Opowiadanie na Halloween – Nawiedzony Dom Czesc 2

image

Po drodze do domu zatrzymałam się przy samochodzie i wyjęłam ze środka laptopa, torbę z jedzeniem oraz walizkę z ciuchami i postanowiłam, że na razie zadekujemy się w kuchni. Najpierw jednak z duszą na ramieniu i tasakiem w dłoni postanowiłam sprawidzić czy w pozostałych pokojach na pietrze nie ma niechcianych lokatorów. Kiedy okazało się, że przynajmniej na razie jesteśmy same, nastawiłam wodę na herbatę po czym otworzyłam komputer i posługując się wtyczką do telefonu postanowiłam starym sposobem podłączyć się do Internetu. No i tu niestety znowu mnie zatkalo. Okazało się, że gniazdko na telefon zostało solidnie zabudowane pozbawiając potencjalnych gosci możliwości skontaktowania się ze światem zewnętrznym. Coraz bardziej podirytowana otworzyłam telefon komórkowy i w tym momencie włos zjerzył mi się na głowie – nie było zasiągu. Byłyśmy odcięte od świata.

Stojąc z kańcówką przewodu telefonicznego w jednym ręku a komórką w drugim, mój wzrok zatrzymał się na dłużej na kuchence gazowej, wprawiając mnie w lekkie oslupienie. Pochyliłam się nieco do przodu po czym łypnęłam złym okiem na ledwo tlący sią gaz co w pewnym sensie tłumaczyło dlaczego woda na herbatę była nadal zimna. Wkurzyłam się niemiłosiernie bo mimo, iż przyznaję, że jestem „rozpuszczona jak dziadowski bicz” (wina mężczyzn – niektórych mężczyzn :)) to jednak potrafię dostosować się do prawie każdych prymitywnych warunków i nie robię z byle czego ceregieli. Niestety, nie dotyczy to gorącej herbaty, cukru, mleka oraz jogurtów i kornfleków dla dziecka – tych pięć produktów stanowi podstawę naszej egzystencji i bez tego ani rusz. Stałam więc gapiąc się na ten czajnik coraz bardziej rozjuszona, bo napaliłam się na tę herbatę jak szczerbaty na suchary i teraz czułam jak powoli zaczyna trafiać mnie szlag. W końcu wściekła jak osa złapałam za torbę z prowiantem i zaczęłam przepakowywać produkty do lodówki, kiedy nagle zorientowałam się, że leje się z niej woda.
– No to pięknie – pomyślałam coraz bardziej ugotowana po czym odkręciłam wodę w kranie i umyłam utytłane ręce w mocno brunatnej cieczy.

Tego było już za wiele. Zupełnie odruchowo złapałam za słuchawkę domowego telefonu, który okazało się, że działa i natychmiast zadzwoniłam do szanownego małżonka. Wyrzuciłam z siebie całą gorycz po czym zażądałam aby natychmiast dokonał rezerwacji pokoju w hotelu. W międzyczasie połączyłam się z informacją i poprosiłam o numer telefonu do Lake Echo Inn. Bardzo miła Pani w recepcji wysłuchała mojej historii po czym z prawdziwym żalem w głosie okazała mi swoje współczucie i poinformowała mnie, że hotel wypełniony jest po brzegi gośćmi weselnymi uczestniczącymi w przyjęciu w ogrodzie. Po 20 minutach zadzwoniłam z powrotem do męża i dowiedziałam się, że dzisiaj nic się nie da zalatwić bo Grand Hotel u podnoza Killington Mtn., w którym mam zrobioną rezerwację od następnego dnia, nie akceptuje psów i będę musiała oddać Casey na psią stancję w Rutland. Tak więc wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazywały niezbicie, że jedną noc zmuszona będę spędzić w Nawiedzonym Domu. Na dodatek będę mogła uznać się za prawdziwą szczęściarę jeżeli uda mi się przeżyć ten eksperyment bez żadnego uszczerbku na ciele i umyśle.

Na zewnątrz panowały już ciemności a przez uchylone okna dobiegały dźwięki muzyki niesione po tafli jeziora. Zdecydowałam, że skoro i tak jest już późno i nie ma szansy ani na kolację ani oglądanie telewizji, powinnyśmy pójść spać. Zamknęłam drzwi na taras, pogasiłam światła, zabrałam z kuchni olbrzymich rozmiarów nóż rzeźnicki i tak uzbrojona ruszyłam z Karoliną i Casey na poddasze domu. Podczas wcześniejszych oględzin budynku za najbardziej strategicznie położone miejsce i przez to najbezpieczniejsze wybrałam dla całej naszej trójki pokój ze spadzistym dachem na ostatnim piętrze. Z drugiej strony, tak na prawde bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego wydawało mi się, że pomieszczenie 15 metrow ponad ziemią bez drugiego wyjścia mogło uchodzić za bezpieczne. Zamknęłam drzwi na klucz, zabarykadowałam je od środka stolikiem i drewnianą skrzynią na pościel, po czym obie z Karoliną założyłyśmy piżamy i wskoczyłyśmy pod kołdrę. Casey ułożyła się na podłodze przy drzwiach.

