Kartka z pamiętnika narkomanki

images-1

Otworzyłam oczy i natychmiast mój wzrok utkwił na biegnącej po suficie – w iście świńskim pędzie – stonodze, która zupełnie nie wiadomo dlaczego wybrała sobie na poranny jogging obszar położony dokładnie nad moja głowa. Wyprysnęłam z łóżka niczym korek od szampana i dokładnie w tym samym momencie złapałam się za plecy.

  • Cholera jasna! – krzyknęłam i zastygłam w bezruchu z przerażeniem czekając na kolejną falę bólu, która na szczęście nie nadeszła.

Cała akcja trwała nie więcej niż dwie sekundy, dlatego też, jakie było moje zdziwienie kiedy podniosłam wzrok i na suficie nie dojrzałam nawet śladu po gigantycznych rozmiarów robalu. Kompletnie zbita z pantałyku i pełna nieufności powoli podeszłam do łóżka, przyjrzałam się jeszcze raz całej powierzchni sufitu, przeanalizowałam dokładnie każdy centymetr kwadratowy ściany za wezgłowiem łóżka po czym z przerażeniem doszłam do wniosku, że albo miałam zły sen, który rozwiał się o jedna sekundę za późno, albo zaczynam mieć pierwsze oznaki narkotycznych wizji. Może Franz Kafka podświadomie napisał „Metamorphosis” z myślą o mnie. A ja nie cierpię karaluchów … „water bugs” też nie!

Z długiego weekendu pod namiotami w okolicy Finger Lakes w Stanie Nowy Jork wróciłam w nocy z niedzieli na poniedziałek i mimo późnej godziny, wypełniona byłam po brzegi radosną euforią. W poniedziałek rano nigdzie się nie spieszyłam z góry przeznaczając ten dzień na trywialne domowe zajęcia jak pranie i sprzątanie oraz przygotowania do kolejnej wycieczki, tym razem do New Hampshire. Głównym celem mojej wyprawy na 4th of July miała być wspinaczka na jeden z najbardziej kapryśnych szczytów górskich – Mt. Washington. Kiedy okazało się, że zabrakło mi proszku do prania, otworzyłam szafę i pochyliłam się żeby sięgnąć po leżące w kącie buty kiedy nagle poczułam dotkliwy ból w kręgosłupie. Zastygłam w bezruchu czując jak ogarnia mnie paraliżujący strach, który w miarę upływu lat konkurował z narastającym na sile  nerwobólem natomiast wizja wyprawy do New Hampshire w jednym momencie pękła niczym bańka mydlana.

Ten kto nigdy nie doświadczył bólu kręgosłupa nie ma bladego pojęcia co to jest ból. Poród przy tym to mięta z bobrem. Wymądrzam się, bo przeżyłam i jedno i drugie, pierwsze na szczęście tylko raz podczas gdy drugie niestety więcej razy niż bym sobie tego życzyła i w związku z tym w kwestii bólu kręgosłupa mogę się oficjalnie uznać za weterankę. W efekcie zamiast się pakować na następną wycieczkę, zapakowałam się do łózka i mniej więcej w tej pozycji spędziłam cały następny tydzień. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Przez pierwsze dwa dni z braku „mocniejszych” lekarstw szprycowałam się ogólnie dostępnymi środkami przeciwbólowym. Zadzwoniłam do mojego lekarza, specjalisty od schorzeń kręgosłupa i dowiedziałam się, że nie ma go w pracy i będzie dopiero w następny poniedziałek. No cóż, 4th of July ma dokładnie taki sam ciężar ważności w USA jak w Polsce 3-ci Maja i nie ma to absolutnie nic wspólnego z wydarzeniami historycznymi🙂 – w końcu gdyby miał wszyscy udaliby się na pielgrzymkę do Philadelphii a nie na wyspy Bahama. Tak więc pogodzona ze smutna rzeczywistością starałam się nie wykonywać gwałtownych ruchów i tak zahibernowana wytrzymałam aż do środy. Krótko po północy, dokładnie w rocznice podpisania Deklaracji Niepodległości zadzwoniłam po pogotowie. Niestety odmówiono mi przewiezienia na Manhattan do szpitala przy NYU gdzie byłam „stałym gościem” z obszerną kartoteką i suma summarum wylądowałam w lokalnym szpitalu na Staten Island. Lekarz pochodzenia hinduskiego obejrzał mnie pobieżnie, wyczuwając prawdopodobnie z mojego wrogiego nastawienia, że jeżeli tylko każe mi robić fikołki niewątpliwie złamię mu kark po czym przepisał mi doustnie tabletki rozkurczowe i morfinę dożylnie. Kiedy pielęgniarka założyła mi IV i wstrzyknęła mi narkotyk pomyślałam szybko, że jeżeli nie zabił mnie ból kręgosłupa to z całą pewnością umrę od przedawkowania morfiną. Czułam jak wędrujący z krwią płyn wypala mi żyły i z ogromnym trudem zaczęłam łapać powietrze. Lekarz niewątpliwie z lekka przedobrzył próbując pozbyć się mnie szybko ze szpitala, bo parę minut później pojawił się w pokoju oznajmiając mi, że wypisze mi dwie recepty na Vicodin i Robaxin i natychmiast kiedy poczuje się lepiej mam sobie iść. Problem polegał jednak na tym, że ból nadal nie ustępował. Z drugiej jednak strony i tak był bardzo miły bo kiedy znalazłam się w dużo gorszej sytuacji na polu golfowym w Vermont i nie byłam w stanie się ani ruszyć ani oddychać, lekarz w lokalnym szpitalu w Burlington, dokąd zostałam przewieziona, przystojny niczym Apollo i zadufany w sobie niczym Narcyz tkwił w świętym przekonaniu, że udaję ból i prawdopodobnie przyszłam do szpitala tylko po to aby spoglądać w głęboką otchłań jego błękitnych oczu. Dopiero kiedy stał się mimowolnie naocznym świadkiem kolejnego spazmu, uwierzył wreszcie, że nie jest przedmiotem moich westchnień i że jednak nie udaję.

