Dlaczego Mężczyźni wolą Idiotki?

image

It is better to be alone, than badly accompanied.
Sex and the City

Książka „Sex and the City” autorstwa Candace Bushnell, podobnie jak późniejszy telewizyjny bestseler pod tym samym tytułem, niczym mitologiczny róg obfitości wypełniona jest po brzegi dialogami, które emanują nie tylko ogromnym poczuciem humoru, ale wręcz niespotykaną ilością życiowych mądrości. Prawdziwy tragikomizm sytuacyjny polega jednak na tym, że większość zawartych w filmie złotych myśli stanowi smutną rzeczywistość, z której wszystkie doskonale zdajemy sobie sprawę. Powiem więcej – zróżnicowane pod względem urody i charakterów główne bohaterki: Samantha, Carry, Miranda i Charlotte reprezentują zdecydowaną większość kobiet, które z zupełnie irracjolnalnych powodów żyją w głębokim przekonaniu, że uda im się przechytrzyć męską naturę i na siłę – wbrew zdrowemu rozsądkowi – stworzyć szczęśliwy związek z partnerem, który nie spełnia ich oczekiwań i generalnie pasuje do nich jak pięść do oka.

Domyślam się, że większość mężczyzn czytających moje artykuły pomyślała w tym momencie, że znowu czepiam się biednych potomków Adama. Pozwolę sobie jednak przypomnieć wszystkim czytelnikom, że Candace Bushnell nie jest autorką powyższego cytatu, ale sam George Washington, który zwrócił się tymi słowami właśnie do mężczyzn:

  • „Jeżeli zależy ci na własnej reputacji otaczaj się ludźmi, którzy mają klasę; dlatego lepiej być samemu niż przebywać w złym towarzystwie.”🙂

A zatem, skoro cytat dotyczy w równej mierze i mężczyzn i kobiet, czy rzeczywiście nie lepiej być szczęśliwą Singielką, niż przechodzić katusze w towarzystwie mężczyzny, z którym poza seksem i przyzwyczajeniem nic nas więcej nie łączy?

Mniej więcej tydzień temu, tuż przed wyjazdem w góry z grupą moich znajomych, otrzymałam od kolegi SMS-a z pytaniem co powinien przynieść na przygotowywaną przeze mnie w sobotę kolację. Odpowiedziałam, że właściwie wszystko mam już gotowe, ale jeżeli bardzo chce, może zająć się przygotowaniem sałatki do pieczeni. Na to on odpowiedział:

  • Nie ma sprawy, ale mnie chodziło o to jakie lubisz wino.

Nie zastanawiając się ani chwili odpowiedziałam:

  • Nie przepadam za winami kalifornijskimi, ale za to uwielbiam wina południowo-amerykańskie. Na przykład wina argentyńskie i chilijskie są porównywalne jakością do niektórych win francuskich, ale nadal zdecydowanie niedocenione na rynku amerykańskim dzięki czemu są dużo tańsze od pozostałych markowych win. Dlatego jeżeli mam wybierać to wolę Malbec albo Rioje.

W odpowiedzi otrzymałam SMS-a nastepującej treści:

  • Did you Google it?

Wybuchnęłam śmiechem i odpowiedziałam:

  • Nie, ja po prostu kocham wina dzięki czemu sporo na ich temat wiem.

W odpowiedzi usłyszałam:

  • Ty zawsze brzmisz jakbyś wszystko wiedziała.

Tym razem przyznam, że mnie zatkało, bo moim celem nie było wymądrzanie się, ale udzielenie zdecydowanej i wyczerpującej odpowiedzi nie pozostawiającej cienia wątpliwości co do moich preferencji. Z lekka sfrustrowana odpisałam:

  • Are you trying to say that I am a „Smart Ass?” (w dokładnym tłumaczeniu znaczy to: czy próbujesz powiedzieć, że pozjadałam wszystkie rozumy?).
  • Nie, ale dużo podróżujesz i dzieki temu posiadasz ogromną wiedzę co dla normalnego mężczyzny może być trudne do zaakceptowania.

