Wyprawa w góry Catskills, NY

W piątek lało jak z cebra w związku z czym około południa Kasia bardzo nieśmiało wysłała do mnie i do Piotra e-maila z zapytaniem: czy my na pewno chcemy się wybrać w ten weekend na wspinaczkę po górach z nocowaniem pod namiotami? Oczywiście oboje z Piotrem zgodnie odpowiedzieliśmy że: owszem jedziemy i wcale nie planujemy rezygnować. W związku z tym Kasia, chciał nie chciał powlekła się na Greenpoint po zakupy spożywcze, chociaż pogoda była taka, że nawet psa z budy by nie wygonił.

Szczególnie zabobonna nie jestem, ale przyznam szczerze, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że powinnam zostać w domu. Primo: mój horoskop wyraźnie mówił, że pod koniec tygodnia powinnam się oszczędzać i weekend najlepiej jakbym spędziła w domu – po moim trupie – pomyślałam. Secundo: pierwsze oznaki kobiecej dolegliwości powinny były powalić mnie jak kłodę dzięki czemu może spędziłabym uroczy weekend w towarzystwie  Jana wachlującego moją obolałą od globusa głowę, przynoszącego gorące herbatki i lód na obolały łepek. Niestety z braku tak “Jana” jak i oznak zdrowego rozsądku, nakichałam na globusa i tuż przed godzina siódma rano w sobotę, zaopatrzona w plecak, namiot i śpiwór zjechałam windą na dół dzierżąc pod pacha mój ulubiony kocyk.  Przed budynkiem natknęłam się na moich dwóch uroczych sąsiadów, którzy nie omieszkali się zapytać – gdzie to się Waćpanna wybiera – i bardzo krytycznym okiem ocenili mój ekwipunek. Nie omieszkali też skomentować, że tej nocy pod namiotem kocyk może nie wystarczyć, po czym zgodnie zarechotali jak stado ropuch w sadzawce. Robin Hood, który pakował właśnie wszystko do samochodu mało się nie udławił ze śmiechu natomiast  ja zaczęłam się głęboko zastanawiać, czy rzeczywiści wyglądam na aż tak głupią gęś? Tym niemniej uśmiechnęłam się słodko do moich sąsiadów i usiadłam obok Robin Hooda. Bogu dzięki, że nie przyjechał na koniu, albo co gorsza na motorze, bo pewnie stałabym się pośmiewiskiem całego budynku minimum na następny miesiąc.

W samochodzie doznałam następnego szoku bo Robin Hood miał dla mnie niespodziankę: moje ulubione i jeszcze ciepłe – rogaliki z migdałami                             – No to pięknie – pomyślałam – zdaje się, że czyta mojego bloga, bo aż w  takie przypadki nie wierze.                                                                                                               Robin Hood dowiózł mnie do promu na Manhattan – sam wybierał się najpierw na polowanie, ale po południu miał do nas dołączyć. Ja z kolei spotkałam się z Kasią i Piotrem na St. Marks Square i wspólnie wyruszyliśmy w podróż poza miasto.

Jesień w stanie Nowy Jork jest przepiękna, o czym przekonaliśmy się zaraz po zjeździe z głównej trasy mijając po drodze malutkie wsie ukryte w górach. Wszędzie widać już było opadające z drzew różnokolorowe liście ścielące się niczym perskie dywany przed domami i małymi restauracyjkami przed którymi piętrzyły się rożnej wielkości dynie, strąki suchych kolb kukurydzy i kolorowo ubranych chochołów.

W pierwszej kolejności zatrzymaliśmy się na parkingu przed szlakiem na Hunter Mt., który jest drugim co do wielkości szczytem w Catskills w stanie Nowy Jork. Pogoda była piękna, nie padało, a trasa była w miarę łagodna. Niestety mniej więcej w połowie wysokości weszliśmy w pułap chmur i tu zaczął się prawdziwy Rock-and-Roll. Kamienie robiły się coraz bardziej śliskie, podłoże bagniste i mimo, iż nie pogubiliśmy po drodze zębów, to jednak perspektywa schodzenia tą sama trasą była jakby nie do zniesienia. Weszłam na sam szczyt, który jak zwykle zdobyłam pierwsza, ale nic na to nie poradzę, lubię wchodzić sama bo mam dużo czasu na myślenie, mniej lub bardziej konstruktywne, które jest idealną formą terapii fizyczno – umysłowej. Po dotarciu na samą górę niestety nic nie można było zobaczyć ze względu na panującą gęstą mgłę, wiec nawet się nie pchałam na wierzę widokową.

