Podróż do wnętrza …

image

„Alicja
Strasznie się cieszę, że Cię poznałam. Jesteś niesamowitą optymistką. Swoim pisaniem dajesz ludziom radość i siłę – jakbyś mowiła: „Nie poddawaj się, będzie super.” Piszesz piękną polszczyzną. Już czekam na następny artykuł.
Serdecznie pozdrawiam,
Gosia.”

Długo zastanawiałam się jak zredagować rocznicowe wydanie Wysokich Szpilek na Krawędzi, kiedy na pomoc przyszedł mi jak zwykle przypadek. Zdecydowałam się rozpocząć ten artykuł listem od jednej z moich czytelniczek, nie dlatego, że jest pełen pochlebstw, ale dlatego, że zawiera w sobie wszystko to o czym chciałam napisać czyli o moim blogu, o filozoficznym podejściu do życia oraz metamorfozach.

Zacznijmy od tego, że nie jestem pisarką. Niezależnie od zaskakującej ilości przychylnych opinii kierowanych pod moim adresem, uważam, że jest to zbyt górnolotne słowo. To mniej więcej tak jak ze zwrotem „kocham cię” – nadużywanie go powoduje, że z czasem traci na wartości. Dlatego myślę, że czeka mnie jeszcze sporo pracy zanim zasłużę sobie na to dumne określenie, natomiast na pytanie, czy jestem pisarką, zazwyczaj odpowiadam:
– Nie, nie jestem. Ja po prostu flirtuję ze słowami🙂.

Tak jak większość wydarzeń w moim życiu, również pomysł stworzenia bloga był dziełem przypadku. Pisać zawsze lubiłam i gdzieś tam w głębi mojego jestestwa tliła się nadzieja, że kiedyś uda mi się podjąć współpracę z jednym z polskich magazynów dla kobiet. Niestety jak zwykle okazało się, że nadzieja jest matką głupich, natomiast sam pomysł jest równie trudny do zrealizowania jak wstąpienie w szranki Rosyjskiego KGB. Na szczęście moja serdeczna przyjaciółka Ewa bardzo skutecznie wybiła mi z głowy ten projekt i zasugerowała mi stworzenie własnego bloga. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna, bo dzięki temu jestem sobie żaglem, wiatrem i sterem i nikt nie narzuca mi ani tematów ani też nie dokonuje korekty moich tekstów, które w końcowej wersji prawdopodobnie miałyby niewiele wspólnego z moją własną tożsamością. Ponadto udało mi się zachować daleko idącą autonomię w dobieraniu tematów a także frywolność stylu i języka, dzięki czemu, nie bez powodu wielokrotnie porównywana jestem do Carry Bradshow, głównej bohaterki „Sex and the City.” Dlatego wnioskuję, że dla redaktorów naczelnych pism przeznaczonych dla kobiet jestem prawdopodobnie zbyt … niepoprawna politycznie🙂

image

Mój blog – podobnie zresztą jak moja książka, którą mam nadzieję, że wreszcie kiedyś ukończę, są formą spowiedzi, która jest odzwierciedleniem moich własnych myśli i spostrzeżeń ujetych w bardzo wyrazistą, dynamiczną i pełną humoru formę literackiej wypowiedzi. Jerzy Stuhr, podczas wywiadu w Nowym Jorku, powiedział, że nie cierpi wybebeszania się i dlatego w swojej autobiografii zachował ogromną powściągliwość w dzieleniu się z czytelnikami swoim życiem. Dla odmiany Monika Jaruzelska ogłosiła wszem i wobec, że jej książka jest formą „wyjścia z szafy” po czym po przeczytaniu „Towarzyszki Panienki” stwierdziłam, że nadal tkwi w tej szafie po uszy i osobiście uważam, że jest to ciężki przypadek, który nie rokuje najmniejszej nadziei na otwarcie się do ludzi. Wierzę, że zachowanie autentyczności i przekonanie czytelniczek o tym, że w tym co piszę nie ma ani odrobiny obłudy pozwala mi na nawiązanie z nimi więzi, która opiera się na wzajemnym zaufaniu. Jest to w pewnym sensie forma sztuki teatralnej, w której grający na scenie aktor wciela się w rolę swojej własnej duszy próbując przekazać widzom bardzo indywidualną i jak najbardziej autentyczną interpretację postaci. Dlatego mój blog jest formą wybebeszania się! Brakuje w nim jednak elementu malkontenctwa, które nie leży w mojej naturze natomiast wypełniony jest po brzegi ogromną dozą poczucia chumoru i pozytywnego spojrzenia na świat i ludzi, które pomaga udowodnić moim czytelniczkom, że w każdym moim słowie ukrywa się myśl przewodnia tego blogu polegająca na głębokiej wierze w to, że: „Życie nie polega na czekaniu, aż przejdzie burza, ale na nauczeniu się jak tańczyć w deszczu.”