Po tych słowach zastygłam w bezruchu, kompletnie zapominając, że miałam sobie właśnie zamieszać herbatę, i z łyżeczką zawieszoną w przestrzeni a wzrokiem utkwionym ślepo w przestworzach zmusiłam do myślenia wszystkie komórki mózgowe, które w ciągu ułamka sekundy ruszyły do przodu z prędkością światła.

Fuck! To niby co w końcu jest ze mną nie tak: to, że wiem czego chcę czy to, że potrafię zabłysnąć wiedzą wynikającą z moich zainteresowań, edukacji i stylu życia oraz wieloletniego doświadczenia uzyskanego podczas podróży po całym świecie? Z tego wnioskuję, że dla męskiego EGO byłoby znacznie korzystniej gdybym była tępą idiotką nie posiadającą ani wiedzy ani własnego zdania na żaden temat. Powinnam za to błyszczeć urodą, głupio szczerzyć zęby i chichotać jak idiotka w odpowiedzi na zadawane pytania. Do tego może jeszcze powinnam mieć sztuczny biust, niskie IQ i naszprycowane botoxem usta. Jeśli chodzi o IQ mogłabym się jeszcze wysilić dla dobra sprawy na udawanie piramidalnej idiotki, ale jeśli chodzi o biust to wydaje mi się, że matka natura obdarzyła mnie i tak wyjątkowo szczodrze, natomiast jeśli chodzi o usteczka nie wydaje mi się żebym kiedykolwiek zdurniała do tego stopnia żebym miała sobie dobrowolnie zdeformować twarz po to tylko żeby wyglądać jak wydymany karp. Tym niemniej uparłam się, że jednak poudaję idotkę i zobaczymy co z tego wyniknie.

Podczas wyjazdu w góry nie wychylałam się z własnymi opiniami a przygotowany przeze mnie obiad pomogł mi o tyle, że zasnęłam z przejedzenia na kanapie przy kominku. W drodze powrotnej do domu siedziałam w samochodzie na tylnym siedzeniu za kierowcą i nie uczestniczyłam w rozmowach oddając się podziwianiu widoków. Gdybym miała sobie sama wystawić ocenę wydaje mi się, że byłam obrzydliwie nudna. Kolejna okazja nadarzyła mi się kiedy Młody zaprosił mnie na wystawę sztuki współczesnej artystów tworzących na terenie Staten Island, w otwartej nieopodal mojego domu Galerii Sztuki.

Była sobota wieczorem, na zewnątrz szalała pierwsza w tym sezonie burza śnieżna a ja przygotowywałam się do wyjścia. Doszłam do wniosku, że w obecnych warunkach pogodowych powinnam postawić na wygodę i na czarne leginsy zarzuciłam tunikę, na nogi wciągnęłam ciepłe futrzane botki, do tego długą puchową kurtkę i fikuśny kapelusik, który zasłaniał mi oczy dzięki czemu istniała szansa, że zacinający śnieg topniejący na mojej twarzy nie rozmyje mi skromnego makijażu. Przed wyjściem z domu spojrzałam w lustro i krytycznie oceniłam swój wygląd. Jakoś nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wyglądam niczym kukiełkowa małpka Karolina, przyjaciółka Gucia i Cezara z dobranocki z odległych czasów mojego dzieciństwa. Tak się składało, że Karolina była, jak przystało na małpę, wyjątkową trzpiotką, która uwielbiała zmieniać kapelusze, dzieki czemu biorąc pod uwagę, że nie miałam tryskać inteligencją, strój pasował do mojej roli jak ulał.

Do domu sztuki dotarłam bez przeszkód. Z czerwonym nosem, śniegiem na włosach i kapelusiku weszłam do środka i ku mojemu niebotycznemu zdziwieniu zostałam bardzo gorąco przywitana przez obcego mi mężczyznę, który z niewiadomych mi powodów strasznie się ucieszył, że przyszłam. Przedstawiliśmy się sobie po czym zgodnie z rolą zachichotałam głupkowato i zniknęłam w tłumie ludzi, którzy najwyraźniej w świecie nie bali się zimy. Ku niebotycznemu zdziwieniu mężczyzny, którego obserwowałam kątem oka, zamiast podziwiać rozwieszone na ścianach prace, zaczęłam przygladać się twarzom zgromadzonych.

