Kobiety, Mężczyźni i samochody

carSamochody fascynowały mnie od wczesnego dzieciństwa i odkąd pamiętam, zawsze wolałam bawić się klockami, plastikową wywrotką albo wyścigówkami młodszego brata aniżeli lalkami. Zamiłowanie do samochodów i zawrotnych prędkości skrzętnie pielęgnuję do dnia dzisiejszego, dzięki czemu bez chwili zastanowienia i bez odrobiny zażenowania przyznaję, że warkot silnika, który za każdym razem pobudza moją krew do szybszego krążenia ma w sobie coś fascynujacego, a narastające napięcie wywołane prędkością wywołuje dreszcz emocji, którego czasami trudno jest się doszukać nawet u namiętnego kochanka. No cóż, może gdybym zdobywała doświadczenie, jako kierowca „malucha,“ syrenki albo trabanta, moje podejście do prędkości, z jaką poruszam się po drogach byłoby wręcz proporcjonalne do możliwości wyżej wymienionych pojazdów. Tak się jednak złożyło, że moje pierwsze kroki stawiałam w amerykańskim Pontiaku Firebird – jednym z niewielu w tym czasie sportowych samochodów jeżdżących nie tylko po Warszawie, ale także i po Polsce, w związku z czym, bezpieczna jazda 60 km/g zupełnie nie wchodziła w rachubę.

Dzięki mojemu zamiłowaniu do szybkiej jazdy, pierwszy mandat otrzymałam zaraz po wprowadzeniu w Polsce punktów i na 12 możliwych otrzymałam za pierwszym podejściem aż 9. Na pytanie Policjantów – dlaczego jechałam 135 km na godzinę na trasie z Warszawy do Białegostoku, odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą, że odkąd otrzymałam prawo jazdy jestem poza miastem po raz pierwszy i panicznie boje się jeździć po nocy. Obaj panowie ryknęli gromkim śmiechem, świecie przekonani, że sobie z nich żartuję, podczas gdy ja mówiłam świętą prawdę. Szczerze mówiąc po raz pierwszy moc silnika w Pontiaku wypróbowałam pewnej nocy z soboty na niedziele na pustym o tej porze Moście Generała Grota-Roweckiego, co o mały włos nie przyprawiło o palpitacje serca śpiącego na tylnim siedzeniu kolegi, który po przebudzeniu się zobaczył na niebie zamiast gwiazd błyszczące ciągłe linie J. Co innego jednak pusty most na rzece a co innego Polskie drogi, które mają wiele do życzenia i poruszanie się po nich w nocy, przynajmniej 20 lat temu, przypominało podroż ślepego kreta po wybojach.

Dopiero, kiedy przyjechałam do USA rozwinęłam skrzydła i mimo iż przesiadłam się ze sportowego samochodu do rodzinnego minivana, a następnie do SUV to jednak nadal brykam niczym dwuletnia klacz podczas Wielkiej Pardubickiej z tą tylko różnicą, że z Policjantami nie dyskutuje i grzecznie i z uśmiechem na twarzy przyjmuje mandaty. W rezultacie tylko raz w ciągu ostatnich 10-ciu lat udało mi się rozśmieszyć Policjanta, kiedy na pytanie:

  • Dlaczego jechałaś z prędkością 85 mil na godzinę? – odpowiedziałam z rozbrajającą szczerością:
  • I can hardy find a reasonable explanation (trudno jest mi się zdobyć na rozsądne wytłumaczenie). W sumie, co miałam mu powiedzieć? Ze się śpieszyłam na przedświąteczne zakupy do Outletow???

Dzięki kultywowanemu przez długie lata zamiłowaniu do prędkości udało mi się ustanowić osobisty rekord przejazdu na trasie Nowy Jork – Sarasota na Florydzie w zawrotnym czasie 17-tu godzin. Wprawdzie kolejne dwa dni spędziłam opalając się przy basenie z dala od cywilizacji, próbując z powrotem przepoczwarzyć się z szarej, cmentarnej strzygi w atrakcyjną kobietę. Jeżdżenie po autostradach w Stanach Zjednoczonych w porównaniu do poruszania się po drogach w Polsce stanowi czystą przyjemność i nawet nie będę sobie zawracała głowy rozwijaniem tego tematu. Warto jednak wspomnieć, że ostatnim etapem w udoskonalaniu umiejętności każdego kierowcy poruszającego się po Nowym Jorku jest jazda po Manhattanie i to nie tylko w godzinach szczytu. Osobiście doprowadziłam te umiejętność do perfekcji w imię teorii Darvina, że tylko najsilniejsze jednostki mają prawo przetrwania. Prawda jest taka, że Manhattan to „dżungla” i jeżeli nie udowodnisz taksowkarzom, że masz serce lwa i upór osła zostaniesz wdeptany w ziemie niczym konik polny podczas żniw. 