       

W drodze powrotnej wybraliśmy inny szlak, który schodził nieco łagodniej w dół, ale za to 2 mile trzeba było przejść po szosie, co pod koniec dnia, okazało się droga przez mękę. Pod sam koniec wszyscy dostaliśmy głupawki i zaczęliśmy opowiadać kawały, wiec całe szczęście że szlak był już nieco łagodniejszy bo gdyby dopadło nas wyżej, pewnie byśmy wszyscy pospadali na śliskich kamieniach.

Po dojechaniu na pole namiotowe, okazało się, że Robin Hood już tam był i smacznie sobie spał w samochodzie. Zaczęliśmy od wypakowywania sprzętu, podczas gdy Robin Hood poszedł zarejestrować swój samochód w recepcji i … zatrzasnął klucze w środku samochodu. Widocznie matka natura stwierdziła, że jak na jeden dzień mieliśmy niewystarczającą ilość rozrywek.

Scena rodzajowa rozgrywająca się przed SUV Robin Hood-a godna była sfilmowania.  Piotr wisiał na drzwiach samochodu próbując podważyć drzwi siekierka w celu zrobienia małego otworu, Robin próbował wepchnąć do środka metalowy stelaż namiotu Kasi słuchając jednocześnie moich instrukcji, natomiast ja skakałam jak małpka kapucynka przed maską samochodu ekscytując się i pokrzykując radośnie: na lewo, na prawo, pchnij, przyciśnij, odwróć , przekręć, TERAZ!!!!!  A wszystko to w celu namierzenia przycisku w pilocie przy kluczach. Trzeba przyznać, że Robin Hood ma rzeczywiście dużo cierpliwości, bo wszystko zniósł ze stoickim spokojem. Szopka w języku polsko-angielskim trwała około 15 minut po czym przez zupełny przypadek udało nam się w końcu otworzyć samochód i dostać wreszcie do naszych namiotów oraz …. mojego kocyka🙂

Pole namiotowe przeznaczone było na dwa samochody i dwa namioty, ale zgodnie z powiedzeniem “Polak potrafi” udało nam się zmieści dwa samochody i cztery namioty dzięki czemu każdy z nas miał swój własny Wersal w środku lasu. Na kolacje poczęstowaliśmy Robin Hooda polskim żurkiem z białą kiełbasą, który przygotowała Kasia i nauczyliśmy go jak się je spalone ziemniaki z ogniska przekonując go, że to bardzo zdrowe🙂  Dar przekonywania też jest chyba naszą cechą narodową🙂

Pod koniec wieczoru oświadczyłam, że nie pójdę spać brudna i wyruszyłam na poszukiwania łazienki. Reszta towarzystwa stwierdziła, że „częste mycie skraca życie” i chciał nie chciał musiałam się wybrać sama. O mało nie dostałam wytrzeszczu oczu szukając w ciemnościach łazienki, ale zgodnie z moimi przewidywaniami był to jedyny na terenie oświetlony budynek. Weszłam do kabiny, rozebrałam się do rosołu, sięgnęłam po prysznic a tu … guzik – nie ma korbki! Co za cholerny świat – pomyślałam. Czy ci Amerykanie nie mogą zrobić niczego porządnie i bez udziwnień? Zaczęłam się energicznie rozglądać po ścianach zastanawiając się gdzie jest ten pieprzony kurek do wody. Wreszcie natknęłam się na pudełko, które do złudzenia przypominało meter na parkingu samochodowym. Cholera jasna – pomyślałam, bo jeszcze tylko tego by brakowało żeby się okazało, że nie mam 25-cio centówki. Na szczęście znalazłam jedną na dnie plecaka, ale okazało się, że meter nie działał. Rozjuszyłam się jak szerszeń i goła jak Święty Turecki przeleciałam do następnej kabiny. W tej na szczęście ustrojstwo zadziałało. Udało mi się dokonać ablucji i czysta, pachnąca i promieniejąca szczęściem pognałam do namiotu. Weszłam do śpiwora, przykryłam się moim kocykiem i zniknęłam w ramionach Orfeusza.