Mijała kolejna godzina a ja nadal leżalam w łóżku z olbrzymich rozmiarów nożem pod poduszką, przysłuchując się regularnemu oddechowi śpiącej Karoliny i czułam, że wszystkie zmysły napięte mam jak bycze jaja. Bardzo chciałam zasnąć, ale umysł miałam trzeźwy a poziom adrenaliny we krwi, który dodawał mi energii pozwoliłyby mi na wysprzątanie nie tylko całego domu i obejścia, ale wszystkich chałup we wsi. Spojrzałam na śpiące dziecko i pomyślałam sobie, że dzieciństwo to błogosławiony wiek niewinności, który pozwala dzieciom spać spokojnie nawet w obliczu zagrożenia, które czasami wisi nad ich głowami niczym Miecz Demoklesa. Czułam jak serce wali mi niczym dzwon na wieży Katedry Notre Dame wydając z siebie dźwięk przeszyty strachem, który rozbrzmiewał w moim umyśle i odbijał się echem po całym lesie. Jakby tego było mało, przez skośne okno w dachu poddasza wpadało jaskrawe światło księżyca, który jak na złość akurat tej nocy błyszczał w pełni. Nadchodziła godzina wilkołaków i oczami przerośniętej wyobraźni widziałam kościotrupy narciarzy w welnianych czapeczkach z pomponami stukające w okno na poddaszu z szelmowskim usmiechem zapraszające mnie na slalom GIGANT na dachu naszego domku.

Około 2-ej godziny nadal trzeźwa jak świnia spojrzałam na zegarek, szcześliwa, że godzina duchów już dawno minęła a do świtu zostało jeszcze niecałe trzy godziny. Przymknęłam oczy aby się troche zrelaksować, bo o spaniu nie było mowy, kiedy nagle usłyszałam na zewnątrz przerażający łoskot a po chwili calym lesem wstrząsnął ogluszajacy huk, który zachwiał całym budynkiem w posadach. Gdyby serce rzeczywiście mogło wyskoczyć z piersi – moje zdecydowanie byłoby już w połowie drogi do Grand Hotelu. Leżałam w łóżku sparaliżowana fizycznie i umysłowo, nie bardzo wiedząc czy powinnam się ruszyć i sprawdzić źródło hałasu czy czekać na dalsze efekty dźwiękowe. Sojrzałam na psa, który wyrwany z głębokiego snu wąchał szparę pod drzwiami i podobnie jak ja nasłuchiwał dźwięku kroków w korytarzu. Nic takiego nie nastapiło w związku z czym wbrew zdrowemu rozsądkowi postanowiłam wyjść na korytarz i ocenić sytuację. Otworzyłam drzwi i uzbrojona w latarkę i nóż rzeźnicki wystawiłam głowę na korytarz.

Na pewno był taki moment – a nawet kilka – w życiu każdego czytelnika kiedy siedząc w mrocznej sali kinowej, w której napieta atmosfera sięgała zenitu, z przerażeniem zasłaniał rękami oczy albo krzyczał:
– No i po cholerę się tam pchasz!!! – zwracając się tym kolokwialnym językiem do jednej z postaci na ekranie, która na własne życzenie, pchana nieposkromioną ciekawością, zmierzała prosto w ramiona czekającego za rogiem niebezpieczeństwa. W tym momencie czułam się dokładnie jak jedna z potencjalnych ofiar, ktorej autor scenariusza filmowego zafundował tragiczny koniec i pchana czystym zuchwalstwem, że jednak po wystawieniu głowy na korytarz ciągle jeszcze miałam ją ciasno osadzoną na szyi, otworzyłam szerzej drzwi i wyszłam na spotkanie przeznaczenia.