Tak więc leżałam sobie w pokoju szpitala na Richmond Hill cała zestresowana bo z jednej strony ból nie ustępował a z drugiej strony czułam się jak „persona non grata.” To, że miałam ubezpieczenie i to najlepsze z możliwych nie miało najmniejszego znaczenia – w szpitalu byłam intruzem. W końcu zniecierpliwiony lekarz przepisał mi doustnie Perkozet po którym zrobiło mi się niedobrze, pielęgniarka wręczyła mi recepty i wypis ze szpitala i około trzeciej nad ranem, zataczając się niczym pijany zając opuściłam Emergency Room. W poczekalni zadzwoniłam po Taxówkę, która na szczęście przyjechała po 5 minutach i jadąc do domu modliłam się żeby narastające mdłości nie dopadły mnie w samochodzie. Opatrzność wysłuchała moich błagań i mdłości dopadły mnie dopiero w korytarzu na moim piętrze. Następnego dnia, pół przytomna z bólu i odurzenia narkotykowego udałam się do apteki, zrealizowałam obie recepty i tak w kompletnym otumanieniu przetrwałam do niedzieli.

W poniedziałek rano otworzyłam oczy i zobaczyłam na suficie robaka co spowodowało, że poderwałam się z łóżka kompletnie zapominając o tym, że mam nie wykonywać gwałtownych ruchów i nie popadać w narkotykowe szaleństwo. Do pracy udało mi się dotrzeć bez większych przygód i w pierwszej kolejności zadzwoniłam do mojego lekarza żeby umówić się na wizytę. Okazało się, że wszyscy pracownicy są na szkoleniu i operatorka wyraziła głęboką wątpliwość czy ktoś do mnie dzisiaj oddzwoni. Wściekłam się niczym osa, bo co to za skończony kretynizm, żeby w szpitalu wysyłać wszystkich pracowników biurowych na szkolenie w dokładnie tym samym czasie. Tak więc wyłączyłam komputer i zdecydowana obciąć uszy każdemu kto stanie mi na drodze udałam się na Upper East Side na spotkanie z moim lekarzem. Poczekalnia okazała się kompletnie pusta i ku mojemu niebotycznemu zdziwieniu zostałam przyjęta od ręki. Z góry oświadczyłam, że na narkomankę się nie nadaję, chce epidural i to jak najszybciej a w miedzy czasie chce przejść na Lyrike – jedno z nowszych odkryć farmaceutycznych – lek, który powoduje odcięcie przepływu informacji o bólu do mózgu. Nie interesują mnie środki uboczne, najważniejsze, że nie otumania.

