The Day After

Otworzyłam oczy i sięgnęłam po iPhone – Wtorek, 30 października 6:25  rano … „The Day After the Hurricane.” Na zewnątrz świat powoli budził się do życia w pierwszych promieniach wschodzącego po burzy słońca. Deszcz wprawdzie już ustał, ale skołtunione chmury nadal przesuwały się po niebie podczas gdy wiatr lekko uderzał w szyby okien. Zaspanym wzrokiem próbowałam przeczytać wiadomości na Facebook i SMS-y wysyłane przez rodzinę w Polsce i szczerze zaniepokojonych znajomych po obu stronach oceanu.  Czytałam te wiadomości i przyjemne ciepło spływało na moją samotną duszę.  Miło jest wiedzieć, że ktoś o mnie myśli🙂

Czy musiałam decydować się na tę izolację? Absolutnie nie … oferty pomocy i zatrzymania się u znajomych napływały ze wszystkich stron i jeszcze w niedzielę miałam szansę opuścić Staten Island, ale jednak zdecydowałam się zostać. Nie zmieniłam zdania nawet wtedy, kiedy zarządzono ewakuacje budynku, chociaż na opuszczenie wyspy było już zdecydowanie za późno. Zawsze wolałam być Miss Independent nawet jeżeli miałam „na złość mamie i tacie uszy sobie odmrozić”🙂  Niestety, tym razem pozwoliłam sobie na odrobine słabości szukając pomocy u niewłaściwego ofiarodawcy. Czasami zachowujemy się jak ćmy, które wiedzione fałszywym blaskiem giną w płomieniach ognia. Morał?: „If it doesn’t kill you, it makes you stronger.”🙂

… Niedziela minęła bez większych niespodzianek natomiast w poniedziałek około południa, zmieniająca się gwałtownie pogoda i nadciagające chmury zwiastowały nadchodzący huragan.  Za oknem zapadł już zmrok, deszcz uderzał w okna z niespotykanym impetem, a wiatr wzmagał się z każdą minutą rycząc nieludzkim głosem, który do złudzenia przypominał przerażające okrzyki demonów rozbrzmiewające echem w głębokiej otchłani wulkanu. Brutalne podmuchy wiatru waliły w okna pokoju, w którym wygodnie siedziałam sobie na kanapie przyglądając się ze stoickim spokojem palącym się w oknie świeczkom, których płomienie tańczyły radośnie przy każdym podmuchu wiatru. O oglądaniu Manhattanu w urzekającej poświacie księżyca nie miałam nawet co marzyc i podobnie jak wszyscy mieszkańcy wschodniego wybrzeża, przygotowujący się na nadejście Huraganu Sandy, czekałam na najgorsze, przy czym nikt tak naprawdę nie wiedział co to może oznaczać.

Próbowałam wypełnić czas redagując kolejny artykuł do mojego bloga, spoglądając co chwila na wiadomości w telewizji i zmieniające się jak w kalejdoskopie wydarzenia. Marzyłam o moim ulubionym Dirty Martini, ale zdawałam sobie sprawę, że w zaistniałej rzeczywistości lepiej mieć trzeźwe podejście do sytuacji. Na zewnątrz szalał wiatr a w oddali migotała sylwetka dolnego Manhattanu. Około dziesiątej wieczorem zadzwoniła do mnie moja znajoma – Ela, żeby sprawdzić czy wszystko OK. Obie byłyśmy w dobrych nastrojach i właśnie porównywałyśmy sytuacje w Midtown vs. Staten Island kiedy nagle dostrzegłam błysk, niczym błyskawica przecinający niebo nad Manhattanem i w tym momencie Ela powiedziała:                                                                                              –       Nie mamy prądu.                                                                                                                      W tej same chili zgasły wszystkie światła w Battery Park i na Wall Street i wyglądało na to, że Konsulat Generalny RP pogrążył się wraz z resztą Manhattanu w egipskich ciemnościach. Podeszłam bliżej do okna i ze zdziwieniem zobaczyłam, że ulicami płynie rzeka. Powiedziałam Eli, że zdzwonimy się później i pobiegłam sprawdzić sytuacje na ulicy z drugiej strony, z okien sypialni. Rozejrzałam się dookoła i ku mojemu przerażeniu okazało się, że mój budynek stał się oficjalnie  wyspą po środku Hudson River. Usiadłam z powrotem na kanapie kładąc na stoliku zapałki i świeczkę i wróciłam do pisania artykułu zdając sobie sprawę, że utrata prądu jest tylko kwestią czasu. Krótko potem zgasło światło i w mieszkaniu powiało grozą. Nienawidzę ciemności! Na szczęście baterii w laptopie starczyło mi jeszcze na więcej niż pół godziny, więc zdecydowałam się kontynuować pisanie artykułu. Kiedy skończyłam, wiatr powoli się uspokajał. Wyglądało na to, że najgorsze było już za nami.                                                                                                                                            -What a spooky night – pomyślałam i ze świecą w ręku udałam się do sypialni.         Zanim jeszcze zdążyłam zasnąć przeleciało mi przez myśl, że właściwie to nie wiem co zrobię kiedy się obudzę, ale z czysto irlandzką fantazją Scarlet O’Hara zdecydowałam: „I will think about it tomorrow” po czym zamknęłam oczy i natychmiast zniknęłam w silnych ramionach Orpheusza …

