Recenzja książki Agnieszki Kowalskiej „Czas na mnie.”

Czas na mnie

Bilety na monodram “Jackie” dostałyśmy z Kate w przeddzień spektaklu od naszej wspólnej znajomej z Australii,  która od wielu lat związana jest z organizacją „Women’s Project” w Nowym Jorku. Zaraz po wejściu do teatru City Center Stage II na 55-tej Ulicy na Manhattanie, wpadłyśmy na Deane na strategicznie położonych pod względem przelotowości schodach, dzięki czemu w krótkim okresie czasu poprzedzającym rozpoczęcie się przedstawienia udało nam się poznać prawie wszystkich, którzy odegrali mniejszą lub większą rolę w przygotowywaniu spektaklu, począwszy od Lisy Fane, Managing Director, przez Brucea Cohena, Konsultanta Marketingu a skonczywszy na samej aktorce, Tinie Benko.

Deane, chodzące uosobienie wiedzy i taktu uznała za konieczne uprzedzić nas, że sztuka jest nietypowa i równie kontrowersyjna jak jej autorka, Elfriede Jelinek. Na dowód tego przytoczyła nam sytuację, która miała miejsce podczas jednego z przedpremierowych przedstawień, kiedy to mniej więcej w połowie spektaklu, pewna starsza pani siedząca na widowni, wstała nagle ze swojego miejsca  i bez cienia żenady zaanonsowała na głos zszokowanym widzom „że ona nie rozumie o co chodzi w tym przedstawieniu.” W ten oto sposób widzowie byli świadkami dwóch spektakli: jednego rozgrywającego się na scenie a drugiego na widowni🙂 . Deane, ze swoim uroczym podejściem do ludzi i otaczającego ją świata, stwierdziła, że Amerykanie mają ogromne trudności ze zmuszeniem się do abstrakcyjnego myślenia – z czym zresztą zgadzam się w stu procentach. Jeżeli wysyłają kartkę na urodziny to tylko taką, na której widnieje napis Happy B-Day! – w przeciwnym razie odbiorca mógłby źle zinterpretować intencje nadawcy. Według Deane, Amerykanie negują istnienie podmiotu domyślnego i kierują się głownie stereotypami, co w pewnym sensie tłumaczy, dlaczego monodram poświęcony Jackie Kennedy-Onassis nie spełnił oczekiwań wielu widzów, którzy przygotowani byli na historię kolejnego skandalu z życia Pierwszej Damy. W rzeczywistości, spektakl „Jackie” był monodramem kobiety, która zdecydowała się zabrać widzów w podróż po najciemniejszych zakamarkach jej duszy obnażając się emocjonalnie, bez cienia wstydu, przed zgromadzonymi widzami, którzy przez kolejnych kilkadziesiąt minut mieli delektować się prawem do czytania w jej myślach podczas gdy ona sama zajęta była malowaniem intymnego autoportretu w kolorach odzwierciedlających stan jej ducha i wypełnionej tęsknotą za miłością rzeczywistości.

Dokładnie takie samo wrażenie autentyczności odniosłam po przeczytaniu książki Agnieszki Kowalskiej pt.„Czas na mnie” opublikowanej w styczniu 2013 przez wydawnictwo Czerwone i Czarne i w całości poświęconej pamięci jej męża, aktora Macieja Kozłowskiego, zmarłego w maju 2010 roku. Marian, bo tak brzmi prawdziwe imię aktora, które według relacji Agnieszki, przez całe życie bardzo starannie ukrywał, zagrał w wielu filmach i przedstawieniach teatralnych u wielu znanych mniej lub bardziej reżyserów, ale to nie jego dorobkowi aktorskiemu poświęcona jest książka.

Portret Intymny, bo tak nazwałabym książkę Agnieszki Kowalskiej, nie ma ani charakteru epitafium dla zmarłego aktora, ani też nie jest utrzymany w formie pamiętnika opisującego w sposób chronologiczny wydarzenia z życia Maćka Kozłowskiego. Przeczytałam w swoim życiu całe mnóstwo podobnych publikacji od Poli Negri i Mari Skłodowskiej-Curie przez „Royal Duty” autorstwa służącego Księżniczki Diany, Paula Burrella po memoire Madeleine Albright „Madame Secretary” i Hillary Rodham Clinton „Living History.” Wszystkie wyżej wymienione tytuły upamiętniają zmarłych lub co gorsza żywych, przy czym ci ostatni w sposób bezwstydny jeszcze za życia budują sobie piedestał na pomnik własnego autorstwa. Zapewniam, że tego elementu obłudy czytelnik nie znajdzie w książce „Czas na mnie.”