W następnej kolejności udałam się do rejestracji gdzie bardzo miła Pani zapisała mnie na zabieg w najbliższy piątek i wyraziła głębokie ubolewanie, że nie zadzwoniłam w ubiegłym tygodniu bo moim stanie mogłam przyjść na zabieg w ostatni piątek. Odpowiedziałam jej, że owszem dzwoniłam, powstrzymałam się jednak od wyrażenia mojej opinii o poziomie inteligencji recepcjonistki, która oświadczyła mi, że lekarza nie ma i nie będzie. Mając głęboką nadzieje, że to koniec serii niefortunnych wydarzeń udałam się z powrotem do biura zostawiając receptę na Lyrike w pobliskiej Aptece. Jakie było jednak moje zdziwienie kiedy przy odbiorze leku, farmaceutka poinformowała mnie, że ubezpieczenie nie pozwala jej zrealizować mojej recepty traktując ją jako ‘refill” a nie nowe zamówienia. Podała mi numer telefonu pod który mam zadzwonić, gdzie podadzą mi adres pod który mam wysłać receptę i dopiero wtedy ubezpieczenie wyśle mi lekarstwo. W tej sytuacji pacjent po to aby uśmierzyć bol, nadal skazany jest na branie narkotyków, które zresztą Apteka wydaje na receptę ze śpiewem na ustach, natomiast lek, który nie jest w najmniejszym stopniu środkiem uzależniającym stał się niedostępnym „High Comodity.” Tak wiec jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek uważał, zresztą bezpodstawnie, że amerykański system ubezpieczenia i leczenia oraz służba zdrowia jest na wysokim poziomi powinien udusić się własnymi słowami.

Może rzeczywiście jest dużo prawdy w znanym polskim powiedzeniu: „gdyby kózka nie skakała to by nóżki nie złamała.” Może sama jestem sobie winna, że zawsze prowadziłam nad wyraz aktywny tryb życia. Może nie powinnam była od małego biegać wszędzie jak szatan, skakać po drabinkach na podwórku niczym małpa, zwisać z trzepaka niczym nietoperz (przy czym sama pamiętam, że udało mi się z niego spaść kilka razy na plecy) jeździć konno (tu też się nie obeszło bez wypadków J), pływać na windsurfingu, który przy silniejszych podmuchach wiatru wyrywał mi ramiona ze stawów, jeździć na nartach a w szczególności na snowboardzie, dzięki któremu uszkodziłam sobie kręgi szyjne ani też nie grać w golfa dzięki, któremu przez lata skręcałam kręgosłup w nienaturalna spiralkę na kształt informacji zawartej w kodzie genetycznym. A już w szczególności nie powinnam była pracować jako stewardessa, która niczym mitologiczny Syzyf pokonywała miliony kilometrów w podniebnej przestrzeni pchając pod górę wózek z napojami i jedzeniem lub walcząc z pasażerami, którzy wkraczali na pokład samolotu z ledwością ciągnąc swój „podręczny” bagaż w naiwnym przeświadczeniu, że członkowie załogi z lekkością baletnicy wrzucą „niewinnych rozmiarów tobołek” przypominający do złudzenia słonia uprawiającego seks z hipopotamem na półkę ponad ich głowami. Może rzeczywiście gdybym była mniej rozpasana i spędzała życie przed ekranem telewizora oglądając jeden za drugim seriale telewizyjne przeplatane występami politycznych patafianów, moja szansa na dożycie do 70-tki bez schorzeń kręgosłupa uległaby zdecydowanej poprawie. Tak się jednak składa, że niczego nie żałuje, bo nie przeżyłabym w życiu ani tyle przygód ani też nie dorobiłabym się tak pokaźnego grona czytelników bo w końcu o czym miałabym pisać zamknięta w czterech ścianach i wpatrzona bezmyślnie w wypełnione plazma elektroniczne okno na świat? Może zatem jednak warto żyć krócej, ale za to intensywnie?

To tak jak w jednej z moich ulubionych piosenek grupy Three Days Grace:

I rather feel pain than nothing at all!

Alicja

8 responses to “Kartka z pamiętnika narkomanki

  1. Agnieszka Bolimowska

    Kochana, śmiem twierdzić, że siedząc całe życie przed telewizorem, w chwili obecnej nie byłabyś w stanie, bez zadyszki, zawiązać butów, nie wspominając już o innych akrobacjach!🙂 A zamiast mózgu miałabyś papkę naszpikowaną durnymi, telenowelowymi dialogami🙂 A tak – widzisz co się dzieje – żyjesz🙂 I sprawiasz, że inni uśmiechają się czytając Twoje „sprawozdania z życia”🙂 A tak na marginesie: ja też aktywna życie całe, gdzie mogłam tam zwisałam, biegałam, uczestniczyłam itp. – o ciele przypominałam sobie gdy zabolał ząb. I przyszedł dzień nieunikniony i przekroczyłam magiczny próg – 40 lat. I nagle olśnienie! Mam ciało! Wow! Kręgosłup! (szczególnie odcinek lędźwiowy), kark, ramiona! Kolana! Hm…no cóż ciało się zużywa, jak każde ubranie🙂 Dobrze, że to co najważniejsze jest bezpiecznie schowane i o zużyciu choćby w najmniejszej formie nie ma mowy🙂 Można tylko powodować, ze będzie coraz piękniejsze, coraz radośniejsze, coraz młodsze🙂 I to jest piękne!🙂

    ps.
    na kręgosłup jogę polecam – cuda działa🙂 a na odcinek lędźwiowy (krzyż) stare dobre brzuszki🙂 Ja już zapomniałam co to ból krzyża🙂❤

