Mężczyźni i ślimaki = przepis na „czarną polewkę”

Pewnego pięknego zimowego wieczoru wpadłam do mojej koleżanki na Manhattanie na umówioną babską kolację. Dołączyć do nas miała jej znajoma z Dubaju, która następnego dnia wybierała się na przeszczep szpiku kostnego do kliniki w Bostonie i w związku z tym w celu uczczenia honorowego gościa na stole pojawił się nasz ulubiony różowy szampan i super lekka, ale jakże smakowita kolacja: grzyby nadziewane ślimakami według przepisu mistrzów kuchni francuskiej. Za oknem padał śnieg, w oddali majaczyła spowita w ciemność sylwetka Central Parku, a do środka mieszkania, przez szklane ściany, wpadało światło z tętniącej życiem Piątej Alei.  Kolacja była wyśmienita, humory miałyśmy iście szampańskie, a tematów do rozmów jak zwykle miliony i gdyby nie to, że następnego dnia wszystkie trzy miałyśmy zobowiązania, pewnie siedziałybyśmy do białego rana chichocząc jak nastolatki. Natchniona tak cudownym wieczorem, postanowiłam go kiedyś powtórzyć na swoim własnym podwórku. Długo nawet nie musiałam czekać bo idealna, jak mi się wtedy wydawało okazja, nadarzyła się kilka tygodni później.

Bobka poznałam w równie interesujących jak i kontrowersyjnych okolicznościach, ale szczegóły tego związku zdradzę dopiero w książce. Ta przygoda niestety nie nadaje się na bloga🙂. Fakt jednak pozostaje, że po kilku spotkaniach postanowiłam sama przygotować kolację i padło na ślimaki. Eksperymentowanie z delikatnym i wybrednym podniebieniem mężczyzn nie leży w mojej naturze, ale Bobka znałam już wystarczająco długo żeby się zorientować, że dużo podróżował po świecie, we Francji bywał często z racji dwuletniego kontraktu w Londynie, który oddalony był od Paryża zaledwie o godzinę dzięki szybkiej kolejce pod Kanałem La Manche, wiec wydawało mi się, że z kuchnią francuską był „za pan brat.” Nie będę zdradzać całej historii, ale proszę sobie zapamiętać przestrogę      # 1: „nigdy nie należy oceniać książki po okładce.”

Wieczór skazany był na katastrofę właściwie od samego początku. Przez ostatnie dwa tygodnie ekscytowaliśmy się sukcesami jego najmłodszego, 9-letniego syna, który okazał się niezwykle utalentowanym aktorem i jego ex-małżonka zdecydowała się zapisać go do konkursu na główną rolę w najnowszym filmie Stevena Spielberga. Chłopiec, ku uciesze rodziców, wygrywał wszystkie kolejne eliminacje i kiedy przyszło do podjęcia ostatecznej decyzji, nota bene, w dniu naszej planowanej kolacji, przedstawiciele wytworni filmowej w Hollywood, skontaktowali się z rodzicami i zakomunikowali rozżalonemu chłopcu, że mimo iż wygrał i ma niezaprzeczalny talent, wytwórnia zdecydowała się jednak na kogoś z doświadczeniem z branży filmowej. No i w tym momencie Armagedon w rodzinie Bobka, rozszalał się ze zdwojoną siłą. Była żona Bobka była wściekła i na dziecko i na wytwornie i na ex-małżonka, że zgodził się na te eliminacje, chociaż sama pamiętam, że decyzja o uczestnictwie syna w konkursie odbyła się za obopólną zgodą obojga rodziców.  Syn Bobka płakał jak bóbr – co akurat rozumiem, bo nie ma nic gorszego niż zdobyć pierwsze miejsce i dowiedzieć się, że nagroda ci się jednak nie należy, natomiast Bobek był wściekły na sytuacje oraz na była żonę próbując ze wszystkich sil pocieszyć rozczarowanego syna, który zapowiedział, że skończył z aktorstwem raz na zawsze. Efekt tego był taki, że mnie się też dostało, bo Bobek zadzwonił z samochodu wściekły jak osa, że podałam mu zły adres. Pomyślałam, że chyba przesadza, bo w końcu ma w samochodzie GPS, nie dla ozdoby tylko do użytku wiec niech się nie czepia, a poza tym podałam mu dobre instrukcje, tylko tak jak przewidywałam, pojechał i tak po swojemu, więc niech spada na bambus i niech radzi sobie sam. Romantyczny wieczór jak nic śmierdział katastrofą.

