Opowiadanie na Halloween: Nawiedzony Dom – Część 1

image

Jak zwykle obudziłam się rześka jak pierwiosnek i jak co dzień gotowa na przeżycie nowych przygód. Może gdybym wiedziała, co przyniesie ze sobą kolejny dzień, a w szczególności wieczór, wzięłabym Prozak, naciągnęła na głowę kołdrę i zmusiła się do przespania kolejnego dnia. Niestety nie miałam talentów mitologicznej Kasandry w związku z czym zupełnie nieświadoma kotłujących się za drzwiami mojego przeznaczenia wydarzeń, ziewnęłam jak hipopotam, przecięgnęłam się w łóżku mrucząc jak kotka po czym nagle mój wzrok spoczął na parze brązowych oczu wpatrujących się we mnie z wyraźnym napięciem.

  • OK, już wstaję – powiedziałam do mojej czekoladowej labradorki, Casey, która natychmiast zaczęła machać ogonem, po czym odsunęłam zasłonkę i wyjrzałam przez okno na zewnątrz.

Za drzewami majaczyło błękitne niebo a błyszczące promienie słońca odbijały się w lustrzanej tafli rzeki St. Laurence, która oddzielała Stany Zjednoczone od Kanady. Wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejny cudowny dzień i nic nie zapowiadało nadciągającej burzy.

Po śniadaniu wyczekowałam się z hotelu po czym zapakowałam dziecko, psa i rower do Mini-Vana i wyruszyłam w dalszą drogę, pozostawiając daleko w tyle przeuroczy Bolton Castle nad zatoką Alexandria. Przed nami rozpościerała się perspektywa kilkugodzinnej jazdy do Vermont. Na szczęście nigdzie się nam nie spieszyło, klucze do wynajętego domku nad jeziorem miałam przy sobie w związku z czym z prawdziwą przyjemnością oddałyśmy się podziwianiu uroków okolic Adirondack. Świadomie wybierałam boczne drogi, które ciągnęły się przez góry niczym splątane serpentyny co chwila zaskakując nas malowniczymi krajobrazami. Po drodze mijałyśmy nieliczne rezerwaty Indian oraz niekończące się połacia lasów i jezior.

W pewnym momencie spoglądając po raz kolejny we wsteczne lusterko dostrzegłam, że od dłuższego czasu siedzi mi na ogonie średnich rozmiarów białe SUV. Zmniejszyłam prędkość dając kierowcy szansę wyprzedzenia. Jakie było jednak moje zdziwienie kiedy siedzący za kierownicą mężczyzna zdecydował się pozostać w tyle utrzymując tę samą odległość pomiędzy pojazdami. Powoli czułam jak ziarenko niepokoju wypuszcza w moim umyśle gigantycznych rozmiarów korzenie podczas gdy oczami wyobraźni widziałam siebie jako potencjalną ofiarę morderstwa. W końcu panika ustapiła miejsca wściekłości i natychmiast zajęłam się obmyślaniem sposobu na pozbycie się intruza, bo nie życzyłam sobie aby jakiś cholerny truteń zakłócał swoją obecnością mój sielankowy nastrój. Po przejechaniu kilkudziesięciu mil, spocona z emocji jak mysz zatrzymałam się na stacji benzynowej mając głęboką nadzieję, że mój prześladowca pojedzie dalej. Jakie było jednak moje zdziwienie, kiedy SUV zjechało z głównej drogi po czym kierowca zaparkował przy sąsiedniej pompie. Stacja benzynowa usytułowana była w samym środku lasu z daleka od ludzkich zabudowań i jedyny budynek znajdujący się w pobliżu stanowił Indiański sklep z pamiątkami. Stwierdziłam, że lepszy rydz niż nic po czym wsiadłam do samochodu, zaparkowałam na przeciwko sklepu wypełnionego grupą przygodnych turystów, wyciągnęłam z samochodu dziecko, w środku zostawiłam psa i z silnym postanowieniem dotkniecia, obwąchania i polizania każdego pojedyńczego przedmiotu w celu zabicia czasu i przeczekania prześladowców, weszłam do środka.

Okazało się, że nie musiałam się aż tak badzo wysilać bo jak zwykle bardzo pomogło mi dziecko, które dorwało się jak rzep do psiego ogona do Indiańskich totemów i futrzanych „charms” i gdybym w końcu nie wyciągnęła jej ze sklepu, kto wie czy nie udałoby się jej wywołać duchów Indiańskich wojowników. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę wypadki, które miały miejsce tego samego wieczoru, niewykluczone, że zainterweniowałam za poźno zabierając ze sobą do Vermont kilku spragnionych rozrywki Indiańskich Szamanów. Po wyjściu ze sklepu nie zauważyłam śladów białego SUV w związku z czym uspokojona wsiadłam za kierownicę naszego Minivana i wyruszyłyśmy w dalszą drogę.

