznało to zdjęcie za obrzydliwe i prowokacyjne. Hmmm🙂

060727_breastfeeding_cover_vmed.grid-4x2-224x300

Natomiast dla kontrastu, na okładce Timesa z 21 maja 2012 roku znalazła się 26 letnia Amerykanka, karmiąca piersią swojego prawie 4-letniego syna. Promująca karmienie piersią Jamie Grumet, broniła swojej decyzji nie widząc nic niewłaściwego w pozowaniu na okładce poczytnego magazynu z przyssanym do jej nagiej piersi synem w wieku przedszkolnym, prowokując do ostrej krytyki mniej więcej ¾ widzów. W tej sytuacji Janet Jackson “wardrobe malfunction” podczas Super Bowl w 2004 r. było niewinną igraszką. A swoją drogą nigdy nie zrozumiem tych wszystkich matek, które za cenę pięciu minut sławy gotowe są poświecić dobro dziecka. Z drugiej jednak strony to ciekawe, że żaden z konserwatywnych Stanów nie wstrzymał dystrybucji tej edycji Timesa.🙂

364325-120510-time-magazine-hi-vmed-11a.blocks_desktop_medium

To tyle na temat fałszywej pruderii🙂

Nie byłabym jednak sobą gdybym na sam koniec nie wrzuciła czegoś wyjątkowego. Minęły już czasy kiedy na dworcach autobusowych (sama pamiętam to jeszcze z własnego doświadczenia z Augustowa na Mazurach) toaleta przypominała kabiny pozbawione drzwi, z dziurą w podłodze. Jesteśmy narodem cywilizowanym, dorobiliśmy się w końcu kulturalnych toalet i podobnie jak w większości krajów europejskich, wystrój toalet jest coraz bardziej fikuśny, podczas gdy niektóre z nich stały się nawet technologicznym wyzwaniem wymagającym instrukcji obsługi.🙂 Tym niemniej głównym celem wszystkich przybytków jest zapewnienie wszystkim użytkownikom momentu intymności.🙂 Niestety nie w USA.🙂

Największym zaskoczeniem po przylocie do tego kraju było dla mnie brutalne pozbawienie mnie prywatności. Absolutnie wszystkie toalety w miejscach publicznych, teatrach, kinach, na lotniskach jak również w budynkach biurowych zaopatrzone są w drzwi z ogromną szparą, która umożliwia czekającym w kolejce, obserwowanie naszych czynności fizjologicznych pozbawiając nas w pewnym sensie elementu zwyklej ludzkiej godności. Przy całej amerykańskiej pruderii ten przykład braku prawa do prywatności uważam zdecydowanie za najgorszy na tej dość długiej liście idiotyzmów o których mogłabym rozprawiać przez następnych kilka godzin, ale zamiast tego może wrócę do tematu przy inner okazji.🙂

Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s