Corporate Recruiting – czyli „Metoda” Teatru Krystyny Jandy kontra “Goldman Sachs”

W drodze do domu zaczęłam się zastanawiać czy pisanie może stać się obsesja. Mam już ich parę, większość nieszkodliwa, ale tak uzależniona jeszcze nie byłam. Moje ostatnie szaleństwo objawia się tym, że po założeniu bloga wszędzie widzę tematy do artykułów, które skrupulatnie notuje w iPhonie zanim zdąża się rozwiać na wietrze. Gdybym mogła zarobić na złotych myślach, w ciągu tygodnia byłabym już milionerka. Ale zacznijmy od początku.

Zaczęło się od tego, że Scena Polska zaprosiła do Nowego Yorku Teatr Krystyny Jandy z przedstawieniem “Metoda”.  Dla mnie jest to niebywała gratka, ponieważ w Polsce nie byłam już od ponad dwóch lat, czego żałuje, ale jakby nie mam na to wpływu i brakowało mi już repertuaru Jandy, którą lubię jako aktorkę i cenię za jej upór w dążeniu do zamierzonego celu. To mniej więcej tak jak ja🙂 Pamiętam, że podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce moja serdeczna przyjaciółka Basia załatwiła bilety na “Boską” uprzedzając mnie z góry, że dostałyśmy bilety na schodach. Bardzo mnie to zaintrygowało, ale w końcu lubię udziwnienia, wiec wcale się nie zraziłam.  Otóż okazało się, że przy wejściu do sali każdy dostawał do ręki poduszeczkę i wędrował w górę lub w dół, zależnie od upodobania, bo na schodach siedzenia były nieoznakowana. Najwyraźniej nikt nie miał z tym problemu, bo sala wypełniona była po brzegi tak samo jak schody pomiędzy sekcjami, a na scenie królowała Krystyna Janda i mały Stuhr wcielając się w role “Boskiej”. Była to prawdziwa uczta dla duszy podczas której zapomina się o wszelkich niewygodach. Tak wiec teatr Jandy występujący gościnnie na scenie nowojorskiej był pokusą samą w sobie.

Na przedstawienie wybrałam się sama, bo uważam, że wizyta w teatrze czy operze nie wymaga towarzystwa. Nie planowałam całować się w ostatnim rzędzie, wiec partner do oglądania sztuki teatralnej potrzebny był mi jak kij w uchu. Już dawno doszłam do wniosku, że uczta duchowa nie wymaga asysty, a pozbawianie się tej przyjemności z braku towarzystwa byłoby bluźnierstwem wobec sztuki. I serdecznie zapraszam wszystkie czytelniczki do zapisanie sobie tej złotej myśli na magnetycznym pasku na lodówce!

Przedstawienie było rewelacyjne i dobrze się bawiłam przez większa cześć sztuki, nie dlatego, że pozostała część była nudna, ale przyznam że pod koniec zrobiło się nieco smutno.  Poszukiwanie pracy w Nowym Jorku może wprowadzić w depresje nawet najsilniejszych, sama wiem o tym najlepiej. Tematem sztuki była typowa “walka szczurów” w  rządzącej się twarda ręka kapitalistycznej rzeczywistości. Sposób rekrutacji pracowników mający na celu wyciągniecie na wierzch najbardziej nieludzkich cech jak również złamanie psychiczne kandydata w wykonaniu Marysi Seweryn, Wojciecha Karolaka, Kamila Wróblewskiego i Rafała Wohr było naprawdę przekonywujące, pomijając już że tak samo komiczne jak i tragiczne. Nie będę opowiadała treści przedstawienia, bo recenzje można przeczytać w każdej polskiej gazecie w Nowym Jorku, natomiast te czytelniczki które są w Polsce ciągle jeszcze mogą obejrzeć to, jak również i inne przedstawienia, do czego serdecznie je namawiam bo z tego co zauważyłam, Teatr Krystyn Jandy ma już niezwykle bogaty repertuar.

