Recenzja “Kotki na gorącym blaszanym dachu” – oraz skandal podczas występów w NJ.

323873-250

  • Cześć Laska – rzuciłam do słuchawki zwracając się tymi słowami do mojej serdecznej przyjaciółki Renatki – Teatr Narodowy przyjeżdża  do Nowego Jorku z przedstawieniem „Kotka na gorącym blaszanym dachu” – idziesz?
  • Kiedy? – spytała Renatka.
  • 30 marca o 15-tej – odpowiedziałam.
  • Daj mi sprawdzić czy mam wolne – powiedziała i po chwili rzuciła do słuchawki – idę!

Kilka dni później otrzymałam od Renatki tekst z linkiem do mało przychylnej recenzji – może nie tyle samego przedstawienia,  co dającej wiele do życzenia gry aktorskiej Małgorzaty Kożuchowskiej.

  • To niby co? – odpisałam – nie idziesz?

Odpowiedziała mi cisza w eterze po czym po kilku minutach nadszedł kolejny tekst z odpowiedzią:

  • Wiesz co – napisała Renatka – to może nie idźmy na Kożuchowską – pójdziemy na Gajosa!

Tak mnie rozbawiła tym stwierdzeniem, że śmiałam się z niego przez tydzień, aż do momentu kiedy nadeszła kolejna wiadomość, w której moja przyjaciółka, namiętnie czytająca „Pudelka” – poinformowała mnie, że Kożuchowska jest w ciąży i zrezygnowała z grania w przedstawieniu.

  • No to kto będzie grał główną rolę? – spytałam
  • Podobno Edyta Olszówka – odpowiedziała Renatka.

Padłam na kolana i bijąc głową o ziemię dziękowałam greckim Bogom na Parnasie za ich miłosierdzie. A swoją drogą czy to nie zakrawa na ironię losu, że aktorka grająca główną rolę damską,  wcielająca się w postać borykającej się z bezdzietnością bohaterki dramatu,  nagle zachodzi w ciążę? Życie bywa jednak ogromnie przewrotne – czyż nie mam racji?

W końcu bez większych przeszkód spotkałyśmy się w niedzielę na Branchu w jednej z moich ulubionych restauracji w Tribece i po wysłuchaniu relacji ze skandalicznego zachowania się publiczności w NJ podczas występów w sobotę, zdecydowałam, że bez Bellini się nie obejdzie. Po zjedzeniu lunchu, zdecydowanie bardziej wyluzowane udałyśmy się do teatru na przedstawienie.

Przede wszystkim, zacznijmy od tego, że nie jestem obiektywna. Moja recenzja będzie nosiła w sobie znamiona subiektywizmu, co nie powinno nikogo dziwić, bo w końcu nie jestem krytykiem teatralnym.  Za to zdecydowanie jestem kobietą i z natury kieruję się głównie sercem a nie rozumem i w związku z tym NIE NALEŻY bezwiednie kierować się moją opinią🙂

Mój kompletny brak obiektywizmu związany jest głównie z osobą Małgorzaty Kożuchowskiej. Jako aktorka, jest dla mnie tym, czym lata temu była Małgorzata Braunek grająca rolę Izabeli Łęckiej w „Lalce” Bolesława Prusa – czyli mimozowatą glistą pozbawioną osobowości i charyzmy. W roli Stanisława Wokulskiego mogłabym się zakochać co najwyżej w grającej Bellę, Beacie Tyszkiewicz w innej adaptacji tej samej powieści.  Niestety jakakolwiek rola damska w wykonaniu Braunek -podobnie zresztą jak Kożuchowskiej – prędzej sprowokowałaby mnie do popełnienia Seppuku niż zakochania się w grających przez nie bohaterkach. Śmiem przypuszczać, że gdyby którakolwiek z nich zagrała rolę Baski w „Panu Wołodyjowskim”, głowę daje, że Mały Rycerz wybrałby klasztor. Dlatego też ludzkie pojęcie przechodzi, jak reżyserzy mogli wykazać się takim ogromnym brakiem wyobraźni obsadzając Braunek w „Potopie” a Kożuchowską w „Kotce na gorącym blaszanym dachu.” Na szczęście, przynajmniej w drugim przypadku Greccy Bogowie okazali nam miłosierdzie i pozbawili nas tej wątpliwej przyjemności.

