O wszystkim po trochu: o książce, o życiu i o mnie …

Aż się dziwie, że przechodzi mi to zdanie przez gardło, ale niestety tym razem wybrałam się w podróż samochodem pełna niepokoju i obaw, czy uda mi się, primo: dojechać, a secundo: wrócić. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że nie powinnam wybierać się w tę podróż, ale Family Weekend w Ithaca College ustalony był już od początku września na pierwszy weekend listopada, a we współczesnych czasach nie mamy ani jasnowidzącej Casandry ani Wyroczni Delphickiej, które przewidziałyby nadchodzący w tym terminie kataklizm.

Najpierw, z powodu Huraganu Sandy przez trzy dni nie mogłam wydostać się z odizolowanej od reszty świata Staten Island, potem okazało się, że brakuje benzyny na stacjach benzynowych i mogę nie wrócić do Nowego Jorku. Na koniec, jakby jeszcze za mało było przeszkód, w nocy przed moim wyjazdem, ktoś zarysował samochód moich przyjaciół i urwał lusterko po stronie kierowcy. W związku z tym, zamiast wyjechać o 5-tej rano, musiałam poczekać, aż Sławek pojedzie na junk-jard i znajdzie pasującą cześć. W końcu z duszą na ramieniu wyjechałam w drogę do Ithaki przed 10-ta rano i po raz pierwszy w życiu wcale nie byłam ciekawa co też mi się przydarzy tym razem. Po drodze zatrzymałam się na lunch i odczytałam  wiadomość na WhatsApp od mojej znajomej ze Sztokholmu, Marysi, która stwierdziła, że przynajmniej Stan Wojenny w Polsce przygotował mnie na wszystkie ewentualności i pomógł mi się uodpornić na niewygody życia.

Kochana Marysiu – nawet sobie nie zdajesz sprawy, ile racji jest w tym jednym zdaniu🙂  W związku z twoim komentarzem, pomyślałam sobie, że skoro obiecałam kilku czytelniczkom, że uchylę rąbka tajemnicy i opowiem o czym będzie moja książka, zdecydowałam się opisać jedną ze smutniejszych przygód z tamtego okresu, która idealnie pasuje do panującego w tym momencie w Nowym Yorku „Catharsis”. Nie będę opowiadać całej historii ze szczegółami, bo już ją opisałam w mojej książce przeznaczając jej cały rozdział, ale postaram się w ekspresowym skrócie opisać to dramatyczne wydarzenie.

Wraz z moja najlepszą przyjaciółką z czasów liceum wybrałam się na wspinaczkę w góry. Do Karpacza dojechałyśmy porannym pociągiem z Warszawy i zatrzymałyśmy się w pensjonacie przy głównej ulicy. Był koniec września i piękna Złota Polska Jesień objawiła się nam w malowniczych kolorach żółci i czerwieni. Z okien naszego pokoju widać było góry a ciepłe promienie słońca nadal opalały twarze. Nasza przemiła gospodyni przygotowywała nam codziennie rano śniadania i wyczekiwała naszego powrotu wieczorem. Miało być bajecznie pięknie.

Tego dnia zdecydowałyśmy się wejść na Śnieżkę. Opatrzność musiała jeszcze czuwać nad nami, bo ani nie zginęłyśmy w gęstej mgle, która w pewnym momencie spowiła stromą ścianę, po której się wspinałyśmy, ani też nie zostałyśmy rozstrzelane przez GOPR-owców na szczycie Śnieżki, kiedy upierałam się jak oślica, że ja mam ochotę na piwo w schronisku po prawej stronie, a nie po lewej. Rozumiem, że były to czasy głębokiego komunizmu, ale nie mogłam pojąć co za półgłówek podzielił szczyt góry na pół i postawił dwóch żołnierzy do pilnowania wyimaginowanej granicy pomiędzy Polską a Czechosłowacją. Przeleciało mi nawet przez myśl, że chętnie nasłałabym na nich cztery autokary z turystami z Japonii – dopiero wtedy zaczęłaby się „jazda rokowa bez trzymanki.” Bardzo mnie ciekawiło co by wtedy zrobili🙂.

