Przygoda w górach Catskills – Część 2

923248_632242683470313_1080402212_n

Po przekroczeniu 3.500 stóp natknęliśmy się na resztę grupy, która schroniła się przed wiatrem i śniegiem w zagłębieniu skalnym. Wkrótce dogonił nas Jesse, któremu nie udało się odnaleźć Andrei i w związku z tym zaczęliśmy się zastanawiać kto z nas powinien zawrócić na parking ponieważ poruszając się w tak ekstremalnie wolnym tempie nie miała żadnych szans na ukończenie wspinaczki szczególnie, że warunki pogodowe zmieniały się na gorsze z minuty na minutę. W rezultacie Duży John, członek mojej załogi zgłosił się na ochotnika. Zgodnie z planem miał odnaleźć Andreę, zabrać ją do samochodu i spotkać się z nami na parkingu przy zejściu ze Slide Mt. Przyszłość miała pokazać, że seria niefortunnych przypadków odwróciła cały plan do góry nogami. Tak więc Duży John skierował się w dół szlaku a my podążyliśmy za Jesse na szczyt Wittenberg.

Na samym szczycie góry warunki pogodowe uległy drastycznej zmianie. Widoczność była bardzo ograniczona, sypał śnieg i ze wszystkich stron wiał lodowaty wiatr. Wszyscy jednogłośnie zdecydowaliśmy, że nie ma czasu na odpoczynek i jedynym sposobem na unikniecie hipotermii jest energiczne poruszanie się do przodu. Wykorzystując krótką chwile przerwy szybko ściągnęłam rękawiczki, wyciągnęłam z plecaka bluzę, która już zdążyła nawilżeć, narzuciłam na głowę kaptur, zapięłam szczelnie kurtkę po czym ponownie spróbowałam nałożyć rękawiczki – niestety bezskutecznie. Po plecach przeleciał mi zimny dreszcz a przed oczami przegalopowała mi niczym stado reniferów wizja odmrożonych dłoni. Zmobilizowałam wszystkie siły, zwinęłam dłonie w pieści i na siłę wepchnęłam je do środka mokrych rękawiczek. W powietrzu unosiła się przerażająca woń nawarstwiającej się atmosfery horroru. Odepchnęłam od siebie złe myśli, zarzuciłam na plecy plecak i ruszyłam za wszystkim wzdłuż czerwonego szlaku na kolejny szczyt: Cornell.

Droga prowadząca przez gesty las chroniła nas przed brutalnymi powiewami wiatru. Na szczęście szlak był bardzo łagodny i pozwolił nam na zregenerowanie sił, aż do momentu kiedy wszyscy stanęliśmy przed pionową skalą z niezbyt szerokim pionowym pęknięciem. Spojrzałam na stojącego na samej górze Grega, który wciągał po kolei każdego uczestnika i pomyślałam, że to się chyba nie dzieje na prawdę. Miesiąc po operacji ramienia nie mogłam sobie jeszcze pozwolić na takie akrobacje, dlatego zresztą zapisałam się na wspinaczkę po górach a nie dyndanie się jak małpa na skałach. Niestety w tej sytuacji nie było już odwrotu – jedyna droga prowadziła tylko do przodu. Wcisnęłam się więc miedzy skały, podałam mu lewą rękę błagając go żeby mi jej przypadkiem nie wyrwał z ramienia i nagle niczym puch marny uniosłam się w powietrzu wyniesiona na wysokość dwóch metrów przez umięśnionego potomka greckich Tytanów. Lekko oszołomiona, spojrzałam za siebie na pozostałych uczestników wycieczki po czym na Jesse i zapytałam się go czy powinnam się spodziewać więcej niespodzianek w podobnym stylu. Jesse zapewnił mnie, że na szczęście ta przeszkoda była najgorsza. Niestety już wkrótce przekonałam się, że był w błędzie.

Dotarcie na sam szczyt Cornell nie było wielkim wyczynem ponieważ różnica poziomów pomiędzy Wittenberg a Cornell nie była aż tak ogromna. Przedzieraliśmy się przez gesty las, który wyglądał niczym z bajki o Hobbicie. Soczysta zieleń liści zwiniętych pod wpływem zimna kontrastowała z uginającymi się pod ciężarem śniegu gałęziami, które tworzyły ponad naszymi głowami bajeczne tunele. Po dotarciu na szczyt góry, Jesse machnął ręką gdzieś na lewo informując nas, że w tamtym kierunku jest taras widokowy, ale szalejąca dookoła burza śnieżna uniemożliwiała doświadczanie jakichkolwiek wrażeń estetycznych. W obecnych warunkach jedyne na czym tak na prawdę zależało wszystkim uczestnikom wyprawy było przetrwanie.