Z góry jednak uprzedzam, że mimo Ułańskiej Fantazji i zamiłowania do rozwijania dużych prędkości, nad wyraz sumiennie przestrzegam przepisów drogowych. Nie mam zwyczaju siedzenia nikomu na ogonie, grzecznie zjeżdżam z lewego pasa na środkowy – jeżeli ktoś odważy się jechać szybciej niż ja, używam wstecznego lusterka i bocznych do monitorowania sytuacji na tyle mojego samochodem i włączam kierunkowskazy, kiedy zmieniam pas lub skręcam, (co wśród amerykańskich kierowców jest rzadkością), czyli generalnie rzecz ujmując staram się nie być na drodze przeszkodą. Nie uważam też, żeby kobiety były gorszymi kierowcami od mężczyzn. Wręcz przeciwnie, na bazie własnego wieloletniego doświadczenia stwierdzam autorytatywnie, że największym zagrożeniem na drogach jest męskie „EGO”, dlatego też uważam, że ogromna rzesza mężczyzn powinna się przesiąść na hulajnogę. Niestety jest to marzenie ściętej głowy, dlatego też siedząc za kierownica klnę jak szewc (tylko i wyłącznie w samochodzie) odreagowując borykanie się na drodze z chmarami półgłówków. Na szczęście z tego, co zauważyłam nie jestem w tej kwestii wyjątkiem. Wiąże się z tym zresztą dosyć zabawna historyjka.

Pewnego dnia, moja dwuletnia wówczas córka Karolina, zapięta w krzesełku na tylnym siedzeniu samochodu dziadka jechała z moimi rodzicami w odwiedziny do cioci. Nagle, na ulicy Puławskiej, ktoś zajechał im drogę, co bardzo zirytowało mojego ojca, który wykrzyknął:

  • Gdzie masz oczy baranie! – W tym samym momencie z tylniego siedzenia doleciał słodki głosik mojego dziecka:
  • O kujwa!

Musze przyznać, że dzieci mają wyjątkowy talent do używania słownictwa, którego kompletnie nie rozumieją w jak najbardziej trafnych momentach. 

A teraz do rzeczy. Mój zdecydowanie przydługi wstęp jest preludium do wydarzenia, jakie miało miejsce podczas mojej ostatniej wycieczki, a które utwierdziło mnie w przekonaniu, że wielogodzinna podroż samochodem – podobnie zresztą jak spływ kajakowy – jest niewątpliwie najlepszym sposobem na przetestowanie trwałości związków. Jeżeli partnerzy przetrwają te próbę bez skakania sobie do gardła, oznacza to, że związek zbudowany jest na solidnych podstawach i ma prawo bytu🙂.

Na wycieczkę do Acadia National Park w Maine zapisałam się w czerwcu i czekałam na te wyprawę z niecierpliwością porównywalną do oczekiwania dzieci na prezenty od Świętego Mikołaja. W końcu nadszedł mój upragniony dzień i cała w skowronkach pojawiłam się o 6:05 rano przed wejściem do Restauracji Neptun na Astorii. Może gdybym wiedziała, co mnie czeka, łyknęłabym Prozak i niczym idealnie dobrany kwas z zasadą, pozostałabym zupełnie obojętna na wybryki kierowcy. Z Justinem umówiłam się na 6:30 rano, więc wysłałam mu SMS-a, że jestem już na miejscu, ale ma się nie śpieszyć, bo przyjechałam za wcześnie. Odpowiedział mi dopiero po 15 minutach, że będzie na czas z tym, że nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że chyba go obudziłam. Justin pojawił się na miejscu z 20 minutowym opóźnieniem i na dodatek zaparkował na tylach restauracji. Zdenerwował mnie nieco, bo wybieraliśmy się pod namioty, a nie do Spa Ireny Eris w związku z czym miałam ze sobą więcej niż jeden tobołek a na ośmiornicę nie wyglądam. W końcu doczłapałam się do samochodu, wrzuciłam mój sprzęt do bagażnika i nadal bardzo zadowolona z życia usiadłam obok kierowcy.