Wracając jednak do tematu, po wyjściu z Tribeca Art Center nagle ogarnęło mnie uczucie dejavu i zaczęłam się intensywnie zastanawiać skąd ja to wszystko znam. I nagle spłynęło na mnie olśnienie! Kiedy jeszcze pracowałam dla Goldman Sachs do długiej listy moich obowiązków należała miedzy innymi rekrutacja nowych kandydatów dla członków „Strategy Department”. Zadaniem mojej grupy było analizowania rynku przed, w trakcie, oraz po zakończeniu transakcji i na bazie obserwacji, stworzenie algorytmów w celu zwiększenia efektywności. Dla mnie oni wszyscy byli nie z tej bajki i osobiście nazywałam moja załogę Beautiful Minds, podczas gdy reszta piętra uważała ich za wariatów. W pewnym sensie trochę prawdy w tym było, ale w końcu Einstein też był ekscentrykiem.

I właśnie podczas jednego z takich naborów do pracy, natknęłam się na serie tak niezwykłych charakterów, że po wyjściu z teatru zainspirowana sztuka, natychmiast zdecydowałam się podzielić moimi wspomnieniami, bo warto🙂.  Chciałabym także zaznaczyć, że jeżeli ktoś będzie miał wątpliwości dlaczego wole być sama to mam nadzieje, że po przeczytaniu tej opowieści wszystkie wątpliwości zostaną rozwiane.

Otóż system rekrutacji w Goldman Sachs składa się z wielu etapów i czasami kandydat musi się pojawić na rozmowie kilka lub kilkanaście razy zanim zostanie zatrudniony. Przypadek, który opisuje miał być już ostatnim etapem dla kandydatów, wiec możecie się domyślić, że na końcowe spotkanie, po rozmowach telefonicznych i indywidualnych wybraliśmy “crem de la crem”.  Chłopcy pojawili się w różnych godzinach, zostali umieszczeni w oddzielnych pomieszczeniach i moja załoga rozpoczęła maraton mający na celu wyłonienie potencjalnych pracowników.

Pierwszy kandydat, przyjechał z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii gdzie pracował jako asystent kończący pracę doktorską. Wydał mi się dziwny już na wstępie bo nie chciał na mnie spojrzeć co utrudniało rozmowę bo wyglądało na to jakby mówił do ściany chociaż zwracał się do mnie, bo nikogo innego w windzie nie było. Zazwyczaj bywa odwrotnie, mężczyźni patrzą się na mnie jak pies na gnat koncentrując się głownie na mojej pupie i biuście i z góry uprzedzam, że dekoltów unikam. Uznałam, że to jakiś dziwak, ale w końcu każdy ma prawo do ekscentryczności i bez zbędnych ceregieli zaprowadziłam go do wyznaczonego pokoju. Kiedy jednak pojawił się po jakimś czasie przy moim biurku pytając się gdzie jest toaleta w pierwszej chwili go zignorowałam, bo nie sadziłam że zwraca się do mnie. Stał, owszem, nade mną, głupkowato się uśmiechał i nawet kiwał głowa we wszystkie strony, ale patrzył się na Ann Marie, która siedziała przy biurku obok. Spojrzałam w końcu na niego i dopiero wtedy się zorientowałam, że chyba jednak mówił do mnie.                                                                                                          –       Ja nie mogę – pomyślałam – “Rain Man!!!!”                                                           Chłopak ewidentnie miał problem z nawiązaniem kontaktu wzrokowego z rozmówca. No to już go widzę w rozmowie z poważnym klientem.

