Wspinaczka po górach Adirondak – część 1.

Wyprawę do Lake Placid na wspinaczkę po górach zaplanowaliśmy z Piotrem na początku października. Planowaliśmy zdobyć dwa najwyższe szczyty w Adirondacks: w sobotę Mt. Marcy 5344 ft., a następnego dnia Algonquin Peak 5114 ft.  Na wycieczkę zabrała się z nami tylko Kasia, ponieważ Jan wyjechał do Monachium, Frank boi się niedźwiedzi, Ewa z obsesją godną podziwu gimnastykuje się na rowerze, natomiast Robin Hood jest chwilowo niepełnosprawny🙂. W czwartek przed wyjazdem okazało się, że cały piątek ma padać deszcz, więc w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się na spontaniczny wyjazd do Montrealu w Kanadzie. Być może zła prognoza pogody była znakiem ostrzegawczym przed naciągającymi czarnymi chmurami, ale niestety nikt z nas nie miał zdolności Casandry, w przeciwnym razie, wiedząc co nas czeka, zostalibyśmy pewnie w Nowym Jorku umierając z nudów. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W piątek o godzinie 7-ej rano opuściliśmy Manhattan i przez całą drogę, aż do granicy Kanadyjskiej towarzyszył nam deszcz, chociaż z drugiej strony, ulewa byłaby właściwszym określeniem tego co działo się za oknami samochodu. W Montrealu zgubiliśmy się przynajmniej pięć razy zanim w końcu zaparkowaliśmy pod mostem i przesiedliśmy się do metra w obawie, że spędzimy cały dzień jeżdżąc po peryferiach miasta. Dzięki temu udało nam się w sensownym czasie i bez przeszkód dojechać do najstarszej części Montrealu. Przebiegliśmy kurc galopkiem przez Pole Marsowe, Kasia zahaczyła o Ratusz zaznaczając swoją obecność w sposób czysto fizjologiczny, po czym w ostatniej chwili tuż przed zamknięciem, udało nam się wpaść do Bazyliki Notre-Dame. Trzeba przyznać, że wnętrze Bazyliki jest wyjątkowo imponujące i zdecydowanie mniej ascetyczne niż Katedra w Paryżu. Szczególną uwagę zwróciłam na ołtarz wykonany w formie metaloplastyki, mieszczący się w Kaplicy Notre-Dame na tyłach Bazyliki – wyjątkowo imponujące dzieło sztuki.

W następnej kolejności przegoniłam Kasię i Piotra przez uliczki Starego Miasta i zapowiedziałam, że bez “Crepes avec Chocolate” nie wyjeżdżam z Montrealu. Przerażeni perspektywą koczowania w Kanadzie, Kasia i Piotr skoncentrowali się na poszukiwaniu Creperie, a ja z nieukrywanym zafascynowaniem koncentrowałam się na mojej drugiej, obok jedzenia, obsesji jaką są Wystawy oraz Galerie Sztuki Współczesnej. Do malutkiej i jakże przytulnej restauracji Creperie Chez Suzette przy 3 Rue Saint Paul Est doprowadził nas unoszący się w powietrzu zapach świeżych naleśników. Na stole pojawiły się trzy zupy cebulowe z zapiekanym na wierzchu serem ementaler, quiche z szynką i szpinakiem oraz moje ukochane naleśniki z czekoladą i truskawkami z olbrzymią kulą lodów waniliowych na wierzchu. Orgazm w krótkich majteczkach! W pełni usatysfakcjonowana (tylko jedzenie ma tak cudowny wpływ na moja dusze i ciało :))  opuściliśmy Montreal gubiąc się po drodze kilka razy,  zanim wreszcie dojechaliśmy do granicy i poł godziny później dotarliśmy do naszego hotelu w Plattsburgh, NY.

Następnego dnia rano obudziliśmy się o 5-tej rano, przygotowaliśmy gorącą herbatę i kanapki i godzinę później byliśmy już w drodze do Lake Placid. Po drodze minęliśmy “White Face” (zimowy ośrodek narciarski) tonący w promieniach wschodzącego słońca. Wzdłuż drogi ciągnęła się wzburzona rzeka, okoliczne góry mieniły się orgią kolorów jesieni, które kontrastowały z lazurem nieba, a w dolinach unosiła się poranna mgła. Coś było niezwykle urzekającego w tym obrazku – z jednej strony sielskim, a z drugiej – dramatycznym. Pomyślałam nawet, że o tej porze roku było to idealne miejsce na kręcenie horrorów, a przypominam, że Halloween już za tydzień🙂.