Mniej więcej po dziesięciu minutach kiedy mój radosny szczebiot zaczął odbijać się echem trafiając niczym groch o ścianę, zorientowałam się, że nie będzie to jedna z wielu odbytych przeze mnie podróży spędzanych na słuchaniu muzyki i przyjemnej pogawędce. Milczenie jest dla mnie jedną z nawiekszych tortur i niemal natychmiast zaczęłam żałować, że nie wzięłam ze sobą iPoda.  

W następnej kolejności mieliśmy odebrać Juddy z New Rochelle w Connecticut, ale zanim tam dojechaliśmy Justin zdążył się dwa razy zgubić mimo, iż kierował się GPS-em. Na szczęście Juddy wykazała się ogromną cierpliwością, bez dyskusji zapakowała swój potężnych rozmiarów plecak na tylne siedzenie samochodu, po czym usiadła obok niego i poinstruowała naszego kierowcę, że powinien teraz zjechać na lewy pas. Niestety manewrowanie na krótkim odcinku drogi najwyraźniej nie należało do jego mocnych stron w związku z czym skręcił w prawo z zamiarem zawrócenia. Kiedy przejechaliśmy w linii prostej trzecia przecznicę w końcu nie wytrzymałam i spytałam się Justina czy ma kłopoty z ponownym skręceniem w prawo czy też religia nakazuje mu skręcanie tylko i wyłącznie na światłach. Justin ocknął się z zamyślenia i na szczęście dla niego i dla nas, GPS przekalkulował nową trasę, dzięki czemu wreszcie udało się nam wjechać na autostradę.

Juddy po wymoszczeniu sobie na tylnym siedzeniu gniazdka spróbowała nawiązać przyjemna pogawędkę i bardzo byłam ciekawa, co na to Justin. Zastanawiałam się czy może tylko mnie traktuje jak piramidalna idiotkę, bo na wyprawę pod namioty zabrałam ze sobą włochaty kocyk ze wzorkiem leoparda, na który spojrzał z wyraźnym obrzydzeniem. Okazało się jednak, że generalnie Justin jest bardzo oszczędny w słowach i zniechęcona monologiem Juddy wreszcie skapitulowała. Pomyślałam sobie, że będzie to cholernie długa jazda. Gdybym wiedziała, że wypowiedziałam tę myśl w złą godzinę splunęłabym za siebie przez lewe ramie na siedzącą za mną Juddy, kichając na to, co sobie o mnie pomyśli.

Po pewnym czasie panująca w samochodzie grobowa cisza stała się równie dokuczliwa jak mroźne powietrze dolatujące z air-condition. Juddy ubrała się w ciepłą kurtkę, która wyciągnęła z plecaka natomiast ja zaczęłam tęsknić za moim kocykiem uwięzionym w bagażniku. W związku z tym, że żadna z nas nie odważyła się poprosić o włączenie radia, postanowiłam zamknąć oczy i zrelaksować się. Kiedy po chwili je otworzyłam okazało się, że chyba dokładnie to samo zrobił Justin bo gwałtownie zmieniliśmy pas i ze środkowego przecinaliśmy prawy kierując się na pobocze. Miotnełam się na moim siedzeniu jak piskorz co najprawdopodobniej spowodowało, że Justin się obudził i w ostatniej chwili uchronił nas przed śmiercią. Propozycję zamiany miejsc Justin jednak odrzucił.

  • Fuck! No to chyba jednak nie dojadę do tej Acadii – pomyślałam i trzeźwa jak świnia wpatrywałam się do końca wyprawy w drogę nie pozwalając sobie na odrobinę relaksu – Zrelaksuję się na tamtym świecie.

Z braku innej rozrywki przypatrywałam się okolicy i z przerażeniem stwierdziłam, że jeżeli nawet uda się nam dojechać do Maine to na pewno nie wcześniej niż przed Świętami Bożego Narodzenia. Justin jechał z prędkością 55 do 60 mil na godzinę na autostradzie, na której dozwolona prędkość była 65 przy czym niepisane prawo zezwalało na poruszanie się z prędkością 75 mil na godzinę. Rowerzyści nie mijali nas tylko i wyłącznie dlatego, że nie mają prawa korzystania z autostrady. Na dodatek Justin miał nieznośny zwyczaj siedzenia na ogonie innych samochodów i z upodobaniem godnym podziwu trzymał się głównie ciężarówek, które utrudniały mu widoczność. Dzięki temu studiując reklamę na tylnych drzwiach jednej z ciężarówek dowiedziałam się, że szprotki w puszce mogą być w oleju, w śmietanie, w zalewie własnej, w sosie curry, w sosie pomidorowym itd. Nagle moje studia przerwał irytujący głos kobiety dobiegający z GPS-u, która poinformowała nas, że powinniśmy skręcić na 7-ym zjeździe po czym z przerażeniem przyglądałam sie jak Justin trzymając się z uporem maniaka kupra ciężarówki, zjeżdża właśnie z autostrady na zjeździe numer 6.