2013_Catskills.12

Powoli zaczęliśmy schodzić z góry i zgodnie z informacją jaką na odchodnym rzucił nam Jesse mieliśmy dalej trzymać się czerwonego szlaku, który obniżał się o 600 stop. Znowu zostaliśmy we czwórkę: Sergio, Marina, Mały John i ja przy czym ci ostatni wyglądali jak obraz nędzy i rozpaczy. Przemoczeni do szpiku kości w mokrych ubraniach i butach kompletnie nie przystosowanych do wspinaczki, czerwonych policzkach, zmarzniętych rękach i przemoczonych włosach jednak nadal uśmiechnięci i pełni wigoru. Uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam energicznie do przodu. Jedyna myśl, która podtrzymywała nas na duchu to fakt, że nieco niżej temperatura powinna być dużo wyższa.

Schodzenie ze zbocza góry wcale nie jest aż tak relaksujące jakby się mogło wydawać. Wymaga dużo większej koncentracji i wysiłku polegającym na utrzymaniu równowagi przy pląsaniu jak sarenka na śliskich kamieniach i konarach drzew, które są najbardziej zdradliwe, próbując jednocześnie uniknąć przemoczenia butów w piętrzących się dookoła kałużach. Po dotarciu do kolejnego punktu gdzie czekał na nas Jesse czułam, że mam kompletnie przemoczone buty a z rękawiczek ściekała mi strumieniami woda. Nie byłam głodna, ale czułam, że powinnam coś zjeść żeby zregenerować siły, tym niemniej perspektywa sciągania rękawiczek i grzebania w mokrym plecaku spowodowała, że wolałam jeszcze trochę pocierpieć. Sergio zaoferował mi swoje rękawiczki, ale podziękowałam.

Jesse poinformował nas, że jest to ostatni etap wyprawy: przed nami piętrzyło się najbardziej strome podejście na Slide Mt. – 900 stop pod górę. Powoli czułam, że ucieka ze mnie energia. Każdy wolałby najtrudniejszy etap mieć za sobą na samym początku wyprawy, ale niestety Wittenberg-Cornell-Slide Mt.. w tej konfiguracji stanowiły kompletna odwrotność moich oczekiwań. W pewnym momencie dotarliśmy do kolejnej pionowej ściany z tym, że tym razem pękniecie było wertykalne i znajdowało się mniej więcej na wysokości mojej głowy. Sergio wspiął się pierwszy natomiast Mały John ruszył za nim. Miał czerwone od zimna ręce, które co chwila zacierał co uniemożliwiało mu wspinaczkę natomiast Marinaa co chwila potykała się o plączącą się pomiędzy nogami pelerynę.

Przyjrzałam się dokładnie skale i kilku małym wgłębieniom i przenosząc ciężar ciała na lewa stronę aby ochronić prawe ramie podciągnęłam się do góry. Przed sobą do przejścia miałam dwa metry opierając się na pionowej skale, której wystająca półka miała szerokość nie większą niż 4 cm.

  • What the Fuck am I doing here? – pomyślałam. Czułam, że powoli wysiadam psychicznie. Najgorsze było jednak przed nami.

Po wdrapaniu się na szczyt skały, Mały John poprosił Sergio o rękawiczki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejściu kilkuset metrów zerwała się burza śnieżna. Wiatr uderzał nas po twarzach, stopy marzły nam w mokrych butach a my brnęliśmy przez coraz głębsze zaspy podążając za pozostawionymi w śniegu śladami stóp grupy wspinającej się przed nami. Nagle idący przede mną Mały John oznajmił nam ze zdziwieniem, że skończył się szlak. Rozejrzałam się dookoła i z przerażeniem stwierdziłam, że rzeczywiście nie ma śladu czerwonych oznaczeń na drzewach. Staliśmy nad brzegiem potoczku, który spływał z pionowej skały w postaci niewielkiego wodospadu. Mały John i Marina zdecydowali się wspiąć pod górę podczas gdy ja z całych sił próbowałam ich przekonać, że to niemożliwe żeby szlak górski prowadził w górę rzeki. Sergio zdecydował się podążyć za nimi natomiast ja nie chcąc zostawać z tylu wybrałam inna alternatywę. Brnąc przez zaspy śniegu, który wdzierał się brutalnie pod nogawki spodni i rękawy kiedy kurczowo łapałam się gałęzi próbując podciągnąć się o kolejnych parę centymetrów na śliskim zboczu góry czułam się jak Baska Wołodyjowska uciekająca przed hordą tatarską Azji Tuchajbejowicza🙂. W końcu brak jakichkolwiek śladów na górze przekonał ich, że jednak musimy zawrócić.  Ostatecznie okazało się, że szlak znajdował się trzy metry od strumyczka prowadząc w górę pionowego zbocza.