Na korytarzu panowała kompletna cisza. Z zupełnie irracjonalnych powodów zdecydowałam się nie zapalać ani światła ani latarki. Po przyzwyczajeniu oczu do panujących na zewnątrz ciemności zamknęłam za sobą drzwi do pokoju pozostawiając w środku śpiace dziecko i tchórzliwego psa i powoli zaczęłam schodzić w dół po schodach. Powoli stąpałam bosymi stopami po skrzypiących stopniach wstrzymując oddech przy każdym kolejnym kroku. Czułam przez skórę, że idąc w tym tempie uduszę się na długo przed dotarciem do poziomu jadalni. Miałam przy tym dziwne przeczucie, że nawet Wuzle i Hefalumpki schowaly się ze strachu w szparach w podłodze czekając w napięciu na dalszy ciąg wydarzeń. Przechodząc obok drzwi do łazienki całym swoim jestestwem powstrzymałam się od zajrzenia do środka czy przypadkiem pod oknem nie leży martwy współokator, który spadł na pysk z drabiny. Mijając drzwi prowadzące do kwater narciarzy wsłuchiwałam się z napięciem czy przypadkiem nie doleci mnie dźwięk klekoczących kości. Nic takiego się nie wydarzyło więc minęłam kuchnię, przeszłam przez „living-room” i wyjrzałam przez szklane drzwi na taras.

W jaskrawej poświacie księżyca widziałam całą polankę jak na dłoni i nie zauważyłam niczego niepokojacego. Zaciekawiona, otworzyłam drzwi na taras, zapaliłam latarkę i przejechałam nią po krawędzi lasu zatrzymując się na stromym podjeździe. W tym samym momencie poczułam, jak wszystkie włoski na głowie i całym ciele stanęły mi dęba i z wrażenia przestało mi bić serce. Nie mogąc oderwać wzroku od malującego się przede mną widoku, wpatrywałam się w to nieprawdowpodobne zjawisko jak sroka w gnat. Przede mną leżało przeszło 30 metrowe drzewo, które z niewyjaśnionych powodów, bo w końcu pogoda była wyśmienita i nie było ani burzy, ani wiatru, ani ulewnego deszczu – złamało się u nasady korzeni i przewróciło w poprzek drogi blokując w ten sposób możliwość wyjechania z posesji. Najzwyczajniej w świecie stałyśmy się więźniami w Nawiedzonym Domu.

Po odzyskaniu równowagi psychicznej zmusiłam kończyny dolne do minimalnego wysiłku, po czym wycofałam się do wnętrza domu zamykając za sobą drzwi na taras. W międzyczasie przeleciało mi przez głowę, że prawdopodobieństwo przełamania się zdrowego drzewa w idealnych warunkach pogodowych równe jest zero. Natomiast biorąc pod uwagę serie niefortunnych przypadków prześladujących mnie przez cały poprzedni dzień, coraz bardziej utwierdzały mnie w przekonaniu, że nic nie było kwestią przypadku, ale cześcią misternego planu. Jeszcze nie wiedziałam kto był jego autorem, ale prawdę mowiac guzik mnie to obchodziło i tym razem w iście olimpijskim tempie, skacząc na schodach po dwa stopnie dotarłam do pokoju na poddaszu, wystraszylam mocno skonsternowanego psa, ponownie zabarykadowałam drzwi i łapiąc oddech jak ryba – usiadłam na brzegu łóżka. Odwróciłam głowę w stornę okna i wpatrując się w błyszczącą tarczę księżyca – podobnie jak Scarlet O’Hara w „Przeminęło z Wiatrem” – pomyslałam sobie:
– Tomorrow is another day. I will think about it tomorrow how to get out of here – po czym wykończona wydarzeniami ostatnich 24 godzin padłam na poduszkę i zasnęłam.

Obudziły mnie promienie słońca wpadające do pokoju przez okno w poddaszu. Przeciągnęłam się leniwie i rozejrzałam sie po pokoju nie bardzo jeszcze kojarząc gdzie jestem. Nagle zatrzymałam wzrok na parze brązowych oczu wpatrujących się we mnie z wyraźną intensywnością.
– O cholera! – wyrzuciłam z siebie i wyskoczyłam z łóżka jak oparzona nie bardzo wiedząc czy mi sie tylko wydaje czy też wydarzenia ostatniego wieczoru były w rzeczywistości tylko złym snem. Odsunęłam stolik, otworzyłam drzwi i ścigając się na schodach z psem dotarłam do szklanych drzwi na werandę. Widok malujący się przed moimi oczami ewidentnie świadczył o tym, że wydarzenia ostatniej nocy nie były snem na jawie, ale rzeczywistością. W poprzek drogi leżała olbrzymich rozmiarów sosna. W piżamie i na boso zeszłam po schodach na trawę i powoli zbliżyłam się do złamanego drzewa, które z ogromną dozą nieufności obwachiwała już Casey. Podeszłam nieco blizej i bardzo krytycznie oceniając swoją niewesołą sytuację, z radością stwierdziłam, że przy odrobinie szczęścia będę w stanie przecisnąć się przez szparę pomiędzy pniem a złamanym trzonem drzewa, który siła ciężkości odrzuciła nieco w bok, tworząc niewielki przesmyk na szerokość samochodu. Prawdę mówiąc, nawet gdybym miała rąbać to drzewo przez resztę dnia i tak nie zamierzałam pozostać na terenie Nawiedzonego Domu ani sekundy dłużej aniżeli było to konieczne.