W końcu, z dużym opóźnieniem,  Bobek pojawił się w drzwiach mojego mieszkania z wiechciem kwiatów i pudełkiem miniaturowych ciasteczek. Nie marnując czasu zasiedliśmy do pięknie zastawionego stołu i przy blasku świec próbując uratować resztki wieczoru zabraliśmy się do jedzenia kolacji. Niestety o szampanie ani moim ulubionym czerwonym winie nie było mowy, bo Bobek nie pił wcale, nie żeby nie lubił, wręcz przeciwnie, kiedyś lubił i to nawet za bardzo, co zakończyło się kompletną abstynencją, ale w związku z tym zdecydowałam, że sama pić nie będę, bo nie wypada.  Tak wiec popijając wodę z kieliszków na wino, z wyraźnym zainteresowaniem przyglądałam się Bobkowi obserwując jak mu smakuje moja ekskluzywna potrawa. Bobek patrzył się na mnie dziwnie, bez specjalnego zachwytu, rozanielenie na twarzy też mu się nie malowało, za to żul te grzybki podejrzanie długo zupełnie jakbym mu zaserwowała niedogotowane krowie wymionka, a nie wyśmienite ślimaki na masełku z cebulka i czosneczkiem w zalewie ze śmietany. Po pięciu minutach tortur powiedziałam mu w końcu co ma na talerzu.  W jednej chwili obdarzył mnie wzrokiem bazyliszka, wybałuszył na mnie oczy i prawdopodobnie nie wypluł ślimaków na mój talerz tylko dlatego, że siedziałam za daleko. Nadal jednak robił dobra minę do złej gry, przeniósł się do living room, zasiadł przed telewizorem, włączył program sportowy, otworzył pudełko z ciasteczkami, które w zasadzie przyniósł dla nas obojga i sam zeżarł je wszystkie. W między czasie odebrał kilka telefonów od syna, wysłał kilka SMS-ów i wściekły jak osa (nie ma się co dziwić, bo zdaje się, że wyszedł głodny) udał się do domu i słuch po nim zaginał🙂 (A przynajmniej na razie będziemy się trzymać tej wersji :)).

Po raz pierwszy przyznaję się bez bicia, że wieczór nie udał się tylko i wyłącznie z mojej winy. Oczywiście Bobek był niestabilny emocjonalnie i doskonale zdawałam sobie sprawę, że jest to typowy „control freak”, na co nie miałam wpływu, ale było cale mnóstwo śladów na ziemi i na niebie, które ewidentnie wskazywały, że moja kolacja zakończy się fiaskiem. Chociażby nawet na naszej pierwszej randce umówiliśmy się w ekskluzywnym Sushi Bar w Manhasset, gdzie Bobek zamówił … Sałatę Cesarską i bardzo był zdziwiony, że była niesmaczna. No cóż, co za półgłówek idzie na Sushi i zamawia sałatę???  Domyślam się, że podczas pobytu w Paryżu nigdy nie przyszło mu do głowy spróbować Foie Gras, albo escargot, nie mówiąc już o nerkach albo móżdżku – uznawanych za Francuzów za smakołyk. Jak znam życie, chodził pewnie do ekskluzywnych restauracji, zamawiał steki albo hamburgery i popijał dietetyczna Coca-colą.

