Mea Culpa

 

Tim BurtonMam zgryzotę. Siedzi we mnie już od kilku dni i mam wrażenie, że cały czas rośnie niczym pypeć na czubku nosa. Nikt go wprawdzie nie zauważył, ale osobiście strasznie mi przeszkadza, ponieważ zniekształca mi obraz świata. Tak na prawdę miałam ogromną nadzieję, że z czasem się przerzedzi, niczym poranna mgła nad zatoką San Francisco, ale wygląda na to, że zgryzota żyje swoim własnym życiem i postanowiła, że na razie nigdzie się nie wybiera. Cierpliwość niestety nie należy do zalet mojego charakteru, więc zdecydowałam, że nie pozostaje mi nic innego jak tylko wypluć ją z siebie i to najlepiej prosto w eter.

Nie ukrywam, że pisanie recenzji książek sprawia mi niebywałą przyjemność. Od samego początku postanowiłam, że moim znakiem firmowym będzie oryginalność, więc nie czytam cudzych recenzji aby uniknąć „zapożyczeń,” chyba, że wpadnę na nie przez przypadek po napisaniu własnej. Z drugiej strony, ekscentryczny charakter moich recenzji powoduje, że kopiowanie moich artykułów nie może przejść niezauważone🙂 A zatem możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy serfując po Internecie nagle natknęłam się na wydawnictwo, które użyło sloganu z jednej z moich recenzji dla reklamowania książek Profesora Lwa-Starowicza. Kudos za kreatywność – pomyślałam szczerze rozbawiona. Z dużo mniejszą dozą poczucia humoru podeszłam do kolejnego wydarzenia. Po zamieszczeniu na moim blogu najnowszej recenzji, następnego dnia przeglądałam strony Internetowe i nagle znalazłam recenzję tej samej książki o niezwykle podobnej do mojej treści. Pewnie nawet nie zwróciłabym na nią uwagi gdyby nie przerażająco podobny wstęp wyjęty z kontekstu moich własnych przemyśleń i akurat w przypadku tej publikacji, trudno było uwierzyć w slepy przypadek.

Najpierw wpadłam we wściekłość, ale zaraz potem bez cienia fałszywej hipokryzji przyznam, że uznałam to za duże pochlebstwo, bo w końcu jako raczkująca pisarka nadal jestem nikim, a mimo to, w tak krótkim czasie stałam się dla niektórych wzorcem do naśladowania. Do tej pory tylko dzieci moich znajomych uznawały mnie za wzorzec osobowy i chciały być takie jak ja, traktując mnie jak Wyrocznie Delficką w wielu dziedzinach, zresztą ku nieukrywanej rozpaczy rodziców. Nie ma się co dziwić, w końcu przyjaciółkę można mieć wariatkę, ale dzieci każdy rodzic chciałby mieć normalne i pozbawione udziwnień🙂 .

Największym jednak zaskoczeniem okazała się ostatnio prośba jednego z moich znajomych, który na podstawie moich artykułów publikowanych w Kurierze Plus w Nowym Jorku oraz recenzji na moim blogu, poprosił mnie o przeczytanie i zrecenzowanie najnowszej publikacji pewnej polskiej pisarki, nazwijmy ja Pani X, która ma już na swoim koncie jedną, dosyć poczytną książkę. Przyznam szczerze, że sama byłam zaskoczona swoją reakcją, ale z zupełnie nie znanych mi powodów (instynkt?), zamiast wpaść w stan euforii, bo poniekąd moje zdanie zaczyna się liczyć w różnych środowiskach, najzwyczajniej w świecie wpadłam w popłoch. Czułam się jak jeden z charakterów Tima Burtona, który przykucnął na rozstaju dróg spoglądając w zamyśleniu na znak drogowy, zastanawiając się w którym kierunku należy się udać: w prawo czy w lewo? A może należy legnąć pod znakiem i poczekać na ludzkie miłosierdzie. Niestety nie poczekałam – zgodziłam się napisać recenzję i natychmiast po przeczytaniu książki dopadły mnie zgryzoty.

Nie ukrywam, że książka miała bardzo ciekawy format, pomysłową oprawę graficzną i obfitowała w wiele głębokich przemyśleń, ale niestety treść świadczyła o tym, że autorka przechodzi wewnętrzną batalię przy której Bitwa pod Grunwaldem to Pikuś i w związku z tym nie powinna nikomu niczego radzić ponieważ według mnie, sama potrzebuje pomocy. Gdyby zebrała wszystkie swoje myśli do kupy i tchnęła w tę destrukcyjną psychologiczną samoanalizę odrobinę nadziei, radości, wiary w siebie i w lepszą przyszłość, niewątpliwie książka miałaby duże szanse stać się przewodnikiem dla zagubionych kobiet szukających porady jak wyjść z trudnych sytuacji, stłumić strach i zacząć życie od nowa. Jednak w obecnej formie w moim przekonaniu książka stanowiła idealny scenariusz na drugą cześć filmu „Girl Interrupted” i nie ma w moim stwierdzeniu ani odrobiny przesady. A zatem dlaczego odmówiłam autorce napisania recenzji?