Jak już wcześniej wspomniałam, motorem napędowym w moim życiu niemal zawsze był przypadek, który prowadził mnie w stronę przeznaczenia bardzo krętymi drogami. Po dotarciu do kolejnego rozstaju dróg, przeznaczenie dostawało zazwyczaj po pysku po czym na przekór losowi kierowałam się w przeciwnym kierunku niż nakazywał zdrowy rozsądek utrudniając sobie życie, które mogło być niezwykle proste i nieskomplikowane. Dlatego dawno już zdążyłam się zorientować, że robienie planów na przyszłość jest w moim przypadku równie nieefektywne jak 10-letni plan gospodarczy uruchamiany w dobie głębokiego Komunizmu, który i tak zawsze brał w łeb. Życie pełne jest niespodzianek i do złudzenia przypomina kalejdoskop – wystarczy jeden ruch abyśmy nagle znaleźli się w innej rzeczywistości.

W pierwszej kolejności, za sprawą kompletnego przypadku wystąpiłam w bardzo popularnym w latach 80-tych programie muzycznym Wideoteka prowadzonym przez Krzysztofa Szewczyka. Z budynku X Liceum im. Królowej Jadwigi w Warszawie, wyszłam dokładnie w momencie kiedy mój kolega, Marcin Etienne razem z Wojciechem Pijanowskim zastanawiali się nad wyborem trzeciej uczestniczki do nowego konkursu i z głupia frant wlazłam im w ręce. W drodze do samochodu próbowałam jeszcze zaprotestować:
– Ale ja się nie nadaję do telewizji! – jęknełam słabo.
– A występowałaś kiedyś przed kamerami?- spytał Pijanowski
– Nie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– No to skąd wiesz, że się nie nadajesz – podsumował, pozbawiając mnie tym sposobem amunicji.
Z pomocą ludzką i boską przeżyłam jakoś ten eksperyment, chociaż gdyby komuś udało się kiedyś wygrzebać z archiwum taśmy z nagraniami teleturnieju, pewnie skonałby ze śmiechu. Na szczeście posiadałam w domu lustro i według mojej własnej, bardzo krytycznej samo-oceny, przypominałam bardziej nieopierzonego kurczaka o zdecydowanie nieproporcjonalnych kształtach, nieskoordynowanych ruchach i figlikach tańczących w kącikach oczu i do występów w telewizji nadawałam się jak wół do pchania karuzeli. Dlatego, kiedy Krzysztof Szewczyk zaproponował mi pod koniec nagrań prowadzenie Wideoteki zaparłam się rękami i nogami i tym razem nie dałam się namówić na współpracę. Oferte zaakceptowała nikomu nie znana dziewczyna, której kariera natychmiast wyrwała do przodu niczym narowista klacz, po czym powoli, ale zdecydowanie zaczęła chylić się ku upadkowi co niezbicie wskazuje na to, że jednak decyzje podejmowane przeze mnie nie były do końca pozbawione sensu – mimo, iż były kwestią przypadku.

image

Jeśli chodzi o mnie, nadal stałam z boku, przygnieciona ciężarem własnej niedoskonałości i z nieukrywanym podziwem i bez cienia zawiści przyglądałam się Bognie Sworowskiej, która spacerowała po korytarzach naszego liceum przyćmiewając urodą modelki podobne do mnie brzydkie kaczątka. W obliczu takich kontrastów, zdecydowałam, że nigdy już nie stanę przed kamerami. Natura kobiety bywa jednak przewrotna i kilka lat później, za namową przyjaciółki zgłosiłam się do TV na konkurs na prezenterkę. Tym razem zawiodła wiara w moje własne możliwości. Kiedy w studiu nagraniowym pojawiła się nieznana jeszcze wówczas Agata Młynarska, która przyćmiła wszystkie uczestniczki swoją charyzmą i swobodą bycia, stwierdziłam, że nic tu po mnie i w ten sposób raz na zawsze zakończyłam moją przygodę z telewizją. Z drugiej strony, gdybym jednak nie poddała się i uwierzyła w siebie, co tak bardzo promuje wśrod moich czytelniczek, może byłybyśmy teraz koleżankami po fachu a moje życie przypominałoby bardziej linię prostą aniżeli ciągnącą się w nieskończoność parabolę🙂 Czasami zastanawiam się, kto z nas jest bardziej przekorny: ja czy moje przeznaczenie?