To co jest na prawdę niepowtarzalne w książce Agnieszki Kowalskiej to atmosfera wypełniona szacunkiem i pozbawionym egzaltacji uwielbieniem emanującym z niemal  każdej kolejnej strony książki. Jest to w pewnym sensie opowieść o związku dwojga ludzi, w którym zawsze najważniejsza była miłość i wolność. Dlatego w dużej mierze jest to również książka o wartościach i pragnieniach – tych spełnionych i tych o których marzymy chłonąc jak gąbka bez fałszywej zazdrości okruchy szczęście innych ludzi.

Skłamałabym jednak gdybym powiedziała, że wspomnienia o Maćku Kowalskim przeczytałam jednym tchem. Wręcz przeciwnie. Borykałam się z ta książką przez całe trzy tygodnie umęczona z początku całkowitym brakiem chronologii, chaotycznością wydarzeń i tym ciągłym umieraniem. Tak na prawdę Maciek umarł przynajmniej kilkanaście razy – umierał pod koniec każdego rozdziału, na planie filmowym na którym o nim zapomniano, ale przypomniano sobie zaraz po jego śmierci (too little, too late), w teatrze w którym odmówiono mu prawa zagrania ostatniej roli, w zimowa noc w domu na skraju lasu i w ten ostatni dzień w szpitalu, który wydawało się, że będzie trwał całą wieczność. Może czasami wszyscy jesteśmy czymś na kształt skorumpowanych psychicznie Amerykanów, którzy szukają w życiu dosłowności i nie zawracają sobie głowy zastanawianiem się nad sensem istnienia podmiotu domyślnego. Ale w miarę czytania książki odkrywałam uroki tego braku chronologii i oceanu myśli rozczochranych i coraz większą przyjemność sprawiało mi pozbawione wstydu i wyuzdania przyglądanie się intymnemu portretowi dwojga ludzi, którzy mieli to szczęście, że udało im się odnaleźć w życiu miłość odwzajemnioną. Ktoś kiedyś powiedział, że w życiu liczą się tylko chwile i jest to jedna z głównych myśli jaka przyświecała mi czytając wspomnienia poświęcone Maćkowi Kozłowskiemu.

Książka Agnieszki Kowalskiej jest zdecydowanie uduchowioną, pozbawioną dramatu i pompatycznego wizerunku zmarłego aktora, serią opowiadań. Można by powiedzieć, że wspomnienia Agnieszki przypominają bardziej serię zatrzymanych w kadrze obrazów, chaotycznych i nieuporządkowanych chwil, które składają się na pasmo wspomnień wypełnionych zapachami, dotykiem, spojrzeniami i zwyczajnością życia – czyli wszystkim tym czym utrwalił się na zawsze w pamięci Agnieszki jej mąż Maciek. Dzięki temu wcale nie zależy mi na tym aby dowiedzieć się jakim aktorem był Maciek … wystarczy, że wiem jakim był człowiekiem … Może właśnie dlatego ze wszystkich portretów Maćka, autorstwa Agnieszki, najbardziej przypadł mi do serca obraz z wiolonczelistką w tle – może dlatego, że lubię ten ujmujący smutek malujący się na twarzy Maćka. Albo może dlatego, że znalezienie wrażliwego mężczyzny jest równie trudne jak znalezienie prawdziwej miłości. Dlatego uważam, że w pewnym sensie Agnieszce przytrafiło się podwójne szczęście …

Tym którzy nieustannie pytają mnie, czy nie czuję się samotna, zawsze odpowiadam, że: samotność to stan umysłu, a sama wcale nie oznacza samotna. Natomiast Agnieszka uczy nas w swojej książce „Czas na mnie,” że: Śmierć to w rzeczywistości stan ducha … a nie ciała. Dlatego wspomnienia o Maćku Kozłowskim mają w sobie znamiona mądrości życiowej – nawet po utracie najbliższej osoby, kiedy każdy kolejny dzień był niczym więcej jak tylko wspólnym zbliżaniem się do śmierci – ci którzy pozostali przy życiu muszą się z powrotem nauczyć żyć aby na zawsze uwiecznić w pamięci żywy portret prawdziwej miłości … jedynego świadectwa na to, że Maciek na prawdę istniał.