Kiedy wróciłyśmy do Karpacza opatrzność nas opuściła. Wokół zapadła już ciemna noc, a ja klęczałam przed wejściem do pensjonatu trzymając w ramionach umierającą przyjaciółkę. Beata była nieprzytomna a z ust, z nosa i z uszu płynęła jej krew – nie potrzebowałam opinii lekarza, żeby się zorientować, że ma pękniętą podstawę czaszki. Właścicielka pensjonatu zadzwoniła szybko na pogotowie i wkrótce karetka zabrała nas do szpitala w Jeleniej Górze. A potem wyrok: stan krytyczny – jeżeli przetrwa następne trzy dni, ma szanse przeżyć. Wszystkie kolejne wydarzenia przypominały sceny z czarno-białego filmu, w którym grałam główna role i niczego nie mogłam już zmienić, bo ktoś inny napisał dla mnie ten koszmarny scenariusz.

Telefon do rodziców Beaty w środku nocy. Szok mamy wyrwanej z głębokiego snu i pytanie, które miałam nadzieje nigdy nie padnie z jej ust:                                                – Alicja! Czy Beata umiera?                                                                                                               – Lekarz powiedział, że musi Pani natychmiast przyjechać! – odpowiedziałam. Słowo „śmierć” nie przeszło mi przez gardło.                                                               Nagle, cały świat utracił piękno, natomiast smutna rzeczywistość w czasach Stanu Wojennego w Polsce miała na zawsze pozostawić piętno na naszym życiu.

Stan Beaty był krytyczny, pozwolono mi więc spędzić przy jej łóżku całą noc. Rano, wyszłam ze szpitala i pieszo udałam się na pocztę, żeby zadzwonić do jej rodziców. Odebrał brat Beaty i powiedział mi, że lotnisko we Wrocławiu jest w remoncie i rodzice zmuszeni byli udać się w podróż samochodem. Są już w drodze i powinni być na miejscu w Jeleniej Górze wczesnym popołudniem. Mijały długie godziny. Beata nadal leżała nieprzytomna, a jej stan się nie poprawiał. Co chwila podchodziłam do okna sprawdzając, czy może już przyjechali i zdejmą ze mnie wreszcie ten ciężar odpowiedzialności za przyjaciółkę. Przy nowej zmianie pielęgniarek poproszono mnie o opuszczenie pokoju Beaty. Zapadał już wieczór. Siedziałam na korytarzu szpitala przytulona do kaloryfera i czułam się jak zaszczuty pies. Nic nie jadłam od momentu wypadku poprzedniego dnia tylko rano napiłam się gorącej herbaty, która poczęstowały mnie pielęgniarki w dyżurce. Wiedziałam, że tej nocy nie będę mogła liczyć na ludzka życzliwość. Po jakimś czasie podszedł do mnie lekarz i stanowczo kazał mi opuścić szpital. Wyszłam na zewnątrz i usiadłam na schodach. Wokół panowała głęboka ciemność, czarne chmury przesuwały się po niebie i powoli czułam jak krople deszczu spływają mi po twarzy. Nie miałam dokąd iść.                                             Myślę, że samotność nigdy nie była moim wyborem, ale przeznaczeniem…

Rodzice Beaty udali się w drogę do Jeleniej Góry samochodem, chociaż doskonale wiedzieli, że był to głupi pomysł. Z drugiej strony wachlarz możliwości też był ograniczony, bo na pociąg musieliby czekać do następnego wieczoru. Był to niestety okres kartek na benzynę i rodzice Beaty zużyli już większość przydziału na wrzesień, wiec jedyne co im pozostało to nadzieja, że może po drodze uda im się wyżebrać benzynę od „taksówkarzy.” Mniej więcej w połowie drogi rodzice Beaty mieli wypadek. To tak jakby opatrzność zawarła nagle pakt z diabłem wystawiając na próbę nasza wiarę i nadzieję na „Happy End.” Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że pękła w samochodzie linka hamulcowa, ale że po obu stronach drogi były tylko pola, a nie lasy lub zabudowania, więc ojciec Beaty zdecydował się wyhamować samochód zjeżdżając w szczere pole. Przy pomocy życzliwego rolnika, który ruszył im na ratunek, udało im się wyciągnąć samochód z powrotem na szosę. Niestety, w smutnej polskiej rzeczywistość tego okresu nie można było oczekiwać, że akcesoria do samochodu można będzie kupić w każdym okolicznym sklepie samochodowym, wiec na zasadzie „Polak potrafi” wspólnymi siłami „naprawili” starą linkę hamulcową i tym razem w dużo wolniejszym tempie kontynuowali podróż. Po drodze błagali taksówkarzy i przygodnych ludzi na stacjach benzynowych o odsprzedanie im benzyny po wygórowanej cenie, żeby dotrzeć na czas do szpitala.  Wreszcie, po kilkunastogodzinnej podróży udało im się dotrzeć do Jeleniej Góry.