Następnego dnia rano po zjedzeniu śniadania i złożeniu namiotów wyruszyliśmy pieszo na szlak który zaczynał się po drugiej stronie rzeczki i prowadził na Wittenberg Mt. Polecam serdecznie, chociaż uczciwie przyznaję, że mimo iż nie jest to najwyższa góra w Catskills to jednak najbardziej wymagająca. Jak zwykle mniej więcej w połowie szlaku oddzieliłam się od reszty grupy i zaczęłam samotną wspinaczkę. Na wysokości mniej więcej 3500 feet, zaczyna się jak to zwykł mówić Owsiak „prawdziwa rockowa jazda bez trzymanki” ponieważ przez następne 45minut trzeba się wspinać po prawie pionowych skałach. I przy jednej z takich skał zgubiłam szlak. Na szczęście nie byłam sama, bo razem ze mną szukał go również starszy pan z córka. Po paru nieudanych próbach odnalezienia właściwej drogi, zdecydowałam się wspiąć na stromą skałę, zresztą ku zgorszeniu starszego pana. Odpowiedziałam mu inteligentnie, że skoro jest to szczyt góry, to i tak nie ma znaczenia, z której strony ją będziemy zdobywać tak długo jak utrzymamy ten sam kierunek – czyli pod górę. Gdyby widziała mnie moja własna mama, balansującą na krawędzi przepaści, pewnie dałaby mi w skórę nie bacząc na mój wiek. Ale że uparta jestem jak osiał, udało mi się pokonać przeszkodę i wylądowałam nie gdzie indziej jak na … właściwym szlaku. Krzyknęłam w dół, że jednak jest to dobry kierunek, ale nieco później dowiedziałam się od Robin Hooda, któremu udało się mnie dogonić, że starszy pan głośno wyraził brak votum zaufania dla mojego wyczucia kierunku i poinformował Robina, że udałam się w złym kierunku. Jakie musiało być jego zdziwienie kiedy Robin podążył moim śladem. Największego jednak szoku doznał kiedy wreszcie udało mu się doczłapać na szczyt i nie był w stanie powstrzymać się od komentarza: „Ooooo, to ona już tu jest!” Zupełnie nie rozumiem dlaczego mężczyznom się wydaje, że kobiety nadają się tylko do rodzenia dzieci.

W drodze powrotnej  założyliśmy się z Robinem, że mnie nie dogoni i dał mi nawet 10 min wyprzedzenia. Nic mnie tak nie rajcuje jak zawody z mężczyznami więc gnałam na dół jak gazela mijając nie tylko starszego pana, ale również tych którzy już schodzili w dół kiedy my wspinaliśmy się pod gorę. Cud boski, że się nie zabiłam, chociaż miałam okazje kiedy wyrżnęłam kolanem o kamień co mnie unieruchomiło na dobre pięć minut. Niestety chora ambicja dodała mi skrzydeł i kuśtykając kontynuowałam schodzenie ze szlaku. Doszłam na sam dół dumna jak paw i dopiero po około 20 min dołączył do mnie Robin Hood a po nim Kasia i Piotr. Był to na prawdę jedna z najbardziej wymagających tras i serdecznie ją polecam tym, którzy lubią nowe wyzwania i lubią się namęczyć i wrócić do domu w poczuciu przyjemnego wyczerpania fizycznego.

Niestety następnego dnia padłam jak mucha powalona horrendalnych rozmiarów migreną co w dużej mierze było pewnie spowodowane przerostem ambicji i odwodnieniem na szlaku, bo oczywiście nie miałam czasu na nawadnianie zajęta wyścigiem w dół góry.

Co do Robina to tak naprawdę wolałabym żeby każdy facet wyglądał jak “Ptak”. Otóż, w przyrodzie, każdy ptak rodzaju męskiego ma niezwykle piękne upierzenie i wystarczy że rozłoży swoje kolorowe piórka i wszystkie samiczki widzą w co się pakują. Niestety gatunek ludzki zubożony jest o ten jakże przyjemny i dekoracyjny dodatek i każdy mężczyzna bierze sobie za punkt honoru zrobienie z siebie idioty próbując na siłę koloryzować i siebie i jego tyciuteńki świat. Już dawno się nauczyłam, że niestety nic na siłę, a koloryzowanie działa na krótka metę. Przyszłam wiec do domu, udałam się prosto do sypialni, łypnęłam złym okiem na diabla, po czym obdarzyłam go szelmowskim uśmiechem, zepchnęłam go z parapetu i szybko zamknęłam okno. Krzywda mu się nie stała, ponieważ spadł tylko na taras sąsiadów piętro niżej – niech sobie teraz u nich pobisurmani. Może dadzą mu nawet zaciągnąć się trawka🙂 A swoja drogą, ciekawe jakie wizje może mieć diabeł –  Amor wśród powabnych Anielic?🙂