  • Nigdy nie sądziłam, że udawanie piramidalnej idiotki może mi przyjść z taką łatwością – pomyślałam i w tym momencie wpadłam na mojego znajomego.

Przywitaliśmy się jak zwykle bardzo serdecznie, po czym poprosiłam żeby pokazał mi swoją pracę. Przyglądałam się zrobionej przez niego fotografii w przepięknych kolorach jesieni i zasugerowałam mu, że przy pomocy Photoshop powinien wydrukować to zdjęcie na papierze czerpanym w formie akwareli – niesamowita barwa kolorów i zamierzony brak ostrości zdjęcia, który stwarza wrażenie jakby zdjęcie było już po częsci namalowane, stanowiła idealny materiał na akwarelę.

W tym samym momencie przypomniałam sobie, że moje kreatywne myślenie miałam pozostawić w domu, ale niestety było już za późno. Postanowiłam, że chyba na trzeźwo nie odegram tego przedstawienia i natychmiast skierowałam się do baru. Popijając czerwone wino, przysluchiwaliśmy się muzyce zespołu grającego na scenie i charakterystcznym dźwiękom ukulele. Kiedy do Młodego podeszła koleżanka, wykorzystałam nadarzającą się okazję i przeszłam się po sali oceniając w spokoju zgromadzone prace. Nagle moją uwagę przykuła animacja składająca się z powtarzających się po sobie dziesięciu obrazów. Z zupełnie nieznanych mi powodów przywiodła mi na myśl Zbigniewa Rybczyńskiego. W tym momencie podszedł do mnie Młody i zupełnie odruchowo powiedziałam:

  • You know, it reminds me of Zbigniew Rybczynski work.

Kiedy na twarzy mojego znajomego pojawiło się zdziwienie, z typową dla mnie swobodą wyjaśniłam:

  • Zbigniew Rybczyński jest polskim filmowcem i pionierem w dziedzinie digital animation. W 1983 roku otrzymał Oscara za film animowany Tango, który był inspiracją dla wielu twórców, tym niemniej zrobiony został w całości w tradycyjny sposób, zanim jeszcze animacja digitalowa stała się popularna.

Kolejne wydarzenia wieczoru były już totalną klęską świadczącą o tym, że moja natura jest dużo silniejsza od potrzeby dostosowania się poziomem do mężczyzn. Niektórych mężczyzn🙂

Trzy lampki wina niestety nie złagodziły mojego charakteru i w przylegającym do galerii studiu gdzie artyści wystawiali swoje prace na sprzedaż, dałam pełen upust swoim nieograniczonym możliwościom. W pierwszej kolejności wdałam się w rozmowę z młodziutką artystką, która w tym roku ukończyła studia na Uniwerystecie w New Palz i z miejsca zajęła się sprzedażą i popularyzowaniem swoich prac. Rozmawiałyśmy na temat jej litografii i nieomieszkałam wyjaśnię Młodemu na czym polega ta forma sztuki i co oznaczają numery pod każdą pracą. Obie rozmawiałyśmy tak jakby nie było miedzy nami widocznej gołym okiem różnicy wieku ujawniając niezaprzeczalną miłość i pasję do sztuki. Na koniec zakupiłam jedną z jej prac i przeszliśmy dalej. Przy kolejnym stoisku wdałam się w dyskusję na temat kobiecych aktów i razem z artystką zaczęłyśmy się zastanawiać nad fenomenem nagości, która skłania niektóre kobiety do pozowania i eksponowania swojego ciała bez żadnych zachamowań, ale wiekszość z nich nie wyraża zgody na publikację. Po drodze zachwyciliśmy się olbrzymią drewnianą mozaiką umieszczoną na ścianie przy wejściu a nastepnie podeszliśmy do stoiska przy którym siedział bardzo sympatyczny meżczyzna a za nim wisiało kilkanaście niedużych obrazów olejnych.