Dojechaliśmy do bazy przy High Peaks Information Center bez żadnych przeszkód i punktualnie o godzinie 8:18 rano wyruszyliśmy na szlak. Kasia nie czuła się na siłach wdrapywać się na sam szczyt, wiec mniej więcej pół godziny później, zaopatrzona w mapę i ogromną siłę woli oddzieliłam się od mojej załogi i wyruszyłam na samotną wspinaczkę na Mt. Marcy. Przy czym “samotna” to może lekka przesada, bo ruch na szlaku był jak na Marszałkowskiej w porze lunchu. Na szczęście udało mi się wyprzedzić większość turystów dzięki czemu mogłam oddać się bez reszty delektowaniu się widokiem przyrody i wyścigiem z czasem. Na Internecie przeczytałam, że wytrawni turyści są w stanie wejść na szczyt Mt. Marcy w 3 godziny, natomiast amatorzy potrzebują ponad 4 godziny. W związku z tym postawiłam sobie za punkt honoru zmieścić się w czasie przeznaczonym dla pierwszej grupy nawet gdybym miała się czepiać skały zębami. Parłam wiec do przodu niczym mały czołg nie bardzo wiedząc czego mogę się spodziewać za każdym kolejnym zakrętem.

Na szlaku mijałam w większości mieszane pary turystów, z czego wyjątek stanowiły dwie rozjazgotane Amerykanki, które bez mapy i jakiegokolwiek rozeznania w terenie miotały się po szlaku jak ślepe komety i z jakiś nieznanych mi powodów uznały zgodnie że byłoby miło wspinać się razem. Spojrzałam na nie krytycznym wzrokiem i pomyślałam sobie: jakie to szczęście, że nie jestem mężczyzną. Dzięki temu nie muszę szukać sobie dziewczyny z IQ powyżej średniej, która nie skrzypi jak stare skrzydło od szafy, nie podskakuje jak Wańka Wstańka wprowadzając wzrok w oczopląs i doprowadzając mnie do furii piskliwym głosikiem o skali wysokiego soprano i upierdliwością, która doprowadziłaby świętego na skraj wytrzymałości psychicznej. Dzięki temu, przerażona perspektywa holowaniem za sobą dwóch piramidalnych idiotek włączyłam piąty bieg i wyrwałam do przodu niczym dwuletnia klacz na torze wyścigowym podczas Wielkiej Pardubickiej.

Dalsza wspinaczka była czystą sielanką, a radość w mojej duszy brzmiała niczym chór anielski. Szłam pod górę zachwycając się otoczeniem, słuchając symfonii dźwięków wydobywających się z tysiąca małych rwących potoczków spływających z gór po wczorajszym deszczu. W powietrzu unosił się cudowny zapach choinek przypominający o nadchodzących świętach Bożego Narodzenia, a w przesmykach pomiędzy gałęziami drzew przebijały się promienie słońca tworząc namacalną wręcz kurtynę światła. W pewnym miejscu po przejściu na druga stronę czułam się jak Alicja po drugiej stronie lustra🙂. Nagle, za jednym z zakrętów dostrzegłam malutkiego chipmunk, który radośnie skakał z kamienia na kamień kierując się w dół szlaku. Mijając mnie zatrzymał się na mała chwilkę, zerknął na mnie z zaciekawieniem, dokładnie takim samym z jakim jak patrzyłam nie niego, i pobiegł radośnie w swoja stronę, spiesząc się pewnie na zakupy do Macy ‘s – może już czas na nowe futerko na zimowe mrozy? – pomyślałam.

W miarę jak poruszałam się w górę szlaku, strumienie wody przybierały na sile dzięki czemu miejscami szlak przypominał rwący potok. Nie cierpię mokrych butów, więc przeskakiwałam jak gazela z kamieni na kłody drzew ułożone w poprzek trasy. Nagle, katem oka dostrzegłam wśród drzew dwa znajome kształty. Przykucnęłam na skraju drogi i oczom moim ukazał się dużych rozmiarów bóbr słuchający perrorującej z zapałem wiewiórki.                                                                                                    –       Nieźle musieli narozrabiać skoro Artemida, bogini gór i lasów, zdecydowała się zamienić ich w kamienne posagi, obrośnięte mchem – pomyślałam.