  • Ja tu chyba zwariuje – pomyślałam nieśmiało i z całej siły starałam się nie wybuchnąć. Gdybym miała pod ręką kopystkę niewątpliwie zdzieliłabym go po tym pustym łbie. W tym tempie i przy takiej ilości błędów mamy szanse dotrzeć do Maine na Wielkanoc.  

To co działo się w tym momencie w mojej duszy trudno jest opisać, ale biorąc pod uwagę mój długi wstęp, łatwo jest czytelnikom wyobrazić sobie jakie przechodziłam katusze. Gdyby za kierownicą siedział mój chłopak zrobiłabym mu taka scenę, która kwalifikowałaby się do nagrody Oskara w dziedzinie Soap Opera, a która definitywnie zakończyłaby nasz związek. Niestety obok mnie siedział facet, którego widziałam po raz pierwszy w życiu na oczy i wrodzone dobre wychowanie kazało mi trzymać mój temperament na wodzy. Gdyby jednak można było plastycznie opisać stan mojej duszy, z uszu wydobywałby mi się dym, zionęłabym ogniem a przekrwione oczy pałałyby mi nienawiścią i żądzą krwi. Nadal jednak siedziałam grzecznie jak trusia.

Wreszcie po południu, kiedy udało się nam przekroczyć granicę Maine, Justin wyraził ochotę zrobienia przerwy w nadmorskim miasteczku Freeport gdzie znajdował się największy w USA sklep LL Bean. Zajęłam się więc wyszukiwaniem na Internecie adresu i zlokalizowaniem sklepu na mapie. Po wyjściu z samochodu, zarządziłam 20 minut przerwy, ustaliłam miejsce zbiorki i uciekłam gdzie pieprz rośnie w celu zregenerowania mocno nadszarpniętych nerwów. Po 20 minutach spotkaliśmy się przed wejściem do sklepu po czym Justin zniknął nam z oczu. Ani ja ani Juddy nie miałyśmy kluczy do samochodu i zgubienie się w zaistniałej sytuacji nie było w planie wycieczki. Na szczęście Juddy przypomniała sobie, że Justin planował zrobić sobie zdjęcie na tle ulicy z jego imieniem. Dzieki temu wkrótce znalazłyśmy go na rogu, bezradnie zastanawiającego się jak zrobić sobie zdjęcie bez proszenia o pomoc przechodniów. Wzięłam od niego kamerę, pstryknęłam mu dwie fotki po czym Justin nie oglądając się za nami pognał z powrotem w kierunku sklepu a my niczym dwie kaczuszki podążyłyśmy w kurcgalopakach za napuszonym kaczorem. W końcu pod wieczór udało się nam dojechać do Centrum Turystycznego w Parku Narodowym Acadia, które było już niestety zamknięte. W niedługim czasie okazało się, że Justin wydrukował sobie mapę … ale tylko i wyłącznie do Bar Harbor, pomijając namiary na pole namiotowe. Nawet nie próbowałam zrozumieć logiki jego myślenia coraz bardziej zirytowana i umordowana długą jazda. Na wyspie nie działał Internet, więc możliwość skorzystania z Google maps zdechła śmiercią naturalną. Okazało się również, że nie wolno dotykać GPS-u Justina, nie należy pytać przygodnych przechodniów o drogę i wyglądało na to, że będziemy się tak miotać aż spadną liście z drzew i może dopiero wtedy przez gołe krzaki dojrzymy z drogi namioty. Niestety w tym momencie, po 12 godzinach katorżniczej jazdy puściły mi już nerwy i warknęłam na Justina, który spłoszył się jak ratlerek natomiast sama bliska płaczu kipiałam z bezsilnej wściekłości. W końcu z głupia frant przez ślepy przypadek wjechaliśmy na tablicę z napisem Woodblock Campsite. Po dojechaniu na miejsce wyprysnęłam z samochodu niczym pestka z cytryny i tak jak stałam pognałam na moje miejsce na polu namiotowym rzucając się w ramiona zaskoczonego organizatora, który notabene znał mnie – podobnie jak ja jego – tylko i wyłącznie ze zdjęcia na stronie Meetup.com. Z miejsca zakomunikowałam, że przeżyłam załamanie nerwowe i natychmiast potrzebuje mocnego Dirty Martinii. Kiedy dowiedziałam się, że za chwile wszyscy jada na oglądanie zachodu słońca na szczycie góry Cadillac, w 5 pięc minut rozstawiłam mój namiot, wrzuciłam do niego wszystkie graty i w zupełnie nowym towarzystwie opuściłam toksyczny teren przysięgając sobie, że prędzej wrócę do Nowego Jorku pieszo niż zdecyduję się na ponowną powtórkę z rozrywki. Natomiast na moje stwierdzenie, że Justin musi pracować dla rządu skoro tak skrupulatnie przestrzega prawa drogowego, Glenn parsknął śmiechem potwierdzając, że w rzeczy samej Justin jest prawnikiem, który pracuje dla New York Depratment of Parks. Czyli dobrze go oceniłam.