Do malutkiego miasteczka Tyson nad jeziorem Echo dotarłyśmy około 5-tej po południu. Po drodze minęłyśmy Lake Echo Inn, z którego dolatywały dźwięki muzyki i radosny śmiech bawiących się na werandzie ludzi. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy a nad jeziorem słychać było kumkanie żab przygotowujących wieczorne preludium do nocnego koncertu pod gwiazdami. Dookoła pachniało latem.

Uroczy domek nad jeziorem Amherst wynalazłam na internecie. Na podstawie załączonych zdjęć wygladał całkiem przyzwoicie, miał bardzo przystępną cenę i świetną lokalizację. Nie był to okres telefonów komórkowych z Google Maps ani GPS-ów w związku z czym poruszanie się przy pomocy mapy i intuicji spowodowało, że zmarnowałam wystarczająco dużo czasu zanim wreszcie utwierdziłam się w przekonaniu, że to co wygląda na niemożliwe jest w istocie rzeczy smutną rzeczywistością. Przede wszystkim dom nie był położony nad samym jeziorem, ale w lesie na zboczu góry – notabene na tyle wysoko, że nie można go było dostrzec z poziomu drogi. Prowadził do niego stromy, zarośnięty wysoką trawą podjazd, sugerujący, że nie jest to zbyt często odwiedzane miejsce, natomiast zacumowana przy brzegu łódka znajdowała się po przeciwnej stronie drogi niż ,,dom nad jeziorem.” Pełna mieszanych uczuć zjechałam z głównej drogi i ruszyłam pod górę. Wysoka trawa uginała się pod ciężarem samochodu natomiast gęste gałęzie drzew tworzyły ponad naszymi głowami olbrzymi tunel broniący dostępu światła. Bardzo nie chciałam dać się zwariować, ale powoli zaczeło wiać grozą. W końcu dotarłyśmy na niewielkich rozmiarów polanę i naszym oczom ukazał się olbrzmi, trzy-piętrowy dom straszący pustką.

Zgasiłam silnik, wyjęłam kluczyki ze stacyjki po czym w pierwszej kolejności wypuściłam z samochodu psa, który wyprysnął na zewnątrz jak torpeda i wyraźnie zadowolony pobiegł w las. Jeżeli komukolwiek w tej chwili zaświtała w głowie myśl, że powodowały mną względy bezpieczeństwa to się grubo pomylił. Casey była piramidalną idiotką o wielkim sercu, która panicznie bała się otworów kanalizacyjnych w jezdni i na chodnikach, z podkulonym ogonem uciekała przed ułożonymi na krawężniku czarnymi torbami wypełnionymi śmieciami a na dźwięk klucza w zamku podnosiła łeb z kanapy żeby sprawdzić, który z domowników wrócił do domu po czym z powrotem kładła pysk na poduszce oddając się rozmyślaniom nad sensem życia. Wystarczyło jednak, że w drzwiach wejściowych pojawił się listonosz albo elektryk – rzucała się do nich radośnie merdając ogonem i podskakując niczym konik polny, domagała się pieszczot. Krótko mówiąc – charakteru psa obronnego zdecydowanie nie miała.

Podczas gdy pies szalał w zaroślach, wyciagnęłam z samochodu moją 10-letnią córkę Karolinę i wyruszyłyśmy na oględziny domu. W pierwszej kolejności uderzył mnie panujący dookoła nieład. Pod schodami prowadzącymi na taras, który na pierwszy rzut oka stanowił głowne wejście do budynku, leżały porozrzucane narzędzia i drzewo na opał. Postanowiłam zignorować ten mankament, weszłam po schodach na górę, otworzyłam olbrzymie szklane drzwi, zajrzałam do środka po czym zamarłam w bezruchu. W porównaniu do malującego się przed moimi oczami widoku, bałagan panujący przed domem przypominał niewinny „mesik.”

Stałam po środku dosyć przestronnego pomieszczenia, które stanowiło jednocześnie jadalnię, kuchnię i „living-room.” Po prawej stronie od wejścia stała kanapa, która zdążyła już zapomnieć o odległych czasach swojej własnej świetności a wyblakły różowy kolor – niegdyś pluszowego materiału, którego strzępki zwisały z drewnianej framugi przypominającej stylem Ludwika XIV świadczyły niezbicie o kompletnym braku poczucia smaku właścicieli tej wyjątkowej w formie i stylu posesji. Na przeciwko kanapy stały dwa fotele z tej samej epoki pokryte wyświechtanym zielonkawym muślinem natomiast pod ścianą stało coś co miało przypominać kominek natomiast w rzeczywistości było niewielkich rozmiarów metalowym bojlerem z otwartymi na ościerz drzwiczkami. Z tylnej ścianki prymitywnego kominka wychodziła rura, która znikała w ścianie pod sufitem. Przed kominkiem leżał rozsypany popiół oraz niedopalone kawałki drzewa, które gdzieniegdzie pozostawiły wypalone ślady w podłodze. Po lewej stronie od kanapy, na olbrzymiej drewnianej ławie, która stanowiła część jadalną, stały niedomyte naczynia i tylko część kuchenna wygladała jako tako. Mocno zrezygnowana ogarnęłam wzrokiem pobojowisko i pełna mieszanych uczuć udałam się w głąb domu.