Jaki morał z tej historii? Po pierwsze, należy jak najdłużej udawać niepełnosprawną w kuchni idiotkę i nie wychylać się ze swoimi talentami kulinarnymi jeżeli nie chcecie zostać zbyt szybko udomowione. Jeżeli was natomiast świerzbi i chcecie primo: zatrzymać faceta, a secundo: nie zrazić go🙂 to żadne dyrdymały kulinarne absolutnie nie wchodzą w rachubę. Eksperymenty kulinarne proszę sobie zatrzymać dla przyjaciółek, a facetowi jak nie rzucicie na stół ochłapu mięsa to nie macie co liczyć na przyjemną resztę wieczoru. Z drugiej jednak strony, jeżeli macie na podorędziu uciążliwego samca, którego chciałybyście się pozbyć, to serdecznie zapraszam do skorzystania z mojego przepisu na nadziewane grzyby, które spokojnie możecie potraktować jak „czarna polewkę” ze Ślubów Panieńskich” Fredry w celu pozbycia się niechcianego lub uciążliwego amanta. Przynajmniej na bazie mojego własnego doświadczenia, wiadomo już, że skuteczność potrawy będzie stuprocentowa🙂

Życzę smacznego

Alicja

Przepis na grzyby nadziewane ślimakami.

12 dużych pieczarek                                                                                                                            2   młode cebulki                                                                                                                             100 g masła                                                                                                                                          36 ślimaków (ja używam jednej puszki)                                                                                           1 ząbek czosnku                                                                                                                                        1 pęczek szczypiorku                                                                                                                            1 pęczek koperku                                                                                                                                   1 pęczek natki                                                                                                                                    200 ml  gęstej śmietany                                                                                                                    2 pomidory                                                                                                                                         sól i świeżo zmielony pieprz

Grzyby należy oczyścić, wyciąć nóżki a czyste kapelusze odstawić na bok. Odkrojone nóżki oraz młode cebulki należy drobno posiekać na małe kosteczki, a następnie poddusić na maśle, posypać sola i pieprzem i zostawić na wolnym ogniu. W między czasie należy drobno posiekać ślimaki z puszki, dodać do nich rozgnieciony czosnek i drobno posiekany szczypiorek. Całość dodać do garnka z grzybkami i cebulka, dodać garść posikanego koperku oraz natki i dusić przez kilka minut na wolnym ogniu często mieszając. Odstawić masę na bok do ostygnięcia a następnie wypełnić nią kapelusze grzybów, po czym wrzucić do żaroodpornego naczynia masa do góry z dużą ilością masła i wstawić do piekarnika na 180 C na 15 min, aż się grzyby zarumienią. W tym czasie w małym garnuszku należy podgrzać na bardzo wolnym ogniu śmietanę, dodać sól i pieprz, pozostały drobno posiekany szczypiorek i pokrojone w kosteczkę pomidory. Przygotowany sos należy wylać na głębokie talerze a na wierzchu ułożyć kilka upieczonych kapeluszy nadzieniem do dołu. Na wierzchu przyozdobić koperkiem.

Przepis pochodzi z serii książek kucharskich, które serdecznie polecam:            „Dine with France’s Master Chefs” – Appetizers

4 responses to “Mężczyźni i ślimaki = przepis na „czarną polewkę”

  1. Narobiłaś apetytu Ala….. mmmmmmmniammmmm ;-)))

    • A ja z kolei nie mogę przestać myśleć o naszej greckiej knajpie na Astorii – lepiej pakuj zabawki i przylatuj do Nowego Jorku bo nie mam z kim iść a mam straszna ochotę na ośmiornicę z grila🙂

  2. Ala – ………..już może niedługo, bo wiesz doskonale, że z Tobą zawsze i wszędzie i o każdej porze🙂 🙂 a do tego jeszcze w takim miejscu jak rzeczona knajpka/tawerna na Astorii, gdzie człowiek przeżywa orgazm kulinarny, pałaszując te wszystkie wspaniałości…..oy va voy🙂 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s