Książka Agnieszki Kowalskiej przeznaczona jest dla ludzi wrażliwych, którzy nie szukają w literaturze taniej rozrywki i potrafią zrozumieć oryginalność autorki książki w taki sam sposób w jaki zachwycają się ekscentrycznością artysty wystawiającego swoje prace w galerii sztuki. Dlatego uważam, że książka „Czas na mnie” jest głównie przeznaczona dla czytelników o szerokich horyzontach, którzy nie szukają pikantnych opowieści z życia aktora i potrafią docenić tak charakter książki jak i postać Maćka  widzianego przez pryzmat wszechobecnej miłości i sztuki. Dlatego w celu zachęcenia czytelników do sięgnięcia po publikacje wydawnictwa Czerwone i Czarne autorstwa Agnieszki Kowalskiej posłużę się nietypowo przykładem z filmu „Mona Lisa Smile.” W jednej ze scen, Katherine Watson (grana przez Julie Roberts), ekscentryczna nauczycielka Sztuki Współczesnej na niezwykle konserwatywnym Uniwersytecie Wellesley przeznaczonym wyłącznie dla bogatych i utalentowanych dziewcząt, sprowadza potajemnie obraz Jacksona Pollocka i przedstawia go zszokowanym studentkom (których pojęcie o sztuce współczesnej w dobie lat 50-tych daleko odbiegało od nowoczesnych kanonów) mówiąc:

You are not required to like it, but you are required to consider it.” 

Alicja

6 responses to “Recenzja książki Agnieszki Kowalskiej „Czas na mnie.”

  1. Teresa Moszczynski

    Alu, masz niesamowity dar zachecania czytelnika do siegniecia po ksiazke.
    Jestem zachwycona Twoim darem ubierania wlasnych mysli w slowa. !!! Klask, klask🙂

    • Dziękuję Tess!
      Mam nadzieję, że udało mi się udowodnić, że równie interesująco mogę wypowiadać się na temat miłości jak i seksu (oczywiście w nawiązaniu do moich poprzednich recenzji :))
      Zawsze uważałam, że pisanie jest oznaką dojrzałości emocjonalnej autora. Wypływa to z tego, że jeżeli chcemy brzmieć wiarygodnie, musimy udowodnić czytelnikom, że jesteśmy autentyczni i szczerzy – nawet jeżeli przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę za obnażanie własnej duszy. Pisanie jest w pewnym sensie formą emocjonalnego ekshibicjonizmu podczas którego zupełnie nieskrepowani przelewamy na wirtualne strony papieru nasze dusze przyłapując się nagle na tym, że myśli rozczochrane autorki i recenzentki nagle zlewają się w jedną całość … ocean zrozumienia …
      Myślę, że ta cecha czyni ze mnie „OK” recenzentkę, ale zdaje sobie sprawę z tego, że byłabym beznadziejnym krytykiem, podobnie zresztą jak prawnikiem🙂. Arystoteles powiedział kiedyś: „The Law is reason, free from passion …” – ja z kolei uważam, że życie pozbawione pasji to powolne umieranie … Pewnie dlatego nigdy nie przyszło mi na myśl, aby wybudować mur pomiędzy duszą a umysłem🙂 W moim przypadku pasja jest motorem napędowym i objawia się w każdej dziedzinie życia, a w szczególności w pisaniu (przez maluteńkie „p”) i w pewnym sensie jest przekleństwem … ale nie żałuję … przynajmniej wiem, że żyję🙂
      Alicja

  2. Zdecydowanie zachecilas mnie do siegniecia po ta ksiazke.

  3. No proszę siostra ! Jesteś najodpowiedniejszą osobą do recenzji tej książki bo jak by nie patrzeć twoje nazwisko panieńskie jest Kozłowska mnie wujaszek przechrzcił na Maćka. Same powiązania z Maciejem Kozłowski. Świetna recenzja !

    • Hahaha masz racje!
      Kiedy sie zorientowałam, ze oboje jestesmy de domo Kozlowscy, tez pomyślałam o tej ciekawej zbieżności nazwisk, ale fakt ze wujek Slawek przechrzcil cię na Maćka i juz tak zostało (tak jak Maciek zamiast Mariana) można uznać za niezwykły zbieg okoliczności🙂
      Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s