    • Czesc Agnieszka,
      Jak zwykle uwielbiam czytac twoje komentarze🙂 Ja niestety jak zawsze jestem najbardziej skomplikowanym przypadkiem i mam nie tylko wysuniety dysk na odcinku ledzwiowym ale takze zwapnienie 3 kregow – na operacje sie nie kwalifikuje bo jestem „ZA MLODA!!!” – chyba powinnam sie z tego ucieszyc🙂 lol

      Najbardziej wkurza mnie jednak to, ze wlocze sie po gorach, wspinam sie po skalach, jezedze na rowerze gorskim po wybojach jak szatan, skacze ze skarpy do rzeki i nic!!! A wystarczy, ze sie nachyle po glupie klapki, albo wycieram wlosy recznikiem albo co gorsza stoje na jednej nodze probujac wlozyc na druga gacie i natychmiast moj kregoslup pokazuje fanaberyjna nature. Koszmar!!!

      Ale masz racje, najwazniejsze, ze to co najistotniejsze jeszcze dziala i matce naturze dziekuje za to, ze oprocz nadpopudliwosci wyposazyla mnie rowniez w niezwykle poczucie humoru, ktore pozwala mi spojrzec na siebie sama i moje wlasne ulomnosci z usmiechem 

      Caluski,
      Alicja

  2. Alicia, Ty to masz talent !!!

  3. Klaudia,
    Bardzo mnie zmartwilas – z tego co pamietam ostatni facet, ktory mial niezaprzeczalny talent zmarl w biedzie …🙂 A teraz jakis bogaty Japonczyk trzyma jego „Sloneczniki” w sejfie …
    Caluski,
    Alicja

  4. Uwielbiam cie superbabo🙂. Zrobilas najlepszy, mozliwy uzytek ze swojego przykrego doswiadczenia. Super to opisalas. Kronika jest ostra, dosadna i ….na temat. WOW.
    Pisz, pisz superbabo nie ustawaj. Kiedys cie wydamy i bedziesz slawna🙂.
    W zasadzie nie jest to zart. Jestes inspiracja dla innych kobiet. Juz ci to mowilam. Jestem twoim fanem i sledze twoje poczynania te fizyczne i intelektualne. Masz niesamowita „pare” i potrafisz sie zmobilizowac w najtrudniejszych sytuacjach do czegos pozytywnego/konstruktywnego. Jestes niesamowita!
    Pozdrawiam cie
    Violetta
    PS Zainspirowana twoimi wczesniejszymi wyczynami rzucilam sie na rower i jezdze po Sztokholmie🙂

    • Cześć Violetta,
      Bardzo ci dziękuje za tak pochlebny komentarz🙂 Strasznie sie cieszę, ze moje wypociny, nawet te tragi-komiczne, ciagle bawią moich czytelników🙂
      Bez cienia zarozumialstwa, natchniona twoim i innych czytelniczek komentarzem, stwierdzam, ze jedna z moich najwiekszych zalet jest zdolność odnajdywania pozytywnych stron w negatywnych wydarzeniach🙂 Niestety tej cechy nie wysysa sie z mlekiem matki – tego człowiek uczy sie od życia🙂
      Bardzo jestem z Ciebie dumna, ze wskoczylas na rowerek – bardzo jesteś dzielna – tak trzymać – Sztokholm jest pewnie jeszcze piękniejszy z poziomu siodelka🙂
      Pozdrawiam,
      Alicja

  5. Jestem z ciebie tez dumna! .-). Dzisiaj rozglosilam po kolezankach ze maja sie do ciebie zglosic na blogu. Te znajome ,ktore moim zdaniem, podobnie mysla i odczuwaja jak ty, dostaly wiadomosc zeby stac sie twoimi czytelniczkami. Nie zdajesz sobie sprawy ze piszesz dla o wiele wiekszej rzeszy kobiet niz ci sie wydaje. Jest nas wiecej, duzo wiecej. Wyemancypowanych, niezaleznych, niesfornych, z duzym poziomem humoru i IQ. Ty bedziesz nasz BLOGINIA! Taka boginia på 40-stce w wysokich szpilkach na krawedzi.:-). Tak sie rodzi MIEDZYNARODOWA: GIRL POWER! Ja odpowiadam za Szwecje.

  6. Zapomnialam dodac: Dla tych z niewygaszacym apetytem na zycie. Prawda siostrzyczki :-)?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s