Według mnie Edyta Olszówka zagrała wyśmienicie. Była niezwykle wiarygodna, emanowała nieudawanym temperamentem, kipiała burzą emocji przeobrażając się co chwila z łagodnej, żądnej pieszczot koteczki w prawdziwą kocicę na gorącym blaszanym dachu. Olszówka nie tylko sprostała zadaniu, ale co najważniejsze w tym przypadku – nie próbowała kopiować gry aktorskiej słynnej poprzedniczki, Elizabeth Taylor, co często w takich przypadkach kończy się fiaskiem. Byłam tego naocznym świadkiem podczas oglądanego przeze mnie kilka lat temu przedstawieniu na Broadwayu: „Kto się boi Virginii Woolf” w wykonaniu Kathleen Turner. Niestety, jej gra aktorska była tragiczna do tego stopnia, że próbując wczuć się w role, wiernie odtwarzała grę Elizabeth Taylor, naśladując nawet brzmienie jej głosu.

Jeśli chodzi o Ewę Wiśniewska grającą „Dużą Mamę” była jak zawsze rewelacyjna, natomiast Gajos, musze przyznać, że w roli „Dużego Taty” przeszedł sam siebie. Niezwykle przekonywująco odegrał rolę charyzmatycznego, twardego właściciela ziemskiego, o niezwykle silnej osobowości, który do wszystkiego doszedł sam i stojąc na krawędzi życia przyznaje, że jedyne czego tak na prawdę się brzydzi to fałszu i obłudy. Kudos za główną rolę męską!

Niestety grający rolę jego syna – Bricka –  Grzegorz Małecki okazał się KOMPLETNĄ POMYŁKĄ. Może jednak coś w tym jest, że aktorzy telewizyjnych tasiemców nie nadają się na deski teatralne, ponieważ nie potrafią nadać odgrywanej przez nich roli – charakteru. Nie przeczę, że być może w towarzystwie pozbawionej temperamentu Kożuchowskiej, rola Bricka nie była aż tak fundamentalnie beznadziejna, szara i monotonna, ale niestety po pojawieniu się na scenie pełnej wigoru Olszówki, świetnie wczuwającej się w rolę Margaret, bohater grany przez Grzegorza Maleckiego wyblakł i porównanie go do słynnej roli Paula Newmana byłoby czystym szaleństwem. Większość osób z którymi rozmawiałam po przedstawieniu miały podobne odczucia, a mianowicie, że aktor prześlizgnął się przez scenę i właściwie sprawiał wrażenie jakby robił widzom uprzejmość grając w przedstawieniu. Myślę, że czas najwyższy wracać do „M jak Miłość” i zapomnieć raz na zawsze o karierze na deskach teatralnych.

Tym niemniej sztuka warta jest obejrzenia i polecam ją wszystkim moim czytelnikom.

Publiczność

Jak już wspomniałam wcześniej,  moja serdeczna przyjaciółka Renatka dowiedziała się poprzedniego dnia z FB na temat wybryków polskiej widowni w NJ podczas występów Teatru Narodowego w sobotę w Montclair. Koleżanka Renatki, rozjuszona niczym kotka na gorącym blaszanym dachu wyraziła swoją wściekłość wywołaną tak zachowaniem publiczności jak i organizatorów:

  • Jak można wpuszczać na salę spóźnialskich po upływie pół godziny? (Też wielokrotnie zadawałam sobie to samo pytanie🙂 )
  • Jak organizatorzy mogli wpuścić na salę kilkumiesięczne dziecko, które płakało podczas przedstawienia natomiast matka próbując je uśpić ruszała wózkiem, w którym skrzypiały kółka zagłuszając grę aktorów – w tej kwestii Bogu należy dziękować, że mnie tam nie było ponieważ na bank  odegrałabym scenę wartą Oscara w dziedzinie Soap Opera – Nic mnie tak nie WKURWIA jak ludzka głupota!!!
  • Koleżanka Renatki nie mogła również zrozumieć, dlaczego ludzie ryczą ze śmiechu skoro oglądają dramat a nie komedię🙂 Tutaj mogę jej pomóc wyjaśniając, że z zupełnie irracjonalnych powodów Polacy w teatrze ryczą ze śmiechu za każdym razem kiedy na scenie padają zwroty typu „chuj” albo „kurwa” szczególnie w wykonaniu Gajosa,  zapominając, że nie oglądają „Alternatywy 4” ani „Fuksa.” Jedynym usprawiedliwieniem na taki stan rzeczy może być fakt, że sztuki pisane oryginalnie w obcych językach, przetłumaczone na język polski często tracą na charakterze głownie dzięki wielu kulturowym i językowym różnicom. I niestety nie wszyscy widzowie mają na tyle szerokie horyzonty aby dostrzec te drobne niuanse.
  • Na koniec okazało się, że gdzieś z tyłu na widowni doszło do wymiany zdań na tyle głośnych, że przeszkadzały koleżance Renatki w skoncentrowaniu się na przedstawieniu. Okazało się, że nie była osamotniona w swoich odczuciach bo krótko potem Gajos przerwał przedstawienie czekając, aż widzowie w ostatnich rzędach uspokoją się. Wstyd i żenada!

