Tydzień z piekła rodem

blithering-idiot-no-warning-300x258

Wszystko zaczęło się od tego, że wcale nie chciałam jechać do Ithaki. Najprawdopodobniej jak zwykle mój instynkt wiedział lepiej i podpowiadał mi, że powinnam siedzieć w domu, bez reszty oddając się błogiej bezczynności. Niestety kiedy w grę wchodzą dzieci, rodzice dostają małpiego rozumu i robią rzeczy na które wcale nie mają ochoty. W ten oto sposób w piątek o 7-ej rano wyruszyłyśmy w drogę zapakowanym po brzegi samochodem – nie wszystkie studentki uważają, że bluza z kapturem, jeansy i T-shirt stanowią modę, którą należy ślepo naśladować – w obecnych czasach Fashion is Everything! Pogoda była cudowna, nastroje wyśmienite a odbijające się od okien promienie porannego słońca delikatnie ogrzewały nasze zmarznięte policzki. Dzień zapowiadał się wyśmienicie.

Po drodze zatrzymałyśmy się na śniadanie w IHOP – czyli w naszym ulubionym Międzynarodowym Domu Placuszków🙂 . Wszystko było pięknie, aż do momentu kiedy w drodze do samochodu poczułam dotkliwy ból kręgosłupa i dokładnie w tym samym momencie niczym błyskawica przeleciała mi przez głowę równie bolesna myśl, że przed sobą miałam jeszcze 10 godzin jazdy non-stop. Chciał nie chciał wsiadłam do samochodu, nafaszerowałam się środkami przeciwbólowymi i ruszyłam do Ithaki z całej siły starając się nie wyobrażać sobie, co może się nam jeszcze przytrafić po drodze. Na szczęście na miejsce dojechałyśmy bez dodatkowych wrażeń, natomiast zaraz po wjeździe na teren szkoły zderzania czołowego z SUV Security udało mi się uniknąć tylko dlatego, że kierowca SUV zachował przytomność umysłu i nigdzie się nie spieszył. Tak więc zostałam ochrzaniona najpierw przez ochroniarza, że miotam się jak pijany zając po drodze przeciwpożarowej, natomiast w drugiej kolejności przez dziecko, które zresztą kazało mi jechać tą drogą żeby rozpakować się pod samymi drzwiami budynku, a które głośno zastanawiało się czy naprawdę musiałam zajechać drogę akurat Policjantowi? Nieśmiało pomyślałam, że trudno nie zajechać komuś drogi kiedy prowadzi tylko w jednym kierunku, ale ugryzłam się w język i po zrobieniu zakupów spożywczych i pozbyciu się z samochodu pyskatej latorośli udałam się w stronę powrotna do Nowego Jorku. Bez większego uszczerbku na ciele dotarłam w końcu do domu i następne cztery dni spędziłam na trasie łózko w sypialni i kanapa w living-room żywiąc się głownie środkami przeciwbólowymi. Czułam się wypluta psychicznie i fizycznie.

W środę po pracy udałam się na spotkanie ze znajomym, z którym nie widziałam się już całe wieki. Odebrał mnie spod Ferry na Staten Island i udaliśmy się do Adobe Blues na piwo. Usiedliśmy przy barze i oboje zamówiliśmy po butelce Weyerbacher, który oprócz cudownego smaku daktyli i fig ma również 11% zawartości alkoholu. Z dwóch opcji wybrałam Blithering Idiot i przyznam szczerze, że musiałam chyba zidiocieć bo wypiliśmy po 5 butelek na łepka (mój życiowy rekord, ale jedyne co mam na swoje wytłumaczenie to to, że w recenzjach na stronie internetowej czytałam, że to piwo już tak ma🙂 ). Tak czy inaczej rozmawiało nam się bardzo przyjemnie, piwa za kołnierz nie wylewaliśmy, ale po wyjściu z baru zaczęłam się zastanawiać czy człowiek tak samo jak koń zna kierunek do domu nawet z klapkami na oczach i przy takim otumanieniu. Nie żeby zaraz koń pił piwo, ale te klapki na oczach dawały nikłą nadzieję. Na szczęście Robert znal drogę, zostawił mnie przed budynkiem i pojechał do swojego domu. Dotarłam do mojego mieszkania, wzięłam prysznic i natychmiast zniknęłam w ramionach Orpheusza. A przynajmniej tak mi się wydawało. Następnego dnia zaczęła się szopka.

