Wspinaczka po górach Adirondak – cześć 2.

Po wejściu na jedną ze skalnych półek zachwyciłam się otaczającym mnie krajobrazem. Udało mi się zrobić kilka zdjęć, kiedy nagle usłyszałam za plecami szczebiot nadchodzących Harpii. Jedna z nich upierała się z uporem maniaka, że skała na której stoję to właśnie szczyt góry, natomiast druga sugerowała, że Mt. Marcy to ten szczyt nieco powyżej, górujący nad okolicą. Zdążyły się już zorientować, że działają na mnie jak czerwona płachta na byka, ale z braku innych osób w promieniu pól kilometra, które pomogłyby im rozwiązać ten konflikt spytały się mnie o opinie. Spojrzałam na nie nawet nie próbując wykrzesać z siebie żadnych uczuć, ani negatywnych ani nawet pozytywnych. Przez myśl przeleciał mi szalony pomysł, że może na ich potrzeby słownik Webstera powinien może zmienić definicję “najwyższy szczyt” – może powinno tam figurować określenie: “mniej” lub “bardziej” najwyższy?🙂

Ciekawe czy ci wszyscy faceci, których mijam na szlaku maja podobna opinie o mnie, jak ja mam o Harpiach? – pomyślałam. Na szczęście buzię trzymam zamkniętą, ale za to cała reszta w postaci powłoki zewnętrznej źle o mnie świadczy bo przyznaję, że Fashionistą jestem nie tylko w mieście🙂. Potwierdziłam, że Mt. Marcy, która jest najwyższym szczytem w górach Adirondak to niestety ten wznoszący się przed nami skalisty szczyt i nie marnując ani chwili na zbędne dyskusje, ruszyłam przed siebie.

Ostatni etap wiodący przez odkryty teren porównać można do drogi przez mękę. Skaliste ściany były na szczęście suche, ale strome zbocza porośnięte gdzieniegdzie cienką warstwą mchu powodowały, że wystarczył jeden błąd i cała wspinaczka mogła się skończyć tragicznie na 100 m przed końcem. Minęłam tabliczkę ostrzegająca, że wkraczam właśnie w strefę klimatu arktyczno- alpejskiego i wkrótce potem, w 3h20min od momentu wyruszenia z bazy dotarłam na szczyt Mt. Marcy – wreszcie mogłam odetchnąć z satysfakcją. Po drodze minęłam grupę pięciu mężczyzn odpoczywających za wysoka skałą, gdzie schronili się przed lodowatym wiatrem, po czym jeden z nich krzyknął gromkim głosem:                                                                                                                                                      – You made it to the top!                                                                                                              –       – Yes, Indeed  – odpowiedziałam i stanęłam na szczycie delektując się widokiem, który rozpościerał się przede mną.

Są takie momenty w życiu każdego człowieka, kiedy trudno jest opisać uczucia używając wyszukanych słów. Szczególnie wtedy, kiedy otaczające nas piękno zachwyca swoim urokiem i wypełnia naszą duszę nieopisaną, wręcz surrealistyczną radością, której nie sposób jest wyrazić słowami. To właśnie w takim momencie pojawia się lekkie uczucie żalu, że nie ma przy mnie kogoś kto postrzega świat w ten sam sposób i nie potrzebuje słów, żeby zrozumieć tę burzę namiętności targająca moją duszą niczym fala cudownych uniesień … Na szczęście jest to tylko chwilowa tęsknota🙂

Z braku laku zwróciłam się do przechodzących obok kolesiów, z prośbą, żeby mi zrobili zdjęcie na dowód “że udało mi się” dotrzeć na sam szczyt, po czym znalazłam sobie zaciszne miejsce za jedną ze skał i usiadłam na zasłużony odpoczynek. Lodowaty wiatr szybko chłodził rozgrzane ciało, więc szybko wyciągnęłam termos z gorącą herbata i z przyjemnością zabrałam się za pałaszowanie kanapki. Widok na okolicę był niewyobrażalnie piękny, chwilami miałam wrażenie jakbym siedziała w środku kalejdoskopu obserwując zmieniający się co 360 stopni krajobraz, podczas gdy zielone wzgórza stykały się na horyzoncie z lazurowym niebem. W oddali widać było jak na dłoni Ośrodek Sportów Olimpijskich z górującą nad okolicą skocznia narciarska a kawałek dalej widać było tonące w promieniach słońca miasteczko Lake Placid, ktore przegladalo sie w blyszczacej tafli Mirror Lake.