Siedziałam na schodach przy wejściu dla personelu i nie zauważyłam ich przyjazdu. Dopiero kiedy wracali do samochodu dostrzegłam smukłą sylwetkę mamy Beaty. Rzuciłam się w jej stronę z radosnym okrzykiem i natychmiast utonęłam w jej ramionach dając upust powstrzymywanym emocjom. Jednak instynktownie czułam, że coś jest nie tak. Mama Beaty odsunęła mnie od siebie i patrząc mi w oczy ze smutkiem powiedziała:

–       Alicja, ordynator szpitala oskarża cię o próbę morderstwa.

I have heard the sound of my broken heart screeming for help!!!

Alicja

P.S. Co nastąpiło później dowiecie się oczywiście z książki. Było to jednak ostatnie nawiązanie na moim blogu do wydarzeń, które miały miejsce w moim obfitującym w ciekawe, zadziwiające i nieprawdopodobne przygody, życiu. Czasami mam wrażenie, że moje zamiłowanie do książek Joanny Chmielewskiej, spowodowało, że podświadomie, zawsze kierowałam swoim życiem tak, żeby do złudzenia przypominało losy bohaterów jej opowiadań, czyniąc moje własne życie, interesującym pasmem tragikomicznych wydarzeń. Na szczęście, ogromna doza wrodzonego optymizmu, pozwoliła mi na przetrwanie nawet najgorszych momentów mojego życia. Powinno to wyjaśnić moim czytelniczkom, dlaczego dystans do świata, poczucie humoru i niezachwiana wiara we własne siły stały się myślą przewodnią mojego bloga.

5 responses to “O wszystkim po trochu: o książce, o życiu i o mnie …

  1. Ala, mam ciarki na plecach i jestem w lekkim szoku wywolanym Twoimi wspomnieniami z tamtego okresu…

    • Spoko Ania🙂 – ale swoja droga będziesz potrzebowała kilku lampek wina czytając moja książkę w przyszłym roku, bo rzeczywiście działo się w moim życiu zgodnie ze stwierdzeniem jednego z moich byłych narzeczonych: „You live every day, as if there was no tomorrow. ” And he was right …🙂

  2. Oooo niee !!! Nie możesz tak tego zostawić … Chociaż napisz co z koleżanką bo że „we więźniu” nie siedziałaś (oskarżona o próbę morderstwa) to raczej nie uszło mojej uwadze🙂 ALE CO Z BEATĄ ?! Do jasnej Anielki ?!
    PS
    Taaaaa napiszesz książkę po angielsku i co mam ją sobie tłumaczyć w googlach ?

    • Zwariowales? Amerykanie nigdy w zyciu nie zrozumieliby o czym pisze! Rzeczywistosc Komunistyczna albo Stan Wojenny to dla nich jak bajka o „zelaznym wilku” 🙂 Oni nawet nie beda w stanie zrozumiec ich wlasnej rzeczywistosci, kiedy ja opisze. Spoko … ksiazka jest po polsku🙂
      Alicja

  3. Witaj Alicjo!
    No ja też mam ciarki na plecach…Mam nadzieję, że z koleżanką wszystko OK??? A na wyjaśnienie „zagadki” czekam z niecierpliwością. Ależ budujesz napięcie:)
    Tak się składa, ze ja pochodzę z Jeleniej Góry i znam Karkonosze w każdej pogodzie, na Śnieżkę biegałam niemalże co weekend i czasem również we mgle! Próbuję sobie wyobrazić co tam przeżyłyście, ale coś mi się zdaje, że rzeczywistość mnie przerośnie…
    Pozdrawiam
    Beata

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s