… Po przejrzeniu wiadomości na Facebook i odpowiedzeniu na SMS-y i e-maile wygramoliłam się z łóżka i szybko pobiegłam na taras. Zimny powiew wiatru od zatoki wstrząsnął moim ciałem. Wzięłam głęboki oddech i zachłysnęłam się unoszącym się w powietrzu orzeźwiającym zapachem wilgoci. W brzasku budzącego się do życia dnia majaczyła w oddali czarna sylwetka Manhattanu, która niczym porzucony wrak statku straszyła swoim demonicznym wyglądem podczas gdy skołtunione chmury wisiały w bezruchu ponad dachami wieżowców. Jeszcze wczoraj wiatr ryczał diabelskim głosem uderzając w okna z brutalnością, która budziła starch, ale nawet w minimalnym stopniu nie była tak przerażająca jak panująca wokół cisza. W pewnym momencie usłyszałam głos syreny policyjnej i oficera nawołującego ludzi do powrotu do domów.  Przypominało to do złudzenia sytuacje z czasów Stanu Wojennego w Polsce – na szczęście nie wprowadzono Curfiew i po południu zdecydowałam, że trzeba będzie gdzieś naładować komórki i komputer. Spakowałam moje rzeczy do torby i wyszłam z mieszkania. Na klatce schodowej panowały przerażające ciemności i kiedy dotarłam do lobby, stanęłam po środku ogromnej kałuży. I znowu to cholerne uczucie Deja vu!!!

Pobiegłam myślami trzy lata wstecz. Dokładnie pamiętam ten poranek w Dzień Bożego Narodzenia kiedy w piżamie i kaloszach nałożonych na bose nogi stałam zmarznięta w piwnicy domu za dwa miliony dolarów w bogatej dzielnicy Forest Gardens. Nienawidziłam tego domu. Nikt nigdy nie był tu szczęśliwy. Woda z pękniętych rur podnosiła się z przerażająca prędkością zalewając piec grzewczy i stojący obok niego gazowy. Byłam właśnie w trakcie rozwodu, mąż był w drodze na Floryde, gdzie zamierzał spędzić święta z kochanką podróżując po Karaibach na pokładzie naszej łodzi, natomiast ja zastanawiałam się, czy też na prawdę na każdym kroku musze udowadniać sobie i całemu światu, że jestem „Siłaczką.” W jadalni na górze paliły się świeczki na choince, a ja oczami wyobraźni widziałam rodziców przygotowujących się w Polsce do Wigilijnej kolacji. Mama krzątała się po kuchni, tata kroił bułkę na makiełki a w powietrzu unosił się znajomy zapach świerku, suszonych grzybów i ciepłego jeszcze makowca. To miały być bardzo smutne święta. Ja natomiast stałam po środku piwnicy zastanawiając się co ja tu do cholery robię. Dokładnie to samo pytanie przebiegło mi przez myśl kiedy stanęłam w zalanym wodą, lobby budynku.                                                                                                                          – Niedobry moment na samotność i udowadnianie sobie niezależności – pomyślałam i szybko wybiegłam na ulice próbując za wszelka cenę uciec od nieprzyjemnych wspomnień.

Na zewnątrz panował chaos. Odchodząca woda pozostawiła za sobą niesione z nurtem rzeki słupy wysokiego napięcia oraz połamane drzewa i gałęzie, które leżały teraz w poprzek ulic. Idąc w górę Bay Street zauważyłam nad wodą tankowiec, który ugrzęzł na brzegu Hudson River. Większość sklepów i restauracji była pozamykana, więc zatrzymałam się w jednym z niewielu otwartych barów. Źle się czułam i nie miałam ochoty na nic do jedzenia, więc usiadłam przy barze (nigdy nie chodzę do baru sama, ale niestety potrzeba naładowania komórki była silniejsza niż moje zasady) zamówiłam lampkę czerwonego wina i cierpliwie czekałam, aż się naładuje mój iPhone i komputer. W miedzy czasie odezwał się Robin Hood i czekając na niego wdałam się w przyjemna rozmowę z właścicielem restauracji. Niestety stres i wino spowodowały, że porządnie narozrabiałam i Robin Hood jest już przeszłością (tym razem przyznaję, że w pewnym sensie jest to moja wina: Ces’t la vie) natomiast następnego dnia ogłosiłam kapitulację i przeniosłam się do znajomych na „stare śmiecie” do Forest Hills. Nie jest łatwo być Miss Independent kiedy nie ma w pobliżu przyjacół, na których można się oprzeć, choćby nawet na mała chwilkę „to recharge batteries.”

Wpadłam do domu moich przyjaciół odkrywając na nowo uroki ciepłej wody, elektryczności, Internetu i gorącej herbatki … jak niewiele nam potrzeba do szczęścia – pomyślałam🙂. Dopiero po trzech dniach życia w kompletnej izolacji, bez dostępu do telewizji i Internetu uświadomiłam sobie ogrom zniszczeń wyrządzonych przez Huragan Sandy i nagle wszystkie moje osobiste zmagania wydały się małostkowe i nieistotne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s