2013_Catskills.36

Przez następnych kilkanaście minut wspinaliśmy się po pionowych skałach, kamiennych schodach i drewnianych drabinkach, które nie miały końca. Czułam, że jestem bliska załamania. Usiadłam na brzegu kolejnej drabiny, która sięgała chyba do samego nieba i ze łzami w oczach oznajmiłam wszystkim, że ja tutaj zostaje. Zapewniłam ich, że nic mi nie będzie i zaraz ich dogonię. Moje słowa przeszyte były fałszem i obłudą, ale wszyscy w końcu chcieliśmy mocno wierzyć, że uda nam się wyjść z tej opresji z życiem. Zdjęłam rękawiczki, wyjęłam z plecaka gorącą herbatę z sokiem malinowym Herbapolu i zaczęłam wlewać w siebie kojący dusze i ciało nektar bogów. Następnie sięgnęłam po pierniczki w czekoladzie Jutrzenki i siedząc w zaciszu drzew starałam się nie myśleć o tym, że mam mokro w butach, że moje rękawiczki przypominają dwa sople lodu, że odnoszę wrażenie, że wszystkie warstwy ubrań pod kurtką są mokre co oznaczało, że jeżeli posiedzę tu dłużej na pewno dopadnie mnie hipotermia. A tak swoją drogą to niesamowite, że potrafimy w życiu dojść do momentu kompletnego wycieńczenia fizycznego i psychicznego (pierwszy raz przytrafiło mi się to na pustyni w Egipcie) a jednak nadal jesteśmy w stanie znaleźć w sobie wystarczające pokłady siły aby podźwignąć się i ruszyć dalej.

600_239662692

Wypiłam dwa kubki herbaty po czym schowałam termos z powrotem do plecaka i ruszyłam w dalsza drogę pod górę. Wkrótce dogoniłam Małego Johna i Marina którzy w swoich bluzach pozbawionych izolacji i mokrych spodniach musieli przezywać dużo gorsze katusze niż ja. Chwilę później dotarliśmy do otwartej polany z której rozpościerał się widok na całą okolice. Oczywiście uwierzyli mi na słowo bo w obecnych warunkach padający śnieg pozbawiał nas możliwości oglądania krajobrazów. Kierując się śladami na śniegu i moją fotograficzną pamięcią (na Slide Mt. weszłam w lutym zeszłego roku) zaczęliśmy schodzić z góry w kierunku parkingu. Po drodze natknęliśmy się na kilku zwolenników górskich wypraw w tym dwóch facetów którzy wędrowali po śniegu w szortach i sandałach. A zatem można było ubrać się na wspinaczkę jeszcze gorzej niż Marina i Mały John🙂.

Kiedy kompletnie wycieńczeni dotarliśmy do samochodów w pierwszej kolejności zrzuciłam z siebie wszystkie mokre ubrania i buty i przebrałam się w suche rzeczy. W między czasie okazało się, że Duży John nigdy nie dotarł do naszego parkingu. Nieco zaniepokojeni wsiedliśmy do samochodów mając nadzieje, że może źle nas zrozumiał i czeka na nas na drugim parkingu. Po drodze minęliśmy go gnającego w stronę Slide Mt. Na życzenie Jesse zawróciłam i po zaparkowaniu okazało się, że Duży John nigdy nie znalazł Andrei. Wśród uczestników wyprawy zapadła groza. W miedzy czasie ni z tego ni z owego pojawili się Rangers, którym zgłosiliśmy zaginiecie koleżanki. Jesse z „maratończykami” udał się z powrotem na drugi parking a reszta grupy pojechała się do Brio’s mając nadzieje, że może Andrea czeka na nas w restauracji. Mniej więcej 15 minut później pojawiła się w drzwiach Pizzerii cała i zdrowa. Historia jaką nam opowiedziała była nie z tej bajki.

Okazało się, że tak jak przewidywaliśmy dotarła do pionowej skały prowadzącej na Wittenberg i widząc, że to nie przelewki zdecydowała się zawrócić. Idąc z powrotem wzdłuż czerwonego szlaku spróbowała obejść przewalone drzewo i w jakiś dziwny sposób zgubiła szlak po czym kiedy go odnalazła pomyliła kierunki i zaczęła kierować się znowu pod górę (na tym etapie szlak był bardzo łagodny). W tym czasie wpadła na Dużego Johna, który zapytał się jej czy nie widziała samotnie wspinającej się kobiety, która była jego znajoma!!! Okazało się, że Duży John nie wiedział jak wygląda Andrea i vice versa. Nie przyszło mu jednak do głowy, że o tej porze dnia w tak ekstremalnych warunkach samotnie wspinająca się pod górę murzynka nie jest zjawiskiem powszednim w Catskills a zatem istniało duże prawdopodobieństwo, że osoba, której poszukiwał to właśnie stojąca przed nim Andrea. W efekcie Duży John udał się na parking a Andrea kontynuowała wspinaczkę w złym kierunku, do momentu kiedy zorientowała się, że popełniła błąd i zawróciła. Dużego Johna ponownie minęła na parkingu, upewnila się czy znalazł swoją znajomą i skierowała się do recepcji campingu licząc na to, że będzie mogła tam zostać, aż wreszcie ktoś z naszej grupy ją odnajdzie. Zresztą słusznie bo właśnie tam znalazł ją Jesse. Kiedy Andrea skończyła opowiadanie wszyscy siedzieliśmy wpatrzeni w nią jak krowy w malowane wrota nie mogąc wręcz uwierzyć w idiotyzm całej sytuacji.

Morał historii:

Boże, miej litość i chroń mnie przed facetami bez wyobraźni!– przed złą pogodą sama się obronię🙂

Alicja

PS. Cała historia wydarzyła się 25 Maja, 2013🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s