P.S. Jak to mówią w miarę jedzenia apetyt rośnie i już za dwa tygodnie w weekend w połowie października wybieramy się na kolejna wspinaczkę w okolice Lake Placid. Tym razem nie będę się miała z kim ścigać, ale też wspinaczka będzie dużo ambitniejsza – OMG! But, how exciting🙂

Mt. Marcy – 5,344 Feet

Algonquin Peak – 5,114 Feet

4 responses to “Wyprawa w góry Catskills, NY

  1. Brawo Ala
    Chcąc czy niechcąc stałem się częścią blogu…
    Bardzo zabawne….
    Robin Hood i Piotruś Pan
    Jakby Andrzej Hlasko to nazwał
    Siekierezada …..
    Otwieranie drzwi jeepa za pomocą siekiery
    Tylko mężczyźni mogą wymyślić co tak subtelnego….

  2. Obudzilem się w nocy zlany potem zdając sobie sprawę ze popelnilem wielkie fo pa
    A mianowicie przechcilem pana Hlasko z Marka na Anrzeja . Panie Marku przepraszam serdecznie na pomyłkę i proszę się nie przywracać w grobie z tego powodu bo może pan obudzić innym mieszkańców osiedla.
    Jeszcze jedna dygresja związana z siekierą .
    A mianowicie w szczęśliwych czasach studenckim Wrocław lata 80 te miałem kolegę Piotra który nie bardzo był zainteresowany zglebianiem tajnikow inżynierii a raczej koncentrował się na bardziej pożytecznej działalności a mianowicie zarabiania pieniędzy w tak zwanej spółdzielni studenckiej stawiając miedzy innymi płoty przeciwsniezne.
    Wiele razy przynosił swoje narzędzie pracy duży młot na zajęcia szczególnie upodobal sobie wykłady z filozofii… Mój kolega Piotr był roslym mężczyzna który lubił wyzwania…
    Jednego wieczoru został zabrany przez karetkę pogotowia ponieważ spożyl zacier na gorzalke przed zakończeniem procesu fermentacjii oczywiście zamiast alkoholu etylowego nazlopal się metylaku. Ale nie można go było za to obwiniac ponieważ uczęszczał tylko z młotem na zajęcia i filozofii
    Opuszczając przydatne dla producentów bimbru laboratorium z chemii organicznej.
    Po wykaraskaniu się z tego slawetnego epizody bez widocznej utraty wzroku Piotruś postanowił sobie postawić poprzeczkę jeszcze nieco wyżej – wyruszył na wyrab lasów bieszczadzkich
    Niestety jak pan Hlasko opisuje to zajęcie jest tylko dla prawdziwych 100% chłopaków.
    Ku naszemu zaskoczeniu zobaczyliśmy naszego syna marnotrawego powracajacego w jednym kawałku bez widocznych urazow fizycznych o stanie psychicznym trudna nam bylo wyrazic opinie bo niestety słuch o nim zaginął postanowił przenieść się na kierunek kulturalno – oświatowych na UW.
    Jednym słowem siekier potrafi zrobić z syna marnotrawego prawdziwego kulturalnego członka społeczeństwa .

  3. Znałam już te historie ale nadal się śmiałam🙂

  4. Fajowa przygoda … a ja przy okazji też załapałem się na otwieranie auta bez kluczyków. Hahahahaha ale byłem trochę bardziej zdesperowany od Was :)). Po raz drugi zatrzasnąłem w moim Transicie kluczyki. Tym razem nie dałem sobie szansy i paka również była zamknięta. (poprzednim razem była otwarta i rozwiniętym drucianym wieszakiem plus 50 cm wiertło i przez szparkę w przegrodzie otworzyłem wajchę). Teraz wsio zamknięte. Szarpanie za tylne podwójne drzwi nic nie dało. No to lecę do pobliskiego warsztatu po ……. ŁOM ! tak tak idę na całość. Postanowiłem że tylne drzwi i tak ledwo się trzymają więc raz dwa puszczą. Hmmm nic bardziej mylnego, producent chyba przewidział ingerencję takich mądrych inaczej i jedynie wykonałem eleganckie wgnioty w okolicy zamka (które są do dzisiaj). A drzwi nie puściły … Szlag mnie trafił … W akcie desperacji poleciałem kurcgalopkiem po inne narzędzie – śrubokręt, którym bez najmniejszego problemu otworzyłem zamek w drzwiach do kabiny🙂
    Wstyd taki, że parę dni później miałem jak zwykle w nocy kontrolę policyjną i powiedziałem że ktoś chciał się włamać :))
    PS. Po tej drugiej wpadce naprawiłem zamki i nie zostawiam kluczyków w aucie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s