Ze snu wybudził mnie alarm w komórce nie wiadomo dlaczego dochodzący z living-room. Wyskoczyłam z łóżka i pognałam wyłączyć telefon. Po drodze nastawiłam wodę na herbatę i zaczęłam się zastanawiać dlaczego do diaska spałam w szlafroku. Wróciłam do sypialni, wygrzebałam spod poduszki iPhone i zerknęłam na moje wiadomości. Prawdopodobnie, gdybym w tym momencie piła herbatę niewątpliwie bym się nią zakrztusiła. Wyglądało na to, że w środku nocy wysłałam text message, chociaż według moich obliczeń dawno już spalam, do kogoś kogo postanowiłam wymazać z pamięci raz na zawsze.  Najlepsze było to, że nawet na trzeźwo nie pamiętałam jego telefonu bo odkąd weszły w modę telefony komórkowe, przestałam sobie zaśmiecać pamięć zapamiętywaniem numerów. Wyglądało na to, że ja i moja podświadomość mamy zupełnie inny punkt widzenia na „MOJE” znajomości🙂 . W to, że podświadomości istnieje, wierze święcie, ale głównie na linii kobieta – kobieta … mężczyźni niestety odbierają na zupełnie innych falach, ale tutaj najwyraźniej mi nabruździła i powinna była dostać po pysku. Wysłałam więc text message przepraszając za zamieszanie i obiecałam sobie nigdy już nie mieszać Vicodin z piwem, szczególnie wysoko procentowym i chować telefon po powrocie do domu. Z drugiej strony pomyślałam, że skoro moja podświadomość zna doskonale numer telefonu, którego ja nawet nie wysiliłam się zapamiętać, prawdopodobnie będzie również wiedziała gdzie schowałam iPhone. A niech to dunder świśnie. W połowie dnia odezwał się mój kolega i poinformował mnie, że jego żona nie wierzy, że piliśmy tylko piwo. Przeleciało mi przez myśl, że chyba będziemy musieli powtórzyć ten wieczór w jej towarzystwie, bo biorąc pod uwagę serię niefortunnych wydarzeń tego wieczoru, sama też mam trudności z uwierzeniem w cudowną moc trunku🙂

Na szczęście w pracy udało mi się nie narozrabiać za to następnego dnia zaczęła się szopka. Postanowiłam sobie jednak zachować zimną krew i nie eksplodować chociaż krew gotowała mi się w żyłach a powietrze na trading floor napięte było jak „bycze jaja.” Aż do południa nikt nie miał odwagi się odezwać zastanawiając się zapewne, która z nas wybuchnie pierwsza, ja czy moja koleżanka, a biorąc pod uwagę nasze krewkie charaktery nikt nie miał ochoty znaleźć się na linii ostrzału. Na szczęście obeszło się bez przelewu krwi i w wyśmienitym nastroju wyszłam z pracy ciesząc się, że to już koniec koszmarnego tygodnia bo czułam, że powoli zaczyna mi brakować powietrza. Zeszłam do stacji metra na Grand Central, poczekałam na metro # 4 w stronę dolnego Manhattanu, po czym weszłam do zatłoczonego przedziału i z miejsca dostałam sójkę w bok – od pokaźnych rozmiarów babska.

Stałam przy drzwiach, tłum napierał na mnie od strony drzwi a ja tkwiłam w tym samym miejscu mocno zszokowana, nadal zastanawiając się co się właśnie wydarzyło. Jedyna rzecz, której w życiu nie cierpię to przemoc fizyczna i dopiero wtedy można się przekonać na własne oczy ile mam w sobie z Zodiakalnego Lwa. Widocznie facet stojący naprzeciwko mnie zauważył na mojej zdumionej twarzy wyraz głębokiego szoku bo pospieszył z wyjaśnieniem, że tutaj stoi wózek.