Wróciłam do domu, obudziłam Karolinę i po ubraniu się, zjedzeniu improwizowanego śniadania zamknęłyśmy dom na cztery spusty po czym zapakowałyśmy się do naszego Minivana i po kilku manewrach, które cudem uchroniły mnie od zarysowania samochodu z obu stron, zjechałam do głównej drogi i ruszyłam Rt. 100 w kierunku Rutland. Po wczekowaniu Casey do domu wypoczynkowego dla psów, udałyśmy się y powrotem do Killington i po dojechaniu do Grand Hotelu zadekowałyśmy się w pokoju. Włączyłyśmy telewizję, podłączyłam komórkę, sięgnęłam po Menu, zadzwoniłam na Room Service i popijając z Karoliną gorącą cherbatkę i zajadając się rogalikami z dżemem truskawkowym rozkoszowałyśmy się widokiem Killigton Mtn. rozpościerającej się przed oknami naszego pokoju.
A może ja po prostu jestem stworzona do życia w luksusach …

Kilka lat temu, opowiedziałam tę historię mojemu ówczesnemu chłopakowi przy okazji naszego pobytu w Killington. W związku z tym, po objechaniu na rowerach całego jeziora Echo, pchani niezdrową ciekawością odnaleźliśmy mocno zarośnięty podjazd prowadzący do „Domu nad Jeziorem.” Po dojechaniu na miejsce z dreszczem emocji wysiedliśmy z samochodu i podeszliśmy do drzwi tarasu. Ani w środku ani na zewnątrz nic się nie zmieniło a dom wyglądał dokładnie tak samo jak tego pamiętnego dnia kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy. Oczywiście nie było tylko złamanego drzewa. Podeszłam do granicy lasu próbując odnaleźć pozostały pień drzewa, ale ku mojemu bezgranicznemu zdziwieniu, niczego nie znalazłam. Nagle za plecami usłyszałam głos Alexa:
– O my God! Wszystko wygląda dokładnie tak jak to opisałaś! – wykrzyknął.
W tym samym momencie poczułam jak na wspomnienie tamtej nocy zimny dreszcz przebiegł mi po plecach i nie czekając na powtórkę z rozrywki wsiedliśmy do samochodu i w pośpiechu opuścilyśmy mroczne okolice „Nawiedzonego Domu.”

Alicja

P.S.
Wszystkie sytuacje, wydarzenia i postacie występujące w powyższym opowiadaniu są prawdziwe. Może z wyjątkiem Wuzli i Hefalumpkow, które zapożyczyłam z mojej ulubionej książki: „Kubuś Puchatek.”

4 responses to “Opowiadanie na Halloween – Nawiedzony Dom Czesc 2

  1. Agnieszka Bolimowska

    cudowności!🙂
    jednak się nie myliłam – kocham Cię🙂

  2. Ty to potrafisz wyszukać prawdziwą „perełkę”, Amityville niech się schowa🙂

    • Dominika, Z zupelnie nieznanych mi przyczyn, mnie sie takie przygody po prostu „imaja.”🙂 Dokladnie rok temu podczas mojej wycieczki z Ex Sister in Law malownicza Rt. 1 na polnoc od San Francisco, zaintrygowane obecnoscia Rosyjskiej Cerkwi na zachodnim wybrzezu Stanow Zjednoczonych postanowilysmy „obwachac sytuacje” albo jak kto woli, bezprawnie wlamac sie na teren cudzej posesji🙂 Nie musze chyba przypominac, ze zapadal zmrok, dookola ani zywego ducha a w powietrzu unosil sie zapach dreszczowca🙂 Uparlysmy sie jednak, ze zbadamy sprawe i pchane wrodzona babska ciekawoscia wjechalysmy naszym malym czolgiem (SUV) na teren posesji, ktora na szczescie okazala sie restauracja z dosc przytulnym barem, sala kominkowa i jadalnia oraz kilkoma pokojami na pietrze w autentycznej, sprowadzonej z Rosji Cerkwi. W rezultacie dobite wrazeniami zacumowalysmy w barze gdzie przekomiczna barmanka dawala nam na „sprobe” wszystkie drinki przygotowywane dla kilientow na sali dzieki czemu Wiesia urznela sie koncertowo a mnie jako kierowcy pozostalo tylko „wylizywanie” kieliszka. Musze przyznac, ze ogorkowe Martinii podobnie jak selerowe z limonka byly orgazmiczne. Niestety nie byl to koniec przygod tej nocy🙂
      Caluski
      Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s