Natchnienie – przeklęta zmora.

images

To, że przestałam nagle pisać wcale nie oznacza, że straciłam natchnienie. Chociaż z drugiej strony, może coś w tym jest. Pasja do przelewania myśli na papier na szczęście mnie nie opuściła, ale w obliczu rozgrywających się na Ukrainie wydarzeń, zaopatrzona w kręgosłup moralny długo zastanawiałam się nad tym, czy też mam prawo do pisania o bzdetach skoro cały świat przygląda się, rozgrywającej się za wschodnią granicą Polski, tragedii. Z drugiej strony, z całej siły staram się nie pisać na tematy polityczne – chociaż przyznaję, że cały czas korci mnie jak diabli – bo tyle jest opinii ilu jest opiniodawców i wyrażanie własnych, zdecydowanie nieortodoksyjnych poglądów na temat konfliktu oznaczałoby kolejna wojnę na słowa, a tego wolałabym z całej siły uniknąć.

Jak wspomniałam, natchnienie mnie nie opuszcza, z tym, że dopada mnie w dosyć oryginalnych miejscach i bardzo często w niezręcznych sytuacjach jak na przykład pod prysznicem, w zapchanym metrze albo podczas jazdy samochodem. Prawdopodobnie powinnam jak najprędzej zaopatrzyć się w wodny ołówek i pisać na kafelkach w łazience albo wreszcie zacząć używać Suri w iPhonie. Z drugiej strony, nie jest to najlepszy pomysł, primo: dlatego, że na dźwięk własnego głosu natychmiast tracę wątek a secundo: Suri jest rodowitą Amerykanką, która podobnie jak większość jej rodaków nie jest w stanie rozróżnić akcentów i z moich złotych myśli wychodzą kompletne bzdury, z których połowa nie nadaje się do zacytowania na Forum Romanum.

Na szczęście mój styl życia oraz zamiłowanie do podróży powodują, że pomysłów i powodów do przelewania na wirtualne strony bloga kłębiących się w mojej głowie myśli mam tysiące. Problem polega jednak na tym, że podczas wyjazdów czas wypełniony mam od wschodu do zachodu słońca, a często nawet dłużej i nie ma takiej siły na ziemi ani na niebie, która skłoniłaby mnie do pisania przed snem. Dlatego znając swój własny charakter – w końcu żyjemy ze sobą prawie pół wieku (o Chryste Panie! – przez gardło by mi to nie przeszło!) z premedytacją zaplanowałam cześć mojej ostatniej podróży po Europie pociągiem, żeby było długo i nudno co zmobilizowałoby mnie do spożytkowania czasu na pisanie. Długo było, nudno niestety nie było wcale, bo zmieniające się za oknem widoki okolic Lyonu, Prowansji i Cote d’Azur wprowadzały mnie w nastrój błogiej melancholii i wypełniona anielskim uwielbieniem gapiłam się przez całą drogę na zmieniające się za oknem krajobrazy, niczym przysłowiowa sroka w gnat, podczas gdy wirtualne kartki mojego bloga świeciły przerażającą pustką.

Za to w drodze do Barcelony, działo się i to sporo – powiedziałabym nawet że więcej niżbym sobie tego życzyła – dostarczając mi i wrażeń i adrenaliny. Bogu należy dziękować, że nie cierpię jeszcze na starczą demencję bo istnieje szansa, że jeszcze kiedyś to opiszę🙂 . Za to z zupełnie nieracjonalnych przyczyn szczyt formy osiągnęłam ostatniego wieczoru w Barcelonie, po odwiedzeniu największego na świecie Muzeum Picassa i przypadkowemu wplątaniu się w tłum demonstrujących przeciwko decyzji rządu o ograniczeniu prawa do aborcji Hiszpanek podczas gdy uzbrojone po zęby oddziały policji tylko czekały na sygnał do boju. Bardzo z siebie zadowolona, że udało mi się wzbogacić moją duszę o tak zróżnicowane wrażenia zdecydowałam się zacumować w bardzo oryginalnie wyglądającej restauracji i zajadając się hiszpańskimi Tapas i popijając Rioją waliłam w klawiaturę mojego iPada z natchnieniem porównywalnym do Beethovena piszącego 5tą symfonię.

Po powrocie do Nowego Jorku nie zwolniłam tempa ani na sekundę i zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy nie powinnam zatrudnić na stałe Asystentki, która poza pospolitymi zadaniami pełniłaby w moim życiu rolę zdrowego rozsądku, którym Matka Natura zapomniała mnie obdarzyć. Wielokrotnie zapewniałam wszystkie moje czytelniczki, że najważniejsze w życiu każdej Singielki to zorganizowanie sobie czasu tak aby NIGDY się nie nudzić i obawiam się, że troszeczkę przegięłam. W sumie nie mam co narzekać, facetów jest wokół mnie tyle co muchów na wrzosowisku, zajęć mam tyle, że nie mam się kiedy w głowę podrapać, kalendarz wypraw weekendowych wypełniony mam już do połowy lipca, nie myślę o związkach bo nie mam na to czasu, dziecko urodziłam, studia skończyłam, pracę mam i na dodatek ją lubię, spełniałam się – no może nie do końca – jako matka, żona i kochanka, ale niczego nie żałuję, więc teraz mam czas dla siebie i mogę podejść do życia w sposób EGOISTYCZNY pozwalając sobie na frywolność w gospodarowaniu własnym czasem. Jedyne czego muszę się tak naprawdę nauczyć to DYSCYPLINY – a ta niestety nie idzie w parze z natchnieniem.

Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s