Odpowiedzi na to pytanie jest kilka. Przygotowując się do napisania mojej pierwszej recenzji, jedna z moich koleżanek, Anikoda🙂 pocieszała mnie na blogu mówiąc, że na pewno sobie poradzę, tak długo jak pozostanę wierna sobie, pamiętając jednocześnie, że taka sama cienka linia dzieli reklamę od recenzji jak recenzję od opinii. Dlatego uznałam, że w przypadku Pani X napisanie pozytywnej recenzji (niezgodnej z moimi przekonaniami) byłoby nieuczciwą wobec czytelników formą reklamy. Z drugiej strony napisanie krytycznej recenzji byłoby w moim przekonaniu nieetyczne – przede wszystkim dlatego, że nie jestem zwolenniczka walki szczurów (obie piszemy na podobne tematy), a już na pewno w najmniejszym stopniu nie jestem autorytetem jako krytyk literacki.

Wracając jednak do wypowiedzi Anikody – jej obawa przed reklamowaniem przeze mnie książek versus recenzowaniem ich, wynikała z przekonania, że wszystkie moje próby literackie są dochodowe i w zawiązku z tym jako recenzentka powinnam przede wszystkim pozostać wierna czytelnikom, unikając kierowania się sugestiami pracodawców. W tym miejscu czuję się w obowiązku udzielić moim czytelnikom sprostowania: pisanie zawsze dodawało mi skrzydeł i na obecnym etapie nie jest to zajęcie dochodowe – w pewnym sensie jest to moja własna forma Food for the Soul. Nie żebym miała zadatki na Matkę Teresę … broń Panie Boże, ale życie tak jest już skonstruowane, że jeżeli dąży się do celu uczciwą drogą zazwyczaj pełna jest wybojów, niemal zawsze pod górkę i za każdym razem za wszystko trzeba zapłacić frycowe🙂 – tak było, jest, i będzie. Amen! Przyznaję, że mam cichą nadzieję, że kiedyś moje bazgroły staną się lukratywnym sposobem zarabiania na życie, dzięki czemu mogłabym się wreszcie przenieść do Vermont, do mojego zaprojektowanego w marzeniach malutkiego domku góralskiego, całymi dniami wspinać się po górach, jeździć na rowerze, czytać książki a wieczorami pisać artykuły. Niestety na razie wszystko co robię wynika z czystego zamiłowania do pisania i podobnie jak Henry Miller – z którym dzielę kilka wspólnych cech: walkę o przetrwanie, ekscentryczność w formie i treści i pozbawione fałszywej pruderii zamiłowanie do pisania o seksie🙂 – muszę cierpliwie poczekać, aż nadejdzie mój moment🙂 .

A tak zupełnie na poważnie: czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy w ogóle możliwe jest dokonanie obiektywnej krytyki unikając jednocześnie posądzenia o arogancje? Dlaczego czytając książki Profesora Lwa-Starowicza, za każdym razem pozwalam sobie na szczerość, czasami powiedziałabym, że nawet bardzo bolesną i nigdy do tej pory nie spędziło mi to snu z powiek. Na przykładzie recenzji najnowszej książki „O rozkoszy” nie boję się otwarcie skrytykować bardzo radykalnych poglądów Profesora, którego nawiasem mówiąc bardzo lubię, tym niemniej jestem przygotowana do bronienia mojej opinii jak własnej niepodległości, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że mam racje. I to jest przykład arogancji🙂 . Natomiast w przypadku książki Pani X nagle popadłam w skrajność i nie miałam odwagi napisać szczerej recenzji ponieważ bałam się ją urazić. Co do cholery stało się z moim obiektywizmem? A może mój subiektywizm wcale nie był obiektywny? Dlaczego w jednym przypadku mówienie prawdy i wypowiadanie na głos własnych opinii świadczy o sile mojego charakteru, a w innym przypadku objawia się jego słabością.

Próbując znaleźć odpowiedź na moje frustrujące myśli zajrzałam nawet na Forum Literackie z którego dowiedziałam się, że pojęcie obiektywnego krytyka nie istnieje! Przyznam, że wcale mnie to nie pocieszyło. W efekcie końcowym i tak musiałam dokonać wyboru pomiędzy napisaniem obiektywnej recenzji i zranieniem autorki książki a napisaniem nieobiektywnej recenzji, czyli reklamy i oszukaniem czytelników. W rezultacie, postawiłam na uczciwość względem moich czytelników, autorkę i tak zraniłam odmawiając napisania jakiejkolwiek recenzji, a na koniec okazałam się beznadziejną recenzentką, bo przecież jako krytyk powinnam pozostać neutralna i bezstronna i nie mieszać do tego własnych uczuć. Z drugiej jednak strony, może wcale nie mam racji? W końcu zawsze powtarzam: „De gustibus non disputandum est.” Więc może właśnie książka jest dobra?

Mea Culpa.

Alicja

P.S.

Mniej więcej w połowie książki, kiedy ciągle jeszcze miałam nadzieję, że jednak uda mi się napisać recenzję, skontaktowałam się z moim znajomym, Zbigniewem Rossą – znanym polskim poetą zamieszkałym w USA, którego poprosiłam o pozwolenie na opublikowanie na moim blogu jednego z jego wierszy z tomiku „20” który otrzymałam od niego jakiś czas temu w prezencie. Chciałam się posłużyć jego utworem w celu uzmysłowienia autorce książki, że czasami w sposób niezwykle piękny można opisać ból, cierpienie i tęsknotę unikając brutalnej dosłowności. Skoro jednak nie napisałam recenzji, pozwolę sobie na koniec zacytować wiersz Zbyszka pt. „Astronomia”

mam w nosie planety                                                                                                                 niech się kręcą                                                                                                                                      ja odkładam teleskop                                                                                                             zamykam oczy

chce widzieć ciebie

7 responses to “Mea Culpa

  1. O rany, Alicja, jeszcze nie doczytalam do końca Twojej wypowiedzi, a już lapię się za głowę i próbuję sobie przypomnie co ja Ci tam takiego napisałam??? „jej obawa przed reklamowaniem przeze mnie książek versus recenzowaniem ich, wynikała z przekonania, że wszystkie moje próby literackie są dochodowe i w zawiązku z tym jako recenzentka powinnam przede wszystkim pozostać wierna czytelnikom, unikając kierowania się sugestiami pracodawców” …. Naprawdę z mojej wypowiedzi wynikało, ze mam takie przekonanie??? Ze wszystkie Twoje próby literackie są dochodowe? Muszę odszukać tą moją wypowiedź w takim razie i spróbować odczytać ją jeszcze raz pod kątem możliwości różnorodnej interpretacji… Wydaje mi się jednak, ze raczej odnosilam się do „Ty – w pojęcia recenzja ogólnie” niż „Ty – w pojęciu recenzentka Alicja”:)

    • Ania – Spoko!🙂
      Twój komentarz był bardzo niewinny, ale było w nim ogromnie dużo racji, nie znajdziesz go bo plotkowałyśmy za kulisami i weszłyśmy na FB🙂 Ja mam bardzo dobra pamięć – niestety ta cecha charakteru jest bardzo źle widziana przez Panów🙂
      A wracając do recenzji zapewniłam cie ze nie ma mowy o reklamowaniu bo dostałam Cart Blanche na pisanie co mi się podoba w recenzjach i w tym momencie odsapnęłaś. To mniej więcej tak jak z ta scena z filmu „Kate & Leopold” kiedy Leopold próbuje zachwalane przez niego masło które okazuje się niezjadliwa margaryna …
      Całuski,
      Alicja

  2. Aaaa… A ja poszperałam przez chwilkę i znalazłam to: „Hej Alicja:) będę z ciekawością czytać Twoje recenzje i mam nadzieje, ze z uplywem czasu w trakcie czytania zarówno pozytywnych jak i negatywnych (bo zakładam, ze nie masz zamiaru nakłanianiac do czytania wszystkich pozycji o recenzje których Cię poproszono – byłaby to wszak bardziej kampania marketingowa niż solidna recenzja) będę wstanie wyodrębnić wyraźne kryteria jakimi się kierujesz dokonując analizy i oceny:)
    Osobiście uważam recenzje za niezwykle “trudny gatunek” więc podziwiam, gratuluje odwagi i życzę powodzenia:) trzymam kciuki:)” – z czego dla mnie wynika, ze od razu zakładałam, że masz „różki” i kierować się będziesz własną opinią nt recenzowanego dzieła:)

  3. Agnieszka Bolimowska

    Alicja, przecież użycie sloganu z jednej z Twoich recenzji dla reklamowania książek Profesora Lwa-Starowicza jest zwyczajnym łamaniem praw autorskich! W Stanach nie obowiązuje prawo autorskie? nie wierzę! tak samo z „niezwykle podobna treścią” – ja bym tego tak nie zostawiła….trzeba walczyć o swoje! buziaki🙂

    • Hey Agnieszka,
      Profesor nie jest odpowiedzialny za to co robi nieznane mu wydawnictwo, bo ono po prostu chce sprzedać książkę🙂 Prawo autorskie obowiązuje właściwie i tu i tam, ale jeśli chodzi o internet to i tak każdy robi co chce – sama powinnam się zapytać Tima Burtona czy mogę użyć jego obrazka albo filmów dla zobrazowania moich myśli. Pisanie recenzji na bazie przeczytanej MOJEJ recenzji jest idiotyczne i źle świadczy o autorze … wystarczy, ze ja wiem którym, ale będąc, jak to ciągle powtarzam: NIKIM, ciesze się, ze jednak ludzie mnie czytają … mam z tego dużą satysfakcje🙂
      Całuski,
      Alicja

  4. Agnieszka Bolimowska

    🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s