Drugi szczygiełek przyjechał z MIT (Massachusetts Institute of Technology) i na pierwszy rzut oka wyglądał i zachowywał się normalnie, aż do momentu kiedy Hua zabrał go w przerwie na lunch do naszej cafeterii mieszczącej się na czwartym  piętrze budynku Goldman Sachs w New Jersey. Tam, nasz potencjalny kandydat, dał popis wart Oscara w dziedzinie Opery Mydlanej, ponieważ po zabraniu ze sobą tacy podszedł do garnka z zupa, złapał za chochle i ku przerażeniu Hua, nalał sobie zupy na … ową tacę kompletnie ignorując obecność miseczek piętrzących się na półce obok!!! Mojego kolegę zamurowało, bo w końcu kandydat nie przyleciał z kraju trzeciego świata tylko prosto z prestiżowej uczelni w Massachussetts, jednej z najlepszych w kraju szkolącej geniuszy w dziedzinie fizyki i matematyki. Hua stał jeszcze chwilę sparaliżowany, po czym odzyskał zdolność ruchu i zabrał szybko kandydatowi tackę. Nie był nawet ciekawy jak chłopak zamierzał wiosłować tę zupę, albo przynajmniej donieść ja do stolika (ja na przykład chciałabym to zobaczyć :)) , po czym zaopatrzył go w nowa tackę, wsadził do ręki pojemnik na zupę i patrzył mu się na ręce, aż do momentu dojścia do kasy. Ochłonął dopiero po tym jak pozbył się kandydata i dopiero wtedy podzielił się z reszta załogi swoimi przeżyciami ku uciesze ogółu.

Dwóch pozostałych kandydatów umieściłam na „trading floor”, jednego w pustej sali konferencyjnej, natomiast drugiego, z braku miejsc, w biurze partnera  z pięknym widokiem na Statuę Wolności, oczywiście za pozwoleniem Ann Marie. Później bardzo tego żałowała, ale nie uprzedzajmy faktów.

Kandydat w sali konferencyjnej był ogromnie zabawny, ale najlepszy popis dał podczas rozmowy z szefowa działu. Ingrid była niedużą, filigranową brunetką, która nigdy nie przywiązywała wagi do makijażu, przez co ciągle wyglądała jak studentka. Miała niesamowitą wiedzę w dziedzinie matematyki i fizyki  oraz niezwykle poczucie humoru, które uratowało ją z opresji. Kiedy kandydat zobaczył ją zmierzającą do sali konferencyjnej, nota bene, otoczonej ze wszystkich stron szklanymi ścianami, podbiegł do drzwi otworzył je na oścież, przywitał ja radośnie, doprowadził na miejsce, odsunął jej krzesło i przez cały czas Ingrid nie mogła się oprzeć wrażeniu, że to ona przyszła na interview a nie kandydat. W końcu na pytanie co zdecydowało, że wybrał ten kierunek studiów, kandydat bez chwili zastanowienia odpowiedział, że badania statystyczne, które przeprowadził na własna rękę wśród znajomych. Wyniki ankiety wskazywały, że ekonomia była dominującym kierunkiem i dlatego konsekwentnie zdecydował na ten a nie inny kierunek studiów. Ingrid wyszła z rozmowy lekko oszołomiona. Prawdopodobnie pragmatyzm jest pojęciem obcym wśród matematyków i fizyków, którzy zawsze stoją przed opcja uczenia cudzych dzieci jeżeli im się powinie noga w karierze.