  • To, że stoi wózek to widzę, nie rozumiem tylko dlaczego ta kobieta uderzyła mnie z całej siły skoro nawet jej nie dotknęłam.
  • On jest w ciąży! – parsknął typ.

Natychmiast przeleciała mi przez myśl kolejna szatańska riposta – AGAIN??? – ale się powstrzymałam. Jest taka grupa etniczna, która słynie z nieróbstwa, zamiłowania do prokreacji niczym króliki i szukania powodów do bójki i właśnie ten „typ” miałam przed sobą w całej swojej okazałości. Patrząc na faceta postury miniaturowego psa boksera z czarnym aparacikiem na zębach i złotym sygnetem wielkości gęsiego jaja na małym palcu pomyślałam sobie, że szkoda mojej energii a feralny tydzień już się prawie kończy, więc mam dużą szanse przeżyć go bez uszczerbku na zdrowiu jeżeli tylko usunę się z ringu bokserskiego. Udałam się więc w drugi koniec przedziału i skoncentrowałam się na obniżeniu temperatury mojej gotującej się w żyłach krwi. Kiedy dotarłam do Ferry, kolejna afera rozegrała się tuż obok mnie, ale tym razem nie byłam jej autorką. Mimo iż bardzo chciałam ująć się za dziewczyną, która miała racje w tej potyczce, pomyślałam, że dzisiaj gram rolę strusia, albo przynajmniej tych trzech małpek: nie widzę, nie czuje, nie słyszę – dla zachowania zdrowia psychicznego🙂 .

Następnego dnia, w sobotę obudziłam się świeża jak pierwiosnek w wyśmienitym nastroju i mocnym postanowieniu, że dzisiaj nic mnie nie zirytuje. Promieniując szczęściem i nieukrywaną radością życia ubrałam się w jedna z moich sukienek w stylu lat 20-tych, na szyje założyłam sznur białych pereł (zgodnie z tematyką opery Pucciniego „La Rondina”) i pognałam do Metropolitan Opera na spotkanie z przyjaciółką. Wpadłam na nią na ulicy i rozkoszna jak szczypiorek na wiosnę zaczęłam perorować na temat mojego pechowego tygodnia kiedy usłyszałam

  • Co ty dzisiaj brałaś? Jesteś bardziej hyper niż zazwyczaj …
  • No proszę – pomyślałam – Życie opiera się na fałszywych założeniach – i to właśnie kiedy wreszcie od dwóch dni jestem „czysta jak łza” i pierwszy raz od tygodnia w naprawdę szampańskim humorze🙂

Dotarłyśmy do Metropolitan Opera, odebrałyśmy bilety w kasach i zajęłyśmy nasze miejsca. To co się działo w trakcie przedstawienia było najgorszym popisem na widowni jaki miałam okazję oglądać w przeciągu ostatnich trzech lat odkąd zaczęła się moja przygoda z Operą Nowojorską. Kobieta obok mnie nie tylko szeleściła papierkami, siorbała wodę z butelki, ale również grzechotała kluczami w torebce, aż w końcu wyjęła Blackberry i zaczęła sprawdzać wiadomości oślepiając siedzących wokół widzów. Parę rzędów przed nami włączyła się komórka i właściciel nie mogąc jej znaleźć w kieszeniach kurtki, szeleścił nią przez następne 15 minut. Facet po naszej prawej stronie zaczął chrapać a partner mojej sąsiadki zainspirowany tematyką miłosną na scenie zaczął smyrgać ja po ortalionowej bluzce co brzmiało jak trąby jerychońskie w ciszy, która mamy zwyczaj nazywać „jak makiem zasiał.” Moja przyjaciółka ofuknęła durną babę po czym straciła cierpliwość, która w końcowym efekcie zaowocowała nerwowym chichotem. Ja z kolei siedziałam w tym całym cyrku niewzruszona, zrelaksowana, nastawiona psychicznie na przeżycie niezwykle przyjemnej soboty.

Niedzielę dla odmiany spędziłam w domu, z lampką Pinot Grigio do wyśmienitego obiadu: pieczony łosoś z salsą z mango w towarzystwie purée ze słodkich ziemniaków, starając się ze wszystkich sił nie kusić losu🙂

Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s