  • I see you really like Monet – powiedziałam i w tym momencie Młody przeszedł do kolejnego pomieszczenia a autor obrazów wybuchnął szczerym śmiechem. Nareszcie pozbawiony kompleksów facet – pomyślałam.
  • Rzeczywiście – powiedział – uwielbiam styl Moneta. Jego technika pozwala mi na wiekszą swobodę w manewrowaniu kolorami.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę po czym dołączyłam do mojego znajomego. W ostatnim pomieszczeniu znajdowały się ręcznie farbowane, jedwabne szaliki. Wcale nie chciałam się już wychylać, bo skoro Młody stwierdził, że jego interesuje tylko i wyłącznie fotografia nie było sensu wprowadzać go w arkana innch form sztuki. Tym razem sprowokowała mnie sama artystka, która zachęciła mnie do rozwinięcia jednego z szalików i przyjrzenia się niezwykłej kolorystyce. Powiedziałam jej, że w Polsce, skąd pochodzę, istnieje fabryka jedwabiu mieszcząca się w Milanówku, która znana jest na całym świecie dzięki ręcznie malowanym jedwabiom. Ponadto, swego czasu podczas pracy w Galerii Sztuki Współczesnej na Waryńskiego w Warszawie miałam przyjemność organizować wernisaż polskiej artystki, Marzenki Konarzewskiej, która przygotowywała niezwykle bajkowe kompozycje z jedwabiu w formie obrazów.

Dokładnie w tym momencie zdałam sobie sprawę, że udawanie piramidalnej idiotki z IQ poniżej przeciętnej nie leży w mojej naturze. Poza tym właściwie dlaczego miałabym udawać kogoś innego? Po to tylko aby zadowolić męskie EGO? A czy to moja wina, że tak wielu mężczyzn nigdzie nie było, nic nie widziało i niczym się nie interesuje. Czy w życiu przypadkiem nie chodzi o to aby być sobą i dobierać się na zasadzie podobieństw, a nie różnic? Przecież uczenie się czegoś nowego, od siebie na wzajem, wzbogaca nie tylko związki, ale również zwykłe znajomości. Sama w zeszłym tygodniu dowiedziałam się od przypadkowo poznanego w Nowym Jorku polskiego filmowca, że to właśnie Polacy stworzyli Hollywood. Nieświadomość owego faktu nie była dla mnie uszczerbkiem na honorze, ale kolejną ciekawą informacją, która wniosła coś nowego do mojego życia i zmusiła mnie do rozszerzenia wiadomości na ten temat.

Z drugiej jednak strony co do jasnej cholery oznacza definicja „normalnego mężczyzny” według mężczyzn? Czyżby chodziło o faceta, który od 20 lat posiada ten sam przeterminowany paszport, którego kartki świecą w środku pustkami, który nie ma bladego pojęcia nie tylko o winach, ale także o różynych kulturach i religiach, nie wspominając już o podstawowej znajomości mapy świata, natomiast wizyta w teatrze lub w operze jest koniecznością wiążącą się z niepotrzebnym wydatkiem podczas gdy wizyta w galerii sztuki współczesnej lub muzeum to niezasłużona tortura. A zatem gdybyśmy chciały ściśle trzymać się definicji – „normalny mężczyzna” nie szuka inteligentnej i błyskotliwej partnerki, która potrafi rozmawiać na każdy temat zjednując sobie rzesze rozmówców, ponieważ zbyt dużo wysiłku kosztuje go maskowanie własnej niedoskonałości.

A zatem skoro normalni mężczyźni wolą idotki pozostały mi tylko dwa wyjścia – albo poszukać sobie nienormalnego partnera albo pogodzić się z faktem, że bycie Singielką nie jest w istocie rzeczy moim wyborem … ale koniecznością.

Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s