Oczywiście najlepszego kandydata zostawiłam na sam koniec. Był to dupek żołędny, co nie ulegało wątpliwości od samego początku. Tatuś by w zarządzie równie wielkie firmy jak Goldman Sachs, ale synek po ukończeniu Harwardu zdecydował, że spróbuje własnych sił, unikając na razie korzystania z koneksji ojca. Wszystko toczyło się po właściwych torach, aż do momentu kiedy kandydat wrócił z przerwy na lunch. Tak się złożyło, że w tym samym czasie udałam się do cafeterii po coś do zjedzenia i kiedy wróciłam Armagedon szalał już na piętrze ze zdwojona silą. Ann Marie, siedziała przy swoim biurku cała czerwona z oburzenia, natomiast połowa „trading floor” gapiła się na szklaną ścianę za jej plecami, czyli biuro Partnera, gdzie w tym momencie mój kandydat … mył zęby!  Jakoś nie przyszło mu do głowy skorzystać w tym celu z łazienki. Na dodatek, ku oburzeniu Ann Marie wpatrywał się w zdjęcie żony jej szefa zawieszone na ścianie ponad biurkiem. Oczywiście domyśliłam się, że żonę miał głęboko gdzieś, ale skoro było to największe zdjęcie w biurze, posłużył się nim jako lustrem. Ann Marie, osoba lekko po pięćdziesiątce, z konserwatywnymi poglądami i niskim poczuciem tolerancji, siedziała rozjuszona jak kotka na rozgrzanym dachu, bo wszystko co znajdowało się w biurze jej Bosa uznawane było przez nią za święte, włączając zdjęcie jego żony. Oburzona rozgrywającym się za jej plecami cyrkiem, Ann Marie natychmiast kazała mi zabierać mojego kandydata z sanktuarium jej szefa. Niestety kiedy z powrotem odwróciła się na krześle w stronę kandydata, ten pochylił się nad kubłem na śmieci i wypluł do niego pianę z ust. Tego już było za wiele. Ann Marie poczerwieniała na twarzy, oczy mało jej nie wyszły z orbit i o mały włos, a dostałaby zawału serca. W tym samym czasie pół sali ryknęło gromkim śmiechem, natomiast ja rzuciłam się na kolana, przeczołgałam się w konwulsjach do mojego biurka i odmówiłam współpracy. Śmiałam się do łez do tego stopnia, że mało się nie posiusiałam z radości i nie było takiej siły, która by mnie wywlokła zza mojego biurka, a przynajmniej nie do czasu znalezienia balansu. Bardzo się starałam pomyśleć o czymś strasznie smutnym, ale za każdym razem kiedy  przypomniałam sobie kandydata plującego do kubła i obrzydzenie rysujące się na twarzy Ann Marie, znowu dostawałam kolejnego ataku śmiechu.

Spójrzmy prawdzie w oczy: faceci w Nowym Jorku nie są normalni. Albo są przeuczeni, albo nieodpępowieni, albo niezdecydowani albo rozpieszczeni przez tabuny panienek, albo dla odmiany zdecydowani nie decydować się.

A spośród grupy wariatów wybraliśmy najmniej szkodliwego, który w krótkim czasie okazał się geniuszem, czyli właściwie dobrze go oceniłam: „Rain Man”🙂

5 responses to “Corporate Recruiting – czyli „Metoda” Teatru Krystyny Jandy kontra “Goldman Sachs”

  1. Slyszalam juz te historie z Goldman Sachs, ale teraz mialam niezly ubaw po pachy czytajac Twoj wpis na blogu. Szkoda, ze Ann Marie nie moze tego przeczytac…Bardzo zaluje, ze nie wybralam sie na przedstawienie😦

  2. Nastepnym razem zabiore Cie ze soba … I knew this one will be really good🙂

  3. Dla mnie bomba !!! No i przeraziłem się jeszcze … to nie są normalni faceci … Taaaaaa , ale ząbki były najlepsze.

  4. Faceci, ktorych opisujesz sa wszedzie niestety. To chyba jaks nowa choroba cywilizacyjna. A Jandy zazdroszcze z calego serca. Ogladalam ja kiedys w Warszawie w Kto sie boi Virginii Woolf i byla to uczta dla ducha! Do Sztokholmu przylecial na kilka dni moj kolega ze studiow, ktory jest rezyserem teatralnym w Helsinkach i wlasnie bedzie wystawial to przedstawienie za poltora miesiaca. Opowiadal z takim zapalem o swojej pracy, ze obejrzelismy wspolnie na video stara wersje filmowa, jeszcze z E Taylor i R Burtonem. Arcydzielo!! Ogladalas?

  5. Oglądałam filmowa wersję jak najbardziej, ale również miałam okazje obejrzeć to przedstawienie na Broadway-u w 2005 w wykonaniu Kathleen Turner. Nie byłam urzeczona jej rolą, bo miałam wrażenie, że za bardzo próbowała wcielić się w rolę Elizabeth Taylor, a nie Virginii Woolf. Tym niemniej jak zawsze była to uczta duchowa, w końcu nie co dzień możemy oglądać gwiazdy Hollywood na deskach teatrów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s