Tak więc idąc na przedstawienie na Manhattanie miałam głęboka nadzieję, że przynajmniej publiczność w Tribece pokaże klasę. Bogu dzięki obeszło się bez scen rodzajowych chociaż musze przyznać, że też nie mogłam pojąć z czego śmieje się publiczność skora na scenie rozgrywał się dramat. Natomiast, za wpuszczanie spóźnialskich obcięłabym organizatorom uszy bo zupełnie nie rozumiem dlaczego pół rzędu musi wstawać tylko dlatego, że para „wielbicieli sztuki teatralnej” nie wyrobiła się na 15-tą tylko na 15:15. I takie właśnie kwiatki usiadły dwa rzędy przed nami.

Prosiaczek i Łysy, bo tak nazwałam spóźnialskich zgodnie z ich wyglądem zewnętrznym, klapnęli na brzegu rzędu dzięki czemu nikt nie musiał się podnosić. Niestety mniej więcej pół godziny przed końcem spektaklu, Prosiaczek zorientował się, że nie będzie przerwy i z przepastnej torby na kolanach wyciągnęła olbrzymich rozmiarów papierową torbę i butelkę z napojem gazowanym. Widocznie nie zauważyła, że nie jest na meczu hokeja i bez cienia żenady otworzyła butelkę, z której powoli wydobywały się pod ciśnieniem syczące bąbelki🙂 po czym z głośnym gulgotem Prosiaczek zaczął przełykać gazowany napój. Po chwili poczęstowała Łysego a kiedy ten podziękował wszyscy wokół odetchnęli z ulga. Niestety nie na długo ponieważ Prosiaczek sięgnął po papierowa torbę i zaczął pakować do tłustego ryjka słodkie rarytasy, za każdym razem sięgając tłuściutka rączką do głębokiej otchłani przepastnej papierowej torby szeleszcząc nią niczym las dębowy podczas zawiei. Pewnie gdyby nie odległość 2 rzędów i relaksujące działanie szampana w porze lunchu, dałabym gazetom kolejny powód do opisania sceny rodzajowej w Tribece. A tak przynajmniej dostało się tylko New Jersey.

Jeśli chodzi o znajoma Renatki – odgrażała się, że nie popuści i postanowiła, że napisze do gazet, bo nie będzie tolerowała takiego chamstwa i wstydziła się za Polaków za granicą. Jak postanowiła, tak uczyniła o czym moi czytelnicy mogą się przekonać czytając poniższy artykuł zamieszczony w Nowym Dzienniku.

http://www.dziennik.com/wiadomosci/artykul/przepychanki-i-klotnie-podczas-spektaklu

A swoją drogą, przyznaję, że to ogromnie budujące uczucie, że po raz pierwszy od dłuższego czasu to nie ja jestem autorką afery na sto fajerek. Może za każdym razem przed pojawieniem się na polskiej imprezie „kulturalnej”, powinnam sobie wypić lampkę Bellini, który w zadziwiający sposób wpływa na złagodzenie mojego characteru  :) .

Na koniec, strasznie się cieszę, że zapowiadany w Nowym Jorku spektakl: „32 Omdlenia” Czechowa w wykonaniu teatru Krystyny Jandy z jej udziałem oraz Jerzego Stuhra miałam już przyjemność obejrzeć w styczniu podczas mojego pobytu w Warszawie dzięki czemu nie będę musiała zachodzić w głowę jak skoncentrować się na sztuce tak aby nie koncentrować się na publiczności🙂.

Alicja

2 responses to “Recenzja “Kotki na gorącym blaszanym dachu” – oraz skandal podczas występów w NJ.

  1. Grzegorz Małecki jest WYBITNYM aktorem TEATRALNYM. Przypisywanie mu jako głównego emploi występów w serialach jest zupełnym nieporozumieniem i zapewne nieznajomością jego spektakli. Od świetnej roli w „Nartach Ojca Świętego”, przez genialnego Albina ” Ślubach panieńskich”, doskonałego Edka w „Tangu”, wreszcie rewelacyjną rolę w „W mrocznym mrocznym domu”, by wymienić tylko kilka.
    W żadnym stopniu nie odbiera to prawa autorce do krytycznych uwag na temat jego występu w „Kotce” – mógł zagrać źle, może jego interpretacja roli nie przekonywać widza.

    • Witaj Lim,
      Jak sam zauwazyles, mam prawo do wlasnej opini w szczegolnosci kiedy pisze recenzje sztuki. Nie interesuje mnie caloksztalt jego tworczosci chociaz wybitny w tym przypadku to lekka przesada, ale gra Grzegorza Maleckiego w tym momencie i w tym spektaklu. I nie bylam jedyna osoba opuszczajaca teatr, ktora uwazala, ze pozbawil grana przez niego – w sumie tragiczna postac Bricka – characteru i charyzmy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s