W niewielkim korytarzu po prawej stronie znajdowały się schody prowadzące na wyższe kondygnacje natomiast obok widniały zamknięte od zewnątrz drzwi, niewątpliwie ukrywające jakąś straszną tajemnicę. Po lewej stronie korytarza, przez niewielką szparę w uchylonych drzwiach dostrzegłam wpadające z zewnątrz światło. Powoli otworzyłam drzwi i weszłam do niewielkich rozmiarów łazienki. Zaintrygowana poruszającą się na wietrze zasłonką odsunęłam jedną część i w tym momencie poczułam jak krew odpływa mi z twarzy a nogi uginają się pode mną z przerażenia. Otóż niewielkich rozmiarów okno otwarte było do połowy, szkło z wybitej szyby porozrzucane było po podłodze łazienki natomiast widok na las przesłaniała mi olbrzymich rozmiarów drabina sięgająca do wysokości drugiego piętra. Trudno mi powiedzieć jak długo tak stałam – sparaliżowana fizycznie i umysłowo, gapiąc się na tę drabinę niczym krowa na malowane wrota. W końcu, po otrząśnięciu się z szoku i przeanalizowaniu całej sytuacji pomyślałam sobie, że jeżeli do tej pory nie trafił mnie jeszcze szlag świadczy to niezbicie o tym, że czeka mnie dzisiaj jeszcze dużo atrakcji.

Po odzyskaniu zdolności ruchowych, złapałam Karolinę za rękę i wyszłam na zewnątrz z silnym postanowieniem dokonania solidnych oględzin budynku. Może gdybym miała odrobinę oleju w głowie, wróciłabym do samochodu i uciekłabym gdzie pieprz rośnie. Niestety wrodzone zamiłowanie do przygód, niezdrowa ciekawość a także niechęć do poddawania się walkowerem spowodowały, że wbrew zdrowemu rozsądkowi pozostałam na miejscu z mocnym postanowieniem przeszukania domu od podszewki.

Gwizdnęłam na psa w celu dodania sobie animuszu, wyciągnęłam z samochodu latarkę bo zaczynało się już ściemniać, obeszłam budynek dookoła i oceniłam sytuację na zewnątrz. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że ktoś dostał się do środka domu przez wybite okno na pierwszym piętrze. Trudno było powiedzieć czy nadal „TEN KTOŚ” znajdował się w środku domu, czy też akurat poszedł sobie na piwo faktem jest, że nie był to kompletnie „opuszczony dom.” Niezależnie od scenariusza, zdecydowałam się odstawić drabinę od okna. Umordowałam się przy tym zajęciu jak głupia, bo w końcu drabina malutka nie była, po czym wreszcie położyłam ją na trawie wzdłuż ściany budynku udowadniając tym niezbicie, że jednak mam cechy typowej blondynki bo jakoś nie przyszło mi do głowy wywlec tę drabinę daleko w las🙂. W następnej kolejności zdecydowałam się zejść w dół zbocza i przyjrzeć się z bliska kolejnej części budynku. Idąc cały czas wzdłuż ściany domu dostrzegłam istnienie kolejnej kondygnacji znajdującej się poniżej głównego poziomu. Używając jednego z kluczy, które miałam przy sobie otworzyłam drzwi i wszystkie trzy, włączając psa, weszłyśmy do środka.

Wewnątrz piwnicy panowały egipskie ciemności a w powietrzu unosił się zapach zgnilizny. Zapaliłam latarkę i spróbowałam odszukać na ścianie włącznik światła, ale okazało się, że niestety nie działał. Piwnica przypominała olbrzymią komorę podzieloną na kilka pomieszczeń pozbawionych okien, i wyposażonych w piętrowe łóżka co w pewnym sensie tłumaczyło obecność drewnianych przegródek na narty na ścianach po obu stronach wejścia. Nigdy w życiu nie byłam w domku narciarskim i trudno było mi powiedzieć jak bardzo odbiegał od z góry ustalonych standartów, ale jak na mój gust w powietrzu gęstniała atmosfera horroru i wcale bym się nie zdziwiła gdybym nagle w jednym z ciemnych pomieszczeń natknęła się na szkielety zamordowanych w zeszłym sezonie narciarzy. Przy okazji odkryłam schody prowadzące do tajemniczych drzwi w korytarzu przy kuchni. Tym razem zdecydowałam, że jednak wolę aby pozostały zamknięte. W końcu wycofałyśmy się z pomieszczenia tortur dla narciarzy i udałyśmy się z powrotem na górę. Przez całą drogę nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przyjdzie mi spędzić noc w nawiedzonym domu po czym wzdrygnęłam się na samą myśl o nadchodzącym zmierzchu i poczułam jak zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Powiało atmosferą filmów Hitchcocka. cdn.

Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s