Poczekałam, aż Hetery odpoczęły i ruszyły w drogę powrotną po czym przeniosłam się na słoneczną stronę góry i ponownie oddalam się błogiej bezmyślności delektując się otaczającą mnie przyrodą. Nagle zza skały wyłonił się Łysy. Spojrzałam na niego zdziwiona, bo miało go tu nie być. Okazało się, że widok na Mt. Marcy ze szczytu Mt. Phelp był tak imponujący szczególnie przy tak pięknej pogodzie, że nie był w stanie odmówić sobie przyjemności zdobycia takie i tej góry. Łysy zajął miejsce obok mnie, (wokół siedziało już około dziesięciu mężczyzn nie bez powodu – wysoka skala chroniła przed zimnymi powiewami wiatru podczas gdy słonce opalało twarze) i oddaliśmy się miłej rozmowie. Okazało się, że jest rodowitym Kanadyjczykiem i na weekendowe wspinaczki po górach Adirondak przyjeżdża od jakiegos czasu co tydzień przygotowujac się w ten sposob do wyjazdu do Argentyny, gdzie planuje spędzić dziewięć dni wspinając się na lodowiec. Powiedziałam mu, że na mojej “bucket list” jest Kilimanjaro w Tanzani ponieważ zdecydowanie wole cieplejsze klimaty, chociaż siedmiodniowa wyprawa na szczyt wulkanu może okazać się równie wyczerpująca jak wspinaczka na lodowiec.

Po godzinnym odpoczynku, zmieniłam skarpetki na suche, założyłam ochraniacz na kolano (uszczerbnięta kość podczas jazdy na snowboardzie odzywa się od czasu do czasu dotkliwym bólem) po czym pożegnałam Łysego i ruszyłam w drogę powrotna. Cud boski, że nie zgubiłam zębów schodząc w dół po stromej skale dzieki czemu z nieukrywana radością powitałam rwący potok, który zdecydowanie przybrał na sile i całkowicie wypełnił prowadząca w dół ścieżkę. Po drodze mijałam kolejne grupy turystów, w większości mężczyzn, którzy z niezrozumiałych dla mnie powodów za każdym razem pytali się mnie, czy dotarłam na szczyt, a jeden nawet się zapytał o której wyszłam z bazy, skoro już wracam. Co za idiotyczne pytania – pomyślałam. W końcu celem wspinaczki jest zdobycie szczytu, a nie zrezygnowanie u podnóża. Jedyne co usprawiedliwiało tę serię dziwacznych pytań to to, że nigdy nie spotkałam wspinającej się samotnie po górach kobiety, wiec jako rzadkość w tej dziedzinie domyślam się, że mogłam uchodzić za kuriozum🙂

W pewnej chwili natknęłam się na lekko roztargnionego, wysokiego blondyna w jasnych jeansach, bez plecaka, ale za to w czapeczce baseballowej New York Mets, który tak wyglądem jak i zachowaniem sugerował, że znalazł się na szlaku przez zupełny przypadek, bo tak na prawdę wybierał się do baru na piwo ale obudził się za wcześnie i pomylił tak godziny otwarcia jak i kierunki. Jakieś pięć minut później wpadłam na grupę studentów i jeden z nich zapytał się mnie czy widziałam z przodu opisanego przeze mnie powyżej dziwoląga. Potwierdziłam, że owszem, prowadzi peleton, ale zdaje się, że jest świecie przekonany, iż jego grupa jest przed nim, a nie za nim, bo mijając go usłyszałam jak ryknął niczym łoś na rykowisku w kierunku pod gorę, a nie w dół. Nie wiem czego zakręcony blondyn się nawdychał, ale mam nadzieję, że cokolwiek to było, starczy mu to do samego szczytu bo w przeciwnym razie zderzenie z rzeczywistością może być nieco bolesne. Szczególnie, że na szczycie nie ma baru z piwem.

Zostawiłam za sobą zatroskana grupę i nadal delektowałam się pięknem otaczającej mnie przyrody kontynuując zejście wzdłuż niebieskiego szlaku. W pewnym momencie zza zakrętu dobiegł mnie męski głos:                                                   –       Najdelikatniejsza częścią mojego ciała są moje sutki.                                       Treść wypowiedzi była tak ogłuszająca, że o mały włos nie spadłam na twarz tracąc całkowicie kontrole nad swoim ciałem na śliskich kamieniach. W końcu złapałam równowagę i z wyraźnym zaciekawieniem czekałam, aż autor tej kontrowersyjnej bądź co bądź wypowiedzi wyjdzie zza drzew. Nawiasem mówiąc, zawsze mi się wydawało, że cześć ciała umieszczona nieco poniżej torsu, i nie mam tu bynajmniej na myśli brzuszka, jest najdelikatniejsza częścią męskiego ciała. W końcu jednak nie jestem mężczyzną, więc może nie powinnam wyrażać swojej opinii na temat poziomu wrażliwości organu, którego nie posiadam🙂  W tym momencie zza zakrętu wyłoniła się grupa czterech młodzieńców, z których jeden zajęty swoimi myślami nawet nie zauważył że stoję po środku ścieżki i bardzo przejęty kontynuował swoje głęboko intymne wywody:                                                      – Zauważyłem nawet, że z całego ciała sutki pocą mi się najszybciej.                             W tym momencie nawet nie próbowałam utrzymać powagi i gruchnęłam gromkim śmiechem. Wtórowali mi pozostali młodzieńcy, z lekka zafrasowani szczerością kolegi. W końcu po dosyć długiej chwili udało mi się odzyskać równowagę i ruszyłam w swoim kierunku, przy czym nie omieszkałam sprawdzić czy moje sutki też się pocą. Jakoś jednak nie zauważyłam takich anomalii na mapie mojego własnego ciała🙂

Po drodze ponownie natknęłam się na znajomego chipmunk, który zdążył już wrócić z zakupów w Macys’ i dał mi się nawet pogłaskać. W następnej kolejności dogonił mnie Łysy, który zdecydowanie upierał się przy trzymaniu się za mną a nie przede mną, natomiast bliżej końca wpadliśmy jeszcze na Harpie, które straciły energie i wreszcie się zamknęły. W efekcie prowadziłam peleton złożony z przynajmniej sześciu turystów, przemoczonych, zziajanych, uświnionych od stóp do głów, z których nikt już nie miał ochoty na wyścigi po górskim szlaku. Na tym etapie, w kupie było zdecydowanie raźniej. Mniej więcej na milę przed bazą Adirondak Loj, dogoniłam Kasie i Piotra i razem już dotarliśmy do samochodu. Stanowczo zapowiedziałam, że dzisiaj bez piwa i obiadu się nie obejdzie i wyruszyliśmy do Lake Placid. Zaprowadziłam ich do mojej ulubionej włoskiej restauracji z widokiem na jezioro i wznosząca się w oddali White Face. Rozkoszowaliśmy się wyśmienitym jedzeniem, doskonałym piwem oraz argentyńskim winem czerwonym i kiedy opuściliśmy restaurację, na zewnątrz panowały już ciemności. Po drodze do samochodu wstąpiłam po herbatę do Starbucks i ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Siedziałam z tyłu samochodu i z zaciekawieniem przeglądałam zdjęcia ze szczytu Mt. Marcy. W pewnym momencie pochyliłam się do przodu, żeby pokazać jedno ze zdjęć Kasi, kiedy nagle rzuciło samochodem i jednocześnie towarzyszył temu ogromny huk, jakby coś uderzyło z ogromną siłą w maskę samochodu, i natychmiast oczom naszym ukazały się przelatujące przed oknem nogi. Katem oka zdążyłam zarejestrować, że były to nawet dwie pary nóg i na szczęście obie należały do tego samego ciała. W miedzy czasie wyfrunęły mi z rak tak kubek z herbata jak i iPhone i poszybowały w powietrzu w nieznanym kierunku. Wszyscy siedzieliśmy w kompletnym szoku natomiast Piotr jechał dalej. Kobiety chyba reagują szybciej na wstrząsy, bo kazałyśmy mu się natychmiast zatrzymać primo: trzeba było sprawdzić czy biedna sarna jeszcze żyje, co było mało prawdopodobne, a secundo: czy samochód nadaje się do dalszej jazdy. Sarna była olbrzymich rozmiarów i w pewnej chwili pomyślałam czy nie jest w ciąży, tak była upasiona, ale w końcu zima to nie sezon na amory. Niestety zginęła w momencie zderzenia, więc na szczęście nie cierpiała, natomiast jeśli chodzi o samochód miał wgniecioną maskę, zbite światła, drzwi od strony kierowcy się nie otwierały, oraz jak się później okazało – uszkodzoną chłodnicę – do dalszej jazdy zdecydowanie się nie nadawał. Piotr zajął się robieniem zdjęć, natomiast ja znalazłam wreszcie mojego iPhona pod przednim siedzeniem obok kierowcy i zadzwoniłam po Policje. Co ciekawe, ruch na drodze nie był duży, ale każdy przejeżdżający w samochodzie kierowca zatrzymywał się pytając czy potrzebujemy pomocy. Istna sielanka. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy na miejscu pojawił się Policjant ze składu K-9 (policjant + pies), który z miejsca zdobył serce Kasi. Nie ma się zresztą co dziwić, bo nie dość że był przystojny, gadatliwością dorównywał i mnie i Kasi to jeszcze na dodatek był strasznie miły co jest niezwykłością w stanie Nowy Jork. Nie żeby policjanci byli niemili, ale większość jest zdecydowanie za sztywna. Po spisaniu raportu policjant poczekał razem z nami w środku lasu, aż przyjechała laweta z równie jak on miłym kierowca oraz drugi samochód, który miał nas zabrać z powrotem do hotelu. W efekcie wydarzeń na które nie mieliśmy wpływu, nie wybraliśmy się następnego dnia na zdobywanie drugiej co do wielkości góry w Adirondak – Algonquin Peak, tylko spędziliśmy cały dzień na podroży do Nowego Jorku: Kasia i Piotr wracali autobusem, a ja wybrałam pociąg.

Tak wiec jeżeli ktoś ma ochotę na dobra zabawę i pełną wrażeń wycieczkę w stylu „Wakacje za jeden uśmiech” z Poldkiem i Dudusiem, to serdecznie zapraszam na nasza kolejną wyprawę. Z jakiś nieuzasadnionych powodów, nasze wypady w góry zawsze obfitują w ciekawe wydarzenia i jedno jest pewne – nudzić się z nami nie sposób.

2 responses to “Wspinaczka po górach Adirondak – cześć 2.

  1. Witaj Alicjo! Wyprawa rzeczywiście z przygodami! Ale takie zawsze najdłużej się pamięta…
    Czekam na Twoje kolejne wpisy, bo bardzo lubię jak piszesz:) (cóż za polot!) Oczywiście czekam z niecierpliwością na książkę! Kiedy planujesz ją wydać? Na jakim etapie juz jesteś? Jeśli możesz to proszę uchyl rąbka tajemnicy…
    Alicjo martwię się o Ciebie z powodu okropnej Sandy! Mam nadzieję, że siedzisz bezpiecznie w domku i nic Ci nie grozi. Trzymam kciuki za wszystkich mieszkańców NY i pozostałych miast zagrożonych huraganem.
    Pozdrawiam serdecznie z zimnej, już częściowo pokrytej śniegiem ojczyzny!

    • Cześć Beata,
      Blog – super, ze ci się nadal podoba – celem bloga było zorientowanie się czy po pierwsze znajdę czytelniczki/kow a po drugie czy mój styl pisania się podoba. Okazuje się, ze tak, i to nawet bardzo i od dwóch tygodni publikuje już urywki w polskiej gazecie „Kurier Plus” w NY. Ku mojej nieukrywanej radości moje artykuły spotkały się z ogromnym zainteresowaniem, wiec nie muszę się obawiać, ze moja książka przejdzie niezauważona, bo mam juz sporo czytelników.
      Książka – mam już około 50 stron – co najważniejsze mam już solidny początek co zawsze stanowi kręgosłup, na którym buduje się całą resztę, wiec najgorsze mam za sobą. Zawsze pisząc wypracowania najbardziej zależało mi na „idealnym” wstępie, bo to właśnie on zdecyduje, czy uda mi się zaintrygować czytelnika na tyle, żeby sięgnął po artykuł lub książkę i przeczytał ja do końca. „I aim to allure and seduce the readers in order to keep them to my self throughout the entire story. It is the only way I want to write :)” Pisze w sposób nieskoordynowany opisując przygody i wydarzenia z rożnych etapów mojego życia, zależnie od natchnienia, bo w końcu jest to w pewnym sensie Memoir, a nie Fiction, wiec we wlasciwym momencie poskładam wszystkie opowiadania w jedna chronologiczna całość bez obawy, ze utracę watek. Planuje niedługo umieścić urywki – krótkie, ale przekonywujące i w tym samym klimacie pełnym optymizmu i poczucia humoru, chociaż przyznaje, ze miejscami będzie bardzo smutno😦 No i z cala pewnością narobię sobie dużo wrogów bo obu stronach oceanu … ryzyko wliczone w cenę🙂
      Pogoda – nie jest pięknie – powiedziałabym, ze nawet jest przerażająco – nie żebym się bala, ale Matka Natura może być nieobliczalna i należy się przygotować na najgorsze. Ciągle jeszcze widzę z mojego okna na Staten Island zarysy Manhattanu, ale fale na Hudson River robią się coraz większe i już przelewają się na ulice a wiatr robi się coraz silniejszy. To będzie bardzo długa noc🙂.
      Pozdrawiam serdecznie,
      Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s