A na koniec pobytu, fortuna uśmiechnęła się do mnie i nie dość, że wracałam w wyśmienitym towarzystwie, przez całą drogę słuchając muzyki i prowadząc interesujące dyskusje na tematy mesko-damskie, to jeszcze Matt pozwolił mi usiąść za kierownica jego Porsche i poprowadzić przez reszte drogi do Nowego Jorku. Dzięki wspólnym wysiłkom, cała w dzwonkach i skowronkach :) pod drzwi domu dojechałam w 9 godzin,.

Morał tej historii jest taki, że niezależnie od okoliczności, jeżeli para nie zgadza się ze sobą pod względem dynamiki – nie ma takiej siły na niebie i na ziemi, która byłaby w stanie utrzymać ich związek w zgodzie. Dlatego nie wierzę w to, że ludzie dobierają się w pary na zasadzie różnic charakteru. Warto zatem spróbować wybrać się w długą podróż samochodem przed wypowiedzeniem sakramentalnego „TAK.”

Alicja

3 responses to “Kobiety, Mężczyźni i samochody

  1. Tekst o hulajnodze jest wyczesany!
    Cóż, będę pamiętać, żeby ewentualnego kandydata na męża zabrać w długą podróż – zbadam jego charakter.:D
    A tekst jest super.:)

    • Dziekuje,
      Idealnym sposobem na „zapoznanie sie” jest rowniez splyw kajakowy🙂 Podczas kolacji w Bar Harbor wpadlismy na ten temat po wspolnej wyprawie po Frenchman Bay. Wszyscy zgodnie uznali, ze Jeanette i ja bylysmy tak zsynchronizowane, jakbysmy trenowaly na Olimpiade. Tajemnica tkwila w tym, ze obie doskonale plywalysmy na kajakach i rozumialysmy sie bez slow. No i zaraz wszyscy zaczeli opowiadac ilu znajomych zakonczylo zwiazek podczas podrozy samochodem albo wyprawy na kajakach🙂. Zwiazek jednej pary rozpadl sie nawet przy remoncie kuchni :)))) You never know🙂
      Sama wscieklam sie kiedys na ex-boyfrienda, ktory nigdy nie byl na Whitewater Rafting i niczym typowy samiec probowal przejac „dowodztwo” az mu wreszcie udowodnilam, ze nie ma racji i sie uspokoil. Niestety przy nastepnej wyprawie na kajakach, popelnilam blad i odplynelam od brzegu czekajac na dwa kajaki z moimi przyjaciolkami na wodzie. Poradzil im przesunac sie na sam przod kajaka (dzieki czemu woda wlewala sie do niego kublami) – o zgrozo -dzieki czemu na pierwszych „rapids” 100 metrow od brzegu cala czworka znalazla sie pod woda w miejscu gdzie rzeka byla zbyt gleboka, aby udalo im sie odwrocic je do gory nogami🙂 Mozesz sobie tylko wyobrazic jaka mu zrobilam awanture – kobieta jest w stanie wybaczyc mezczyznie absolutnie wszystko … oprocz glupoty! Mezczyzni – przyznaje, ze nie wszyscy🙂 maja powazny problem z zaakceptowaniem faktu, ze kobiety bywaja lepsze w niektorych dziedzinach🙂 i dzieki temu zwiazek jest duzo ciekawszy🙂
      Mnie na przyklad bawi to, ze mezczyzni so ode mnie w czyms lepsi bo dzieki temu probujac im dorownac, podnosze wlasna poprzeczke🙂
      Pozdrawiam,
      Alicja

  2. Pamiętam tą podróż Porsche🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s