Nagle usłyszałam za sobą kroki – podniosłam głowę i oczom moim ukazała się uśmiechnięta twarz mężczyzny o niebieskich oczach (czy na prawdę nie ma już innego koloru oczu?). Był to niewysoki, łysy, o dobrotliwym spojrzeniu człowiek, w okolicy pięćdziesiątki – ubrany był na czarno i dźwigał pokaźnych rozmiarów plecak.                                                                                                                                                       –       O cholera! – pomyślałam spanikowana – Artemida jest także patronka myśliwych i płodności – A Kysz! Sio ode mnie złe moce! – wykrzyknęłam w duchu.                    Tym niemniej, odwzajemniłam uśmiech po czym otworzyłam plecak i ostentacyjnie dałam mu do zrozumienia, że zamierzam rozłożyć się na piknik. Łysy przeszedł obok mnie i kontynuował wspinaczkę. Po odczekaniu dłuższej chwili, spakowałam swoje zabawki i ruszyłam pod górę. Nie wiem jak to się stało, czy to on zwolnił czy też ja zaczęłam się poruszać z prędkością dźwięku, fakt pozostaje, ze niedługo potem nie tylko dogoniłam Łysego, ale nawet się zatrzymał żeby puścić mnie przed sobą. Grzecznie go poinformowałam, że nie planuję się z nim ścigać, na co on odpowiedział, że nie jest dzisiaj w kondycji na maraton. Nie jestem pewna czy to widok mojej pupy i uświnionych błotem spodni dodawał mu sił, ale skoro miało mu to pomóc, to niech będzie, kłócić się nie będę. W ten sposób razem dotarliśmy do Indian Falls gdzie nasze drogi się rozeszły, bo Łysy zdecydował się na zdobywanie mniejszego szczytu. Pożegnałam go serdecznie szczerze ucieszona, że wreszcie będę sama i podążyłam w stronę rzeki.

W pewnym momencie ni z tego ni z owego spomiędzy krzaków wyprysnęły zziajane i uświnione Harpie, które swoimi piskliwymi głosikami zakomunikowały radośnie, że się zgubiły, ale się znalazły i że niestety oszukują, bo poszły na skróty (co tłumaczyłoby dlaczego nie są pół mili za mną). Obdarzyłam je spojrzeniem kompletnie pozbawionym wyrazu, po czym krytycznie spojrzałam na rzekę. Mostka niestety w tym miejscu nie było, natomiast były dwie opcje: pląsanie po śliskich kamieniach na druga stronę albo przejście po przerzuconych przez rzeczkę konarach drzew. Nie bez zdziwienia spojrzałam na obie idiotki, które oczywiście wybrały śliskie kamienie i jedna z nich ugrzęzła na środku rzeki balansując w powietrzu niczym baletnica z Jeziora Łabędziego. W związku z tym, że jej głupota nie stanowiła zagrożenia dla jej życia, bo rzeczka była rwąca, ale zdecydowanie płytka, wskoczyłam na konar drzewa, przebiegłam na drugą stronę i biegiem ruszyłam pod górę, próbując za wszelka cenę zwiększyć dystans miedzy nami.

Po jakimś czasie niezmąconym niczyim gadaniem, usłyszałam za sobą szybkie kroki i nagle obok mnie śmignął półnagi, pięknie zbudowany potomek rzymskich bogów, który prawdopodobnie tak jak ja uciekał przed Harpiami, albo jego ambicje przerosły moje i postanowił wbiec na Mt. Marcy w dwie godziny. Niezależnie od tego jakie kierowały nim pobudki, widok radował dusze i rozbudzał namiętności odmienne od chęci zdobycia szczytu … góry🙂             Wyszłam w końcu na otwartą polanę, z której rozpościerał się widok na skalisty szczyt Mt. Marcy.                                                                                                                                         – No cóż, prawdziwy Rock’n Roll znacznie się za jakieś 15 min – pomyślałam spoglądając krytycznie na pozostały do pokonania dystans i brnąc po kostki w spływających z gór potokach wody wyruszyłam na ostatni etap wspinaczki.  cdn.

Alicja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s