To, że życie potrafi płatać figle, a fortuna kołem się toczy przekonałam się przy okazji kolejnego przypadku, dzięki któremu wraz z grupą modelek Mody Polskiej wyjechałam na pokaz mody do ówczesnego NRD. Gwoli wyjaśnienia NIE byłam modelką! – całkiem przypadkiem, będąc w restauracji na Placu Zbawiciela wpadłam w oko młodemu i przystojnemu, ale niewątpliwie ślepemu a także obrzydliwie bogatemu Niemcowi, który sponsorował tę imprezę. Dzięki temu zbiegowi okoliczności, po raz pierwszy spotkałam Agnieszkę Maciąg, która właśnie rozpoczynała swoją karierę i obserwując ją nie miałam najmniejszej wątpliwości, że uda jej się osiągnąć zamierzony cel a mnie niestety nie – a przynajmniej nie na tym etapie. Przyglądając się rozgrywającej się na moich oczach tragedii, bo przez kolejny przypadek znałam wszystkich bohaterów odgrywającego się na scenie dramatu w iście Shakespearowskim stylu, obiecałam sobie Nigdy w Życiu nie walczyć ani o mężczyzn ani o ludzką akceptację. Pozostałam wierna tej dewizie po dzień dzisiejszy, ale nie namawiam moich czytelniczek do podążania moimi śladami. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że czasami warto nakichać na zasady i jednak powalczyć🙂

Dzięki kolejnemu przypadkowi, wraz z moją przyjaciółką, z którą pracowałam w Kasynie Hotelu Marriott, a która notabene jest obecnie znaną prezenterką TVP otarłyśmy się o mafię Pruszkowską a jeden z jej przywódców woził nas samochodem do domu po skończonej zmianie w obawie o nasze bezpieczeństwo. Wiem, że brzmi to jak bajka o Żelaznym Wilku, ale prawdopodobnie moje zamiłowanie do książek Joanny Chmielewskiej, która słynęła z ogromnego poczucia humoru i wyjątkowej wyobraźni spowodowało, że podobnie jak jej serdeczna przyjaciółka Alicja, mieszkająca na stałe w Danii, ciągle wpadałam w ramiona kłopotów i dziwnych zbiegów okoloczności i mimo iż wielokrotnie przyszło mi cierpieć z powodu nieszcześliwej miłości, to jednak nigdy z braku atrakcyjnych przygód🙂.

image

Dowodem na to był kolejny przypadek, który sprawił, że po światku przestępczym nadszedł czas na zaznajomienie się ze światem polityki, który w sumie niewiele różni się od struktury mafijnej🙂. Udało mi się znaleźć zatrudnienie w Polskiej Partii Przyjaciół Piwa po czym w niedługim czasie dokonałam nieśmiałej próby zdemaskowania przekrętów Leszka Bubla, który pasożytował, podobnie jak Baksik, na lukach w polskim prawie. Niestety moja przyjaciółka, która w tym okresie stawiała w telewizji pierwsze kroczki, nie miała jeszcze siły przebicia Moniki Olejnik i skopiowane przeze mnie nagrania z posiedzeń Partii nie trafiły ani do telewizji ani do sądu natomiast wzbudziły uzasadniony popłoch w niektórych kręgach polityczych zamieszanych w podobne machlojki. Fakt, że nie dostałam po pysku zakrawa na cud, natomiast to, że po wszystkich wyżej wymienionych przeze mnie wydarzeniach, na kierunek studiów w USA wybrałam właśnie kierunek polityczny, zakrawa w pewnym sensie na ironię losu🙂 Na szczeście w polskich urzędach panuje niewyobrażalny burdel i przekręty polityków nie są niczym nadzwyczajnym co prawdopodobnie spowodowało, że wieść o mojej awanturniczej naturze i szkodliwej wierze w sprawiedliwość nie dotarła do MSZ-tu dzieki czemu bez przeszkód udało mi się dostać na praktyki studenckie do Ambasady Polskiej w Waszyngtonie a nastepnie znaleźć zatrudnienie w Konsulacie RP w Nowym Jorku. Przyznaję, że ze wszystkich wydarzeń w moim życiu uważam, akurat to było kwestią wyjątkowo ślepego szczęścia.

Wszystkie wyżej wymienione przeze mnie przypadki są kroplą w oceanie wydarzeń, które rozegrały się na kolejnych stronach mojego życia i mam wystarczająco materiału nie tylko na książkę, ale i na scenariusz filmowy. Dlatego czasami zastanawiam się dlaczego niektórzy ludzie potrafią prowadzić monotonne i nieskomplikowane życie i są szczęśliwi, podczas gdy ja ciągle dokądś pędzę i wcale nie czuję się z tego powodu nieszczęśliwa? Często wędrujemy po mrocznych korytarzach własnej duszy spoglądając na otaczający nas świat i mijających nas ludzi i myślimy:
– Nic o mnie nie wiecie!
Kim byłabym, gdyby otworzyły się inne drzwi? Kim byłabym dzisiaj gdybym w odpowiednim czasie przezwyciężyła własne kompleksy i podjęła inne decyzje? Kim byłabym, gdybym zatrzymała się wreszcie na stałym gruncie zamiast nieustannie balansować na krawędzi?

image

W ciągu ostatniego roku zdarzyło mi się otrzymać jeden komentarz w którym autorka zarzuciła mi, że narzucam czytelniczkom jak żyć. W odpowiedzi wyjaśniłam jej, że już na samym początku mojego bloga wyraźnie zaznaczyłam, że ja nie uczę jak żyć, ale niezależnie od sytuacji w jakiej się znalazly moje czytelniczki namawiam je do utrzymania niezachwianej wiary w siebie i w swoje własne możliwości. Poza tym, na bazie własnego, bardzo bujnego i odbiegającego od konwencjonalnych standartów życia, daleka jestem od sugerowania czytelniczkom aby podążały moimi śladami. Nigdy w życiu! Natomiast mojej filozofii nie wyssałam z mlekiem matki, ale jak żyć i jak radzić sobie z przeciwnościami losu uczyłam się dokładnie wtedy, kiedy podobnie jak wiele moich czytelniczek doszłam do momentu, kiedy nie miałam już ochoty dłużej żyć …

Szczególnie ciężko jest borykać się z przeciwnościami losu kiedy przychodzi nam żyć z dala od rodziny i nie można tak po prostu sypnać piaskiem w oczy gówniarzowi, który zburzył nasz misternie budowany zamek, spakować swoje foremki do kubełka i przenieść się do innej piaskownicy. W takim momencie stajemy w obliczu bolesnej i przerażającej samotności, skazując naszą duszę na bezdomność. Po głowie chodzą nam tysiące myśli, z czego większość nie nadaje się do opublikowania. Ale to właśnie wtedy twardniejemy i uczymy się jak przeżyć, aby znowu żyć.

Pewnego wieczoru w czasie trwającego już cała wieczność rozwodu, któremu towarzyszyło zwolnienie z pracy (próba odnowienia przez małżonka prawa do posiadania broni w trakcie postepowania rozwodowego spowodowały, że nagle stałam się dla firmy „Persona non grata”), spotkałam się z moją przyjaciółką Ewą w barze „Hotelu W” na rogu Union Square. Kiedy zobaczyła mnie siedzącą na wysokim krześle przy stoliku pod oknem wykrzyknęła:
– Alicja, z ciebie jest prawdziwa „Siłaczka.” Cały twój świat wali ci się na głowę, dusza ci krwawi a ty zakładasz super kieckę, nakładasz makijaż i Wysokie Szpilki i pojawiasz się w barze wesoła i uśmiechnięta jakby nigdy nic się nie stało. Na prawdę cię podziwiam.

No cóż, życie notorycznie stawia nas przed wieloma wyzwaniami, jednak zrezygnowanie z walki lub poddanie się byłoby oznaką tchórzostwa. Tak więc dźwigamy na plecach ten ciężar, czekając, aż kolejny przypadek odmieni nasze życie. A do tego czasu nigdy nie powinnyśmy tracić wiary we własne siły i jedyne co mogę poradzić wszystkim moim czytelniczkom to, niezależnie od sytuacji zawsze kierujcie się znanymi Wam wszystkim słowami:
– Zamierzam być szcześliwa – i to cholernie